8 stycznia 2018

24.



         Z całych sił staram się trzymać usta zamknięte, gdy dojeżdżamy, ale kurde, to trudne. Spodziewałam się, że skoro to adres za miastem, dom będzie większy niż w centrum, ale na pewno nie spodziewałam się jebanej willi. Z wielkim ogrodem. I basenem, zważając na grupkę chichoczących dziewczyn, przemykających obok mustanga Harrego w samych strojach kąpielowych. To jakieś popieprzone, bo jest listopad i mimo, że wyjątkowo nie jest specjalnie chłodno, to wciąż jebany listopad.
Nic nie mogę poradzić na zadowolenie, gdy Harry nawet nie zerka na ich skąpe bikini.
-Witamy na imprezie za miastem- chłopak kłania się lekko, gdy pomaga mi wysiąść, a ja nie mogę powstrzymać szerokiego uśmiechu, ponownie podziwiając imponujący budynek przed nami. Cholera, to robi wrażenie. I jestem kurewsko zadowolona, że jednak z ciuchami zdecydowałam postarać się bardziej niż zazwyczaj.
Harry kładzie ciepłą dłoń na dole moich pleców, a ja staram się nadążyć, rozglądając się na boki. Wszędzie jest pełno ludzi, których nigdy wcześniej nie widziałam i czerpię z tego jakąś dziwną przyjemność. Może to dobrze, że choć ten jeden raz nie będę Jack Black, tylko Jackie. Po prostu Jackie.
-Hej, czekaj, czy to prawdziwa fontanna?- unoszę wysoko brwi, patrząc na fontannę ustawioną pośrodku czegoś, co wygląda jak dziedziniec, z rzeźbami i wysokimi cyprysami w donicach poustawianymi tu i tam. Harry nie odpowiada, bo właśnie podchodzi do nas jakiś rudy chłopak z równie rudym zarostem i milionem kolorowych tatuaży. Ma na sobie zwykłe luźne spodnie i zabawną koszulkę, ale przez kolor jego włosów i ogrom tatuaży na silnych ramionach można go łatwo znaleźć w tłumie. Z tej odległości widzę, że jest ode mnie niższy, znacznie niższy. To pewnie przez te dodatkowe dziesięć centymetrów szpilek.
-Hazza, stary, jak zwykle szalenie punktualny- mówi i wita się z Harrym w jednym z tych dziwnych męskich uścisków. Hazza?
-Impreza się nie zacznie, dopóki się nie zjawię- Harry szczerzy do niego zęby, a gdy niebieskie oczy rudego chłopaka zatrzymują się na mnie, czuję jak pociera uspokajająco moje plecy. –Ed, to Jackie- Ed przewierca mnie jeszcze przez chwilę ciekawskim spojrzeniem, a potem zerka na moment na Harrego.
-Przyjemność po mojej stronie- mówi, biorąc moją dłoń i całując jej grzbiet. Unoszę brwi, nieprzygotowana na takie zachowanie. Posyłam Edowi lekki uśmiech, starając nie pokazać po sobie jak mnie zaskoczył. No proszę, jaki gentleman.
-Więc co ciekawego masz tym razem?- pyta Harry, przerywając ciszę wypełnioną gapieniem się na siebie przeze mnie i Eda. Rudzielec chrząka i rozciąga usta w krzywym uśmiechu.
-Basen, trampolina, morze alkoholu i innych używek, kort do tenisa, boisko do kosza, stoły bilardowe, piłkarzyki i kilkanaście pokoi do wyboru. Cokolwiek, czego dusza zapragnie- wymienia, wzruszając nonszalancko ramionami, jakby to nie było nic specjalnego. Kort do tenisa? Boisko do kosza? Coś mi mówi, że raczej tam nie zajrzę. Nagle jakiś chłopak zaczął wykrzykiwać imię Eda, a on spojrzał w tamtym kierunku, a potem się do nas uśmiechnął. –Korzystajcie z czego chcecie. Miłej zabawy!- jeszcze puścił mi oczko, a potem zniknął, zostawiając nas samych obok tej cholernej fontanny. No dobra, wcale nie byliśmy sami bo jacyś ludzie wciąż przewijali się wokół, ale wiadomo o co chodzi.
Zerkam w bok na Harrego, jak z lekkim uśmiechem patrzy przed siebie, na tłum mniej lub bardziej rozebranych ludzi. Przyciąga mnie do siebie bliżej, uśmiechając się szerzej.
-Masz ochotę na drinka?- jakżebym mogła odmówić?

***

Jakimś cudem ponownie ląduję na parkiecie, ruszając się w rytm głośnej muzyki dochodzącej chyba zewsząd. Nie wątpię, że skoro Eda stać na taki dom, posiada dość profesjonalny sprzęt nagłaśniający. Czuję to w moich wnętrznościach, które podskakują z każdym basem. Zarzucam włosami i przez chwilę zastanawiam się gdzie do cholery podziałam swoją kurtkę, ale zaraz potem sobie przypominam, że wcisnęłam ją Harremu w momencie, gdy szłam na parkiet. Nie protestował albo po prostu tego nie słyszałam. Co za różnica.
Ale jedno muszę przyznać. Bawię się naprawdę dobrze i Harry miał rację, gdy mówił, że wynagrodzi mi wczorajszą imprezę. Zrobił to z nawiązką.
Moje oczy odnajdują go w tłumie, gdy leży wyciągnięty na leżaku nad basenem, bawiąc się rękawem mojej kurtki. Rozmawia z jakąś blondynką, ale zupełnie traci nią zainteresowanie, gdy zaczynam mocniej kręcić biodrami. Odwracam się do niego plecami, posyłając uśmiech znad ramienia, doskonale wiedząc, że to na niego działa. Zresztą, dziwne by było, gdyby nie działało.
Już po chwili czuję zapach mydła i znajomej wody kolońskiej, a jego silne ramiona oplatają mnie w talii. Uśmiecham się pod nosem i odwracam do niego, a on patrzy na mnie błyszczącymi oczami. Zarzucam mu ręce na szyję w momencie, gdy wskazuje głową na dziwnie pusty kort tenisowy. Pewnie ktoś się tam zhaftował i teraz śmierdzi tak bardzo, że nikt nie chce tam siedzieć. Kręcę głową, na co on wywraca oczami i ciągnie za moje kolana, przez co kończę na jego rękach, oplatając go nogami w pasie.
-Hej, ja tu próbuję tańczyć!- fukam, mocniej zaciskając palce na plastikowym kubeczku, by przypadkiem nie oblać Harrego albo, co gorsza, go upuścić. Ale chłopak jakby mnie nie słyszał, omija szerokim łukiem tańczący tłum nad basenem i idzie w kierunku ciemnego kortu. Przechodzi przez ogrodzenie, a potem zamyka za nami drzwiczki od środka, upewniając się, żeby nikt nam nie przeszkadzał. Bóg jeden wie co on chce tu robić.
Cholera.
W końcu wychodzi na środek kortu gdzie jest prawie zupełnie ciemno i po prostu siada na ziemi, wciąż trzymając mnie na rękach. Moje szpilki cicho stukają w podłoże, a ja rozglądam się dookoła, z lekką ulgą odkrywając, że nikt nigdzie nie zwymiotował i wcale tak tu nie śmierdzi. Może jednak Harry wie co robi.
-I jak ci się podoba?- pyta, a ja nie jestem do końca pewna, czy mówi o imprezie czy opustoszałym korcie, który oświetlony jedynie światłem księżyca ma w sobie jakiś urok. On chyba lubi takie klimaty.
Wstaję i zaraz się krzywię, gdy stopy ponownie zaczynają mnie boleć od obcasów. Uwalniam się od nich, wyrzucając je niedbale w powietrze i z lekkim zdziwieniem odkrywam, że Harry je łapie i odkłada bezpiecznie na bok. Z moimi butami i kurtką wygląda jak typowy pantofel. Nie przypuszczałam, że w jego przypadku to w ogóle możliwe. A tu proszę. Unoszę brwi, ale nic nie mówię, odwracając się do niego plecami.
-Całkiem znośnie- mamroczę, a fakt, że za moment moje stopy będą całe pomarańczowe od ceglanego podłoża kortu jakoś wcale mi nie przeszkadza. Zauważyłam, że po alkoholu niewiele rzeczy mi przeszkadza. Nie te, które powinny. Ale to wcale nie znaczy, że już jestem wstawiona. Cholera, tym razem serio się pilnowałam i jestem zupełnie trzeźwa. Tylko trochę bardziej wesoła. Ale to niekoniecznie przez drinki.
-Znośnie?- powtarza Harry, a ja zerkam na niego z niewinnym uśmiechem, by zobaczyć jak unosi brwi, krzywiąc usta w tym swoim uśmieszku. –Widząc twoje ruchy nad basenem, mogę powiedzieć, że „znośnie” to lekkie niedopowiedzenie- wyciąga do mnie rękę z błyskiem w oku, pewnie chcąc żebym z nim usiadła, ale ja tylko chichocząc jak idiotka, przybijam mu piątkę, robiąc parę kroków w tył, by nie mógł mnie złapać. Kurewsko dorosłe Jack, jak cholera. Harry rzuca mi rozbawione spojrzenie i opiera się na rękach, krzyżując długie nogi w kostkach.
-Oh, więc gapiłeś się na mnie?- pytam, ciągnąc kolejnego łyka z plastikowego kubka, gdy on obserwuje mnie bacznie z ziemi. Mimo, że to ja stoję, wcale nie czuję jakbym miała przewagę. Jebany Styles.
-Uwierz mi, nie tylko ja- gdy to mówi, dziwny cień przemyka przez jego twarz, ale zaraz rozjaśnia się w szerokim uśmiechu. Unoszę brew, a on patrzy w stronę basenu, ale jestem w stanie dostrzec jak się krzywi. –Ci wszyscy faceci gapili się na ciebie jak na kawał mięcha. Jeden nawet zaczął się ślinić- przygryzam wargę, słysząc jego zirytowany ton. Czy ja dobrze słyszę? Czy Harry Styles jest o mnie zazdrosny? O mnie? On na pewno pamięta, że jestem Jack Black? -Zupełnie jakby mieli do ciebie jakiekolwiek prawo- dodaje, a ja nie mogę powstrzymać wkurzonego prychnięcia. Harry patrzy na mnie, unosząc brwi. Zaciskam mocniej palce na kubku, który trzeszczy cicho.
-Nikt nie ma do mnie żadnego prawa. Nie jestem czyjąś własnością- mój ton brzmi dziwnie poważnie i odrobinę oschle i przez myśl mi przechodzi, że pewnie w tym momencie Penelopa Clearmont byłaby ze mnie dumna.
Uh, może mi ktoś wyjaśnić dlaczego, do cholery, w takiej chwili myślę o jakiejś przerażającej feministce w średnim wieku?
Harry mruga zdziwiony i lekko oszołomiony, nie wiedząc co powiedzieć. Nie spodziewał się, że tak nagle na niego najadę, ale taka jest prawda. Jack Black nigdy nie była i nie będzie czyjaś. Amen.
-Może powinnaś to sobie napisać na koszulce. Uniknęłabyś przynajmniej wielu nieporozumień- mamrocze w końcu z dziwnym wyrazem twarzy, a ja przez chwilę mam wrażenie, że jakimś cudem go uraziłam. Ale zaraz puszcza mi głupi uśmiech, a ja wywracam na to oczami. Przecież to Harry. Niby jak miałabym go tym urazić? On nie rości sobie do mnie żadnych praw, to śmieszne.
-Jasne, następnym razem się tym zajmę. Zaraz po tym jak kupię sobie czapkę z napisem „kobiety górą”- mamroczę, a on szczerzy do mnie zęby. Wzdycham cicho, ale zaraz czuję jak moje usta drgają. Cholera, przecież wcale nie jestem pijana. Jak mogłabym być po zaledwie dwóch babskich drinkach?
-Nie mogłabyś być feministką- stwierdza, obserwując jak chodzę w tę i z powrotem, wpatrzona w dziwnie gwieździste niebo. On ma jakieś znajomości tam na górze i zamawia taką pogodę zawsze, gdy siedzimy na zewnątrz, czy jak?
-Niby dlaczego?- zatrzymuję się w pół kroku, patrząc na niego z uniesionymi brwiami. Harry wzrusza ramieniem, posyłając mi krzywy uśmieszek.
-Jesteś na to za ładna.
-Przez twoje gadanie czuję, jak budzi się we mnie feministka- krzywię się, a on chichocze. Chociaż, kurde, zrobiło mi się naprawdę miło, gdy ponownie dzisiaj powiedział, że jestem ładna. Chociaż wcześniej użył nieco innego słowa… -Może nie jest jeszcze za późno żeby przyłączyć się do Penelopy Clermont?- mamroczę, marszcząc w zamyśleniu brwi. Boże, to byłoby jakieś chore. Ja i ona w jednym szałasie w jakiejś wiosce w Afryce. Wolałabym już spać z lwami, nie bałabym się przynajmniej tak bardzo zasnąć.
-Do kogo?- zerkam na Harrego, który marszczy lekko brwi, przysłuchując się mojemu mamrotaniu. Oh, do takiej jednej przerażającej baby, której przeogromnym fanem jest twój kumpel Louis, nic specjalnego.
-Lepiej żebyś nie wiedział, uwierz- mówię, co wcale nie zaspokaja jego ciekawości, bo marszczy brwi bardziej. Chciałam dobrze. Boże, jeszcze tego brakowało żeby Harry zaczął się interesować jej książkami. Kolejnej fanki jej feministycznego gadania bym nie zniosła. Wystarczą mi te dwie chichoczące dziewuszki, które kompletnie mnie olały wczorajszego popołudnia, kij im w oko. –Ten cały Ed wydaje się w porządku- szybko zmieniam temat, a Harry patrzy na mnie jeszcze chwilę w zamyślonej ciszy.
-Ta, naprawdę świetny z niego gość. Poznałem go na jednej imprezie parę lat temu- uśmiecha się jakby sam do siebie na to wspomnienie, a ja naglę czuję jak moja twarz na ten widok zastyga w durnym uśmiechu.
-Często robi takie imprezy?- pytam szybko, by odwrócić swoją uwagę od tego uroczego widoku. Cholera, skup się na czymś innym, czymkolwiek. Harry zerka w stronę basenu, skąd dochodzi dość głośna muzyka, jednak nie na tyle żeby przeszkadzać w swobodnej rozmowie.
-Prawie co tydzień- wzrusza ramionami, a ja unoszę brew. Cholera, musi wydawać kupę kasy na alkohol, przekąski, prąd i cały ten szajs. I pewnie jeszcze na ekipę sprzątającą. Ale patrząc na jego dom, pewnie nie przeszkadza mu to jakoś specjalnie.
-I ty pojawiasz się na każdej?- zaczynam zataczać wokół niego kółka z niewinną miną, wbijając wzrok w swoje bose stopy. On śledzi wzrokiem każdy mój ruch, czego jestem doskonale świadoma.
-Czasem wpadam też na jakąś na uniwersytecie. Albo gdzieś indziej w mieście- no tak. Harry Styles nie może się ograniczać do każdej uniwersyteckiej imprezy. Nigdy wcześniej mi to nie przeszkadzało, ale widząc jakie imprezy mnie omijają, zaczynam się nad tym zastanawiać. No bo cholera, oni mają tutaj prawdziwą fontannę. I jak do tej pory widziałam co najmniej trzy osoby, które się w niej kąpały. Oczywiście nie omieszkałam rzucić okiem na całkiem przyjemny sześciopak chłopaka, którego tam wrzucono. Jeśliby to ode mnie zależało, tytuł mistera mokrego podkoszulka miałby już w kieszeni.
Ale wracając do poprzedniego tematu. Jakim cudem Harry zawsze kręcił się na którejś imprezie na uniwersytecie? Ja w jedną noc mogłam zaliczyć co najwyżej dwie. Po trzech byłabym już trupem. Wiem, bo raz próbowałam. Nigdy więcej. Ale on jakimś cudem zdaje się to wszystko ogarniać bez najmniejszego problemu. I jestem cholernie pewna, że gdybyśmy teraz poszli do jakiegokolwiek klubu w mieście, przywitałby się z ochroniarzami jak ze starymi przyjaciółmi i zapytał o chorego psa. To jakieś pojebane.
I kurewsko fascynujące.
-Więc kiedy masz czas żeby, no nie wiem, na przykład skupić się na studiach?
-Powiedziała dziewczyna, która od poniedziałku do piątku pracuje, a w weekendy imprezuje- rzuca mi znaczące spojrzenie, a ja nabieram powietrza, by mu jakoś odszczeknąć, ale kurde, miał dupek rację. Jakim cudem to wszystko ogarniałam? Muszę być zdolniejsza niż myślałam. –Przez cały weekend imprezuję- fakt, ale w ciągu tygodnia praktycznie od razu po wykładach wracam do mieszkania, gdzie się uczę i… robię inne rzeczy- jąka się trochę przy końcu, a mi coś mówi, że te inne rzeczy to oglądanie komedii romantycznych i pisanie piosenek. Cholera, chciałabym jedną z nich usłyszeć. Albo chociaż przeczytać tekst. Albo usłyszeć melodię. Cokolwiek.
Ale kurde, trochę trudno mi uwierzyć w fakt, że Harry Styles jest tym Harrym Stylesem jedynie w weekendy. A od poniedziałku do piątku jest zwykłym studentem, nie mającym nawet za bardzo życia towarzyskiego. Takim trochę frajerem samotnikiem.
Ta myśl z niewiadomych powodów sprawiła, że polubiłam go jeszcze bardziej.
-Hej, wiesz co? Jesteś trochę takim Kopciuszkiem- patrzę na niego dziwnie, a on uśmiecha się krzywo. –No wiesz, przez cały tydzień pracujesz i zakuwasz, a w piątkowy wieczór zmieniasz się w laskę i łamiesz serca jak zapałki- marszczę brwi, a on peszy się odrobinę. –Znaczy, nie żebyś normalnie nie była laską czy coś. Ja… wiesz o co chodzi- jeszcze prze chwilę patrzę na niego tym spojrzeniem, ale widząc jak jego policzki oblewają się rumieńcem, a on sam się krzywi, wybucham nieopanowanym chichotem. I wiecie co? Faktycznie brzmię jak mała dziewczynka.
-Jasne. A ty jesteś moim Księciem?- pytam, wciąż chichocząc, a on patrzy na mnie z lekkim uśmiechem.
-Nie. Ale mogę nim być- na początku myślę, że żartuje, ale wyraz jego twarzy jest zupełnie poważny. Przestaję chichotać, mając wrażenie, że to zdanie ma podwójne znaczenie. Chyba, że jestem pojebana i się przesłyszałam. Co kurwa?
Patrzę mu prosto w oczy, nie mogąc zamknąć tych głupich ust. Widzę w nich nieme pytanie, gdy tak dziwnie błyszczą, przewiercając mnie na wylot i wyciskając całe powietrze z płuc. Oszalałam, czy nagle zrobiło się jakoś duszno? Na dworze? W listopadzie?
Nagle czuję jakby świat się skurczył, napierając na mnie ze wszystkich stron. Robi mi się strasznie gorąco i mam lekki problem z wyrównaniem oddechu. Plastikowy kubek w mojej dłoni zaczyna delikatnie dygotać, a ja zaczynam świrować. Co się kurwa ze mną dzieje?
Harry przez cały czas wbija we mnie to pytające spojrzenie, ale marszczy brwi, widząc wyraz mojej twarzy. Czego on ode mnie oczekuje? Co tu się odkurwia? I już ma wstać i do mnie podejść, gdy słyszymy czyjś głos.
-Hazza? Jackie? To wy?- czuję jak moje serce zaczyna wracać do normalności, gdy w mroku miga mi ruda czupryna Eda. –Wszędzie was szukam. Właśnie zaczęły się zawody w spijaniu drinków z nagiego ciała i pomyślałem, że pewnie nie chcecie tego przegapić- mówi, podchodząc do nas bliżej z lekkim uśmiechem. Unoszę nieznacznie brwi, czując rumieniec na policzkach. Zawody w spijaniu drinków? Nigdy więcej.
-Dzięki, ale to już mamy za sobą- mówi Harry, prawidłowo odczytując moje milczenie. Ed unosi brew, patrząc najpierw na mnie, a potem na swojego kumpla. Nie komentuje jednak naszego dziwnego zachowania tylko ponownie się uśmiecha, wpychając ręce w kieszenie ciemnych spodni.
-No dobra, jak chcecie. Ale zawsze możecie dołączyć, jeśli zmienicie zdanie- patrzy jeszcze przez chwilę na moje rumieńce, a potem odchodzi, pogwizdując pod nosem jakąś wesołą melodię. Naprawdę miły z niego gość. I ma na serio idealne wyczucie czasu. Kurwa.
Odprowadzam go wzrokiem, czując na sobie palące spojrzenie Harrego. Cholera, co powinnam teraz zrobić? Udawać, że nic się nie stało i zmienić temat? Bo czy coś w ogóle się stało? Całkiem możliwe, że po prostu popadam w paranoje i mam jakieś omamy. Kurwa, więcej nie piję.
-Ubierz się. Zmarzniesz- kubek w mojej dłoni drży, gdy Harry nagle narzuca na moje ramiona kurtkę i dopiero teraz zdaję sobie sprawę jak zmarznięta byłam. Patrzę na niego w lekkim oszołomieniu, ale wysilam się na wdzięczny uśmiech. Ponownie dzisiaj wzrusza ramionami, przygryzając wargę i wbijając ręce w kieszenie spodni. Stoi tak blisko, że czuję bijące od niego ciepło, a jego zapach dziwnym sposobem mnie uspokaja. Cholera, wystarczy, że stoi przy mnie, a czuję się milion razy lepiej. Nich to szlag.
-Wiesz, jednak chętnie popatrzyłabym na te zawody- oznajmiam, zerkając na niego przelotnie, a potem wbijając wzrok w resztę drinka w moim kubku. Czuję na sobie jego spojrzenie, ale dzielnie je znoszę, udając, że nie zdaję sobie z niego sprawy.
-Jasne. Chodźmy- mówi, a ja zerkam na niego ponownie i schylam się po swoje szpilki zanim on zdąży to zrobić. Patrzy na mnie z lekko zmarszczonymi brwiami, a ja unoszę głowę i ruszam w kierunku światła. Dosłownie i w przenośni. Jak poetycko, kurwa mać.

***

Kolejny drink zrobiony przez jakiegoś przystojnego szatyna uspokaja moje nerwy i jakimś cudem nagle zapamiętanie, że mam się pilnować okazuje się cholernie trudne. Boże, jestem skończoną idiotką, jakim cudem daję sobie radę na psychologii klinicznej?
Pijackie gry odciągają mnie od dziwnych myśli i bawię się naprawdę dobrze w przeciwieństwie do Harrego. Chłopak czai się wciąż za moimi plecami jak cień, posyłając mi co jakiś czas długie spojrzenia. Odmawia udziału w każdej grze, w którą gram i tylko siedzi, patrząc. Obserwuje i wyciąga wnioski. Pewnie takie, że nie potrafię się pohamować, cholera jasna. Nie wiem co się dzieje, nigdy wcześniej nie miałam z tym problemu. Tylko od jakiegoś czasu nie myślę racjonalnie, robiąc te wszystkie głupie rzeczy. Mniej więcej, odkąd wybrałam Harrego na swój kolejny cel.
Oh, to wiele wyjaśnia.
Akurat stoję przy hawajskim barze ustawionym przy basenie, czekając na swojego kolorowego drinka z parasolką, uśmiechając się do napakowanego barmana, gdy ktoś podchodzi obok. Unoszę brwi, patrząc w tamtym kierunku i unoszę je jeszcze wyżej, widząc szczerzącego się do mnie blondyna. Ma idealnie ułożone błyszczące włosy, perfekcyjny biały uśmiech, a jego niebieska koszulka, ciemne dżinsy i czarna kurtka leżą na nim, jakby były specjalnie na niego skrojone. Mam dziwne wrażenie, że ten koleś właśnie urwał się z wybiegu. Zupełnie nie mój typ. Ale może jest miły?
-Niezła impreza, nie?- patrzę na niego jeszcze przez chwilę, zanim na powrót skupiam się na barmanie, mieszającym kolorowe alkohole.
-Ta.
-Nigdy wcześniej cię tu nie widziałem- uśmiecham się do faceta za barem, podsuwającego w moją stronę kolorowego drinka z parasolką i biorę łyk. Gorzko-słodki. Cholernie dobry. Kurde, chcę zatrudnić tego barmana na dobre. Prawdopodobnie mnie na niego nie stać, ale może zgodziłby się zostać, gdybym robiła mu jedzenie. Ciekawe czy dziekan miałby coś przeciwko, gdybym zatrzymała go w swoim pokoju…
-Bo nigdy wcześniej tu nie byłam- mówię po prostu, mieszając ze znudzeniem w szklance i oglądając się przez ramię. Harry opiera się z założonymi rękami o ogrodowy stolik stojący po drugiej stornie basenu, przypatrując się mi ciemnym spojrzeniem. Całodobowy monitoring.
-Szkoda. Ale zawsze możemy nadrobić stracony czas- brukam się w głowie za myśl, że ten facet może być miły, gdy widzę jego obleśny uśmiech i jeszcze obleśniejsze spojrzenie zatrzymujące się na moim dekolcie. Oh, co za pajac.
-Nie sądzę- rzucam, marszcząc brwi i biorąc swojego drinka. I już odwracam się na pięcie, by odejść w zjawiskowym stylu po daniu mu kosza, gdy czuję jego palce zaciskające się na moim ramieniu.
-Nie bądź taka nieznośna, bo dostaniesz klapsa- mruczy, gdy odwracam się do niego z lekko otwartymi ustami, wzburzona jego arogancją. Że kurwa co? Trzymajcie mnie, bo zaraz nie wytrzymam i mu pierdolnę. Dzieciństwo spędzone na bójkach z kolegami z placu zabaw nie poszło na marne, kurwa jego mać.
-Masz trzy sekundy żeby zabrać te swoje lepkie paluchy albo pożałujesz, że w ogóle tutaj przyszedłeś- warczę, posyłając mu moje popisowe mordercze spojrzenie. Ale cholera, to nie robi na nim żadnego wrażenia, gdy uśmiecha się szerzej, wyraźnie rozbawiony i zaciska palce mocniej na moim ramieniu.
-No proszę jaka waleczna! Lubię takie- nachyla się do mnie i już oczami wyobraźni widzę jak moja pięść spotyka się z jego policzkiem, gdy ktoś mnie ubiega. Wytrzeszczam oczy, patrząc jak silna pięść ze srebrnymi pierścieniami zastępuje miejsce mojej. Blondas momentalnie mnie puszcza, upadając ciężko na bar, zupełnie nieprzygotowany na nagły atak. Cholera, to mogłam być ja.
Przenoszę swoje zszokowane spojrzenie na mojego wybawiciela i zamieram, gdy mój wzrok napotyka ciemne loczki zaczesane do góry i ciemnozielone oczy ciskające piorunami. Kurwa. Harry.
Jestem tak sparaliżowana jego zachowaniem, że po prostu gapię się na niego, całkowicie skamieniała.
-Ostrzegała, że pożałujesz- jego niski głos teraz wydaje się jeszcze niższy i przepełniony taką złością, że przechodzi mnie dreszcz. Z mojego miejsca doskonale widzę jak mięśnie na ostro zarysowanej szczęce Harrego wyraźnie drgają, gdy zaciska ją mocno.
-Ty dupku!- syczy blondas, zbierając się z baru i jestem cholernie pewna, że krwawi z tej jego pięknej buźki, ale mam na to cholernie wyjebane i nie mogę oderwać oczu od Harrego. Jest tak kurewsko przerażający, gdy jest wkurzony. I tak kurewsko pociągający.
A ja kurewsko popieprzona.
-Idziemy- podskakuję lekko, gdy jego gorące palce zaciskają się na moim nadgarstku, ale wypuszczam powietrze, gdy czuję jak delikatnie to robi. Zupełnie jakby właśnie nie wybił jebanych zębów temu gnojkowi jednym przyłożeniem.
Staram się za nim nadążyć na swoich obcasach, gdy przechodzi przez dziedziniec, stawiając duże kroki. Ludzie ustępują mu z drogi, chociaż nie mówi ani słowa. Ale, cholera, nie dziwię im się. On wygląda jak jebany bóg wojny.
-Hazza, stary, co się…- Harry zupełnie olewa Eda, który pojawia się nagle obok, patrząc pytająco na swojego kumpla. Rudzielec patrzy za nami zaskoczony, ale żadne z nas nie kwapi się na jakiekolwiek wyjaśnienia. Harry jest za bardzo wzburzony, a ja zbyt zaskoczona.
Drgam na fotelu, gdy mocno trzaska moimi drzwiami, gdy wsiadam i za chwilę robi to samo ze swoimi. Rusza z piskiem z podjazdu, a ja nagle odkrywam, że wciąż ściskam w ręce tego cholernego drinka z tą cholerną parasolką. Kurwa mać.
W końcu po kilkunastu długich minutach kompletnej ciszy, gdy Harry agresywnie przecina ulice Londynu, odzyskuję panowanie nad swoim zbaraniałym ciałem. Zerkam na niego, widząc jak mocno zaciska palce na kierownicy i marszczy brwi, wbijając wściekły wzrok w drogę jakby ta mu coś zrobiła.
-Dz-dziękuję- mówię wreszcie, a mój głos wydaje się trochę ochrypły i irytująco drżący. Pewnie w innych okolicznościach byłabym z niego średnio zadowolona. Cholera, normalnie powiedziałabym jeszcze, że sama dałabym sobie doskonale radę. Ale Harry zrobił na mnie takie wrażenie, że to po prostu nie chciało mi przejść przez gardło. I coś mi mówiło, że w życiu nie zrobiłabym tego lepiej niż on.
Harry tylko marszczy brwi bardziej, lekko kiwając głową, dając znać, że mnie usłyszał. Cholera, z tego chłopaka emanuje czysta furia. Nigdy nie chciałabym być powodem tego spojrzenia.

***

Po zadziwiająco krótkim czasie dojeżdżamy pod blok Harrego i przez chwilę siedzę, niepewna co powinnam zrobić. Jednak on zdaje się doskonale to wiedzieć. Zgarnia moją torbę z tylnego siedzenia i okrąża samochód, by otworzyć mi drzwi. Przygryzam wnętrze policzka, gdy ponownie głośno trzaska drzwiami i zamyka samochód. Wbijam wzrok w tego durnego drinka, którego wciąż ściskam w dłoni i ruszam za Harrym, nie wiedząc czy lepiej go wypić, czy gdzieś wyrzucić.
Powietrze w windzie zdaje się gęstnieć od złości chłopaka, a ja mimowolnie czuję jak mi gorąco. To jakieś popieprzone, ale zupełnie prawdziwe.
W kompletnej ciszy wchodzimy do jego mieszkania, a on zamyka drzwi i kieruje się prosto do sypialni. Zostaję w tyle, przygryzając wargę. Cholera. Wypijam duszkiem resztę drinka i odkładam do zlewu pustą już szklankę, krzywiąc się lekko. No to do dzieła.
Ruszam za Harrym, ignorując lekkie zawroty głowy i wchodzę do sypialni w momencie, gdy chłopak zrzuca z siebie ubrania, ciskając je z furią na ziemię. Patrzę oniemiała jak zostaje w samych bokserkach i podchodzi do czarnej komody po mojej lewej. Wyciąga z niej znajomą bluzę i podaje mi ją, nie zaszczycając spojrzeniem. Potem idzie prosto do łóżka i przykrywa się kołdrą, odwracając do mnie plecami.
Okej.
Upewniwszy się, że na pewno nie patrzy, rozbieram się do bielizny i wciągam przez głowę bluzę, która nadal nim pachnie. Jak to jest w ogóle możliwe?
Po szybkiej toalecie w łazience, wracam do sypialni, gdzie on wciąż leży w tej samej pozycji z zamkniętymi oczami, oddychając ciężko. Przełykam ślinę i starając się nie myśleć jak bardzo podobało mi się to, co zrobił, kładę się delikatnie obok niego, nie chcąc wykonać gwałtowniejszych ruchów, by nie zirytować go jeszcze bardziej. Odwracam się do niego plecami, starając się zająć jak najmniej miejsca na łóżku, ale i tak wiem, że jeszcze długo nie zasnę. Zbyt wiele myśli pląta mi się po głowie.
Ale potem wstrzymuję oddech, gdy słyszę jak Harry przesuwa się i jego silne ramię oplata mnie w talii. Zaraz jego ciepły oddech łaskocze moje ucho, gdy nachyla się do mnie i mówi:
-Jesteś moja.
Oh. Okej.