20 września 2017

19.



         Kładę się wygodniej na łóżku i wiercę przez chwilę, szukając idealnej pozycji. W końcu taką znajduję i wzdycham, owijając się kołdrą w kokon. Ale gdy tylko to robię, do moich uszu dociera niezadowolone mruczenie i marszczę brwi. Czekaj, co?
Otwieram oczy i zaraz je mrużę, oślepiona porannymi promykami. Rozglądam się po sypialni i powoli dociera do mnie, że leżę w łóżku Harrego. Znowu. Patrzę w bok, a widząc zwiniętego w kłębek Harrego, któremu właśnie ukradłam całą kołdrę, wspomnienia wczorajszej nocy wracają do mnie. Oh.
Widząc, że się lekko trzęsie, okrywam go i przez chwilę po prostu patrzę jak śpi z tymi rozrzuconymi na poduszce włosami i lekkim uśmiechem błąkającym się w kącikach ust. Piękny widok z rana. Uśmiecham się i wyciągam rękę, by odgarnąć pojedyncze kosymi z jego czoła. Przygryzam wargę, rozkoszując się tym widokiem.
Moment.
Co ja kurwa robię?
Mrugam kilkakrotnie i moją uwagę przyciąga budzik na stoliku nocnym po stronie Harrego. 7:15.
Cholera, 7:15!
-Harry, już 7:15! Spóźnimy się na wykłady!- piszczę, brutalnie zdzierając z niego kołdrę i pędząc do łazienki. Czy ja chociaż jeden jedyny raz mogę się nigdzie nie spóźnić? Proszę?

***

Zjedliśmy błyskawiczne śniadanie, bo Harry uparł się, że nie może wyjść z mieszkania bez niego, i zapakowaliśmy się do jego mustanga, pędząc na wykłady. Zabroniłam mu podwozić mnie do akademika, bym mogła wziąć swoje zeszyty i notatki, więc wbiegłam do sali równo z wykładowcą. Posłałam mu szeroki uśmiech i poszłam zając swoje miejsce obok Effie, która rzuciła mi dziwne spojrzenie, ale nic nie powiedziała. Spojrzałam na nią z ukosa, ale widząc, że siedzi normalnie, zmarszczyłam brwi. Może wczorajszej nocy jednak nie było tak szalenie jak się zapowiadało. W każdym bądź razie moja wczorajsza noc była szalona.
Przygryzam wargę, naciągając rękawy uniwersyteckiej bluzy na dłonie, kolejny raz błogosławiąc Effie, że spakowała mi rzeczy na zmianę. Inaczej nie obeszłoby się bez marszu wstydu, który trwałby kilka godzin i musiałabym tak chodzić po całej uczelni, bo nie byłoby mowy, żebym zdążyła dotrzeć do akademika, przebrać się i wrócić na czas.
Cała w skowronkach zajadam swojego kurczakburgera z frytkami i myślę, że już lepiej być nie może, gdy nagle Izzy psuje cały nastrój.
-Wybacz Jack, że wczoraj zasnęłam zanim przyszłaś. Byłam strasznie zmęczona po tych wszystkich wykładach i tak jakoś wyszło- mówi przepraszającym tonem, a ja w pierwszej chwili posyłam jej szeroki uśmiech, nie analizując jej słów zanadto.
-Nie szkodzi- ale sekundy później rozumiem, że zachowałam się jak idiotka, zapominając o najważniejszej rzeczy. Nie powiedziałam Izzy żeby mnie kryła.
-Jak to nie nocowałaś u Izzy?!- Effie wytrzeszcza na mnie swoje zielone oczy, prawie wypluwając swoje kanapki. Kurwa.
Niall i Izzy wbijają we mnie zaskoczone spojrzenie, oczekując wyjaśnień. Podejrzewam, że gdyby blondynka się teraz nie odezwała, jakoś by mi się upiekło, a tak wyszło na jaw, że jednak nie spałam u Izzy ani u siebie. Ani w ogóle w akademiku. Cholera jasna.
Żuję burgera o wiele dłużej niż potrzeba, a potem przełykam go wolno chcąc zyskać trochę na czasie i móc pozbierać myśli. Niech to szlag.
-Gdy przyszłam do Izzy ona już spała jak zabita i mimo, że próbowałam, nie było opcji żeby się obudziła- mówię, siląc się na spokojny ton, jakby nie wydarzyło się nic wielkiego i staram się nie myśleć o trzech palących spojrzeniach skierowanych w moją stronę.
-Więc gdzie nocowałaś skoro nie było cię u Izzy ani u siebie?- pyta w końcu Niall, a ja zanurzam frytkę w ketchupie, unikając ich spojrzeń. Ja pierdole.
-U Anta. Mieszka niedaleko, więc bez problemu tam trafiłam- mamroczę, chwytając się pierwszej lepszej myśli i w końcu podnoszę na nich wzrok, zachowując kamienną twarz. Muszę wygrać te bitwę albo już nie żyję. Z godną podziwu odwagą znoszę rażenie ich spojrzeń i dokładam wszelkich starań, by ukryć uśmiech zwycięstwa, gdy widzę jak po kolei łykają moje kłamstwo.
-No okej. A dlaczego się spóźniłaś?- Effie już o wiele spokojniejsza wraca do swoich kanapek. Wzruszam ramionami.
-Zapomniałam włączyć budzik- tym razem nie kłamię, więc idzie o wiele łatwiej.
Wszyscy wracają do posiłku i już naprawdę zaczynam sobie w głowie gratulować jasności umysłu w ciężkiej chwili i prawdziwego fuksa, gdy nagle wszystko trafia szlag.
-Hej, Jackie!- sztywnieję nagle, słysząc za plecami znajomy głos. I nie muszę się nawet odwracać, by wiedzieć kto to. Wystarcza mi irytacja wymalowana na twarzy Effie, bezbrzeżne uwielbienie Izzy i zaciekawienie u Nialla. Jebany Harry kurwa Styles. Jestem trupem.
Odwracam się do niego, unosząc brew i siląc się na lekki uśmiech. Ale, gdy dostrzegam jego błyszczące oczy i dołeczki w policzkach, wcale już nie muszę się na nic silić.
-Zostawiłaś u mnie torbę. Podrzucę ci ją do pracy jeśli chcesz- unosi pytająco brwi, a ja jestem tak zajęta gapieniem się na niego jak skończona idiotka, że sens jego słów dociera do mnie, dopiero, gdy ruda zaczyna się dławić, a Horan szarpie gwałtownie za struny swojej Susanne, fałszując. Kurwa.
-Nie, w porządku, sama po nią wpadnę- rzucam, obliczając w głowie ile czasu zostało mi na ucieczkę. Ale cholera nie jest tego zbyt wiele.
-Jesteś pewna?- pyta, a ja kiwam energicznie głową. Lepiej się mi dobrze przyjrzyj Harry, bo całkiem możliwe, że już nie zobaczysz mnie w takiej postaci. Święta Trójca nie zna litości. –W takim razie, do zobaczenia- posyła mi promienny uśmiech, który sprawia, że wizja rychłej śmierci czająca się przy moim stole wydaje się odrobinę mniej straszna, kiwa głową Świętej Trójcy i odchodzi, nieświadomy, że właśnie zostawił mnie na ich pastwę. Oh, kurwa.
Wolno odwracam się do reszty i posyłam im niewinny uśmiech. Ale on nie jest w stanie stopić ich lodowatych spojrzeń. Cóż, miałam całkiem fajne życie. Chyba przyszedł czas, by się z nim pożegnać.
-Jackie. Jakie to słodkie- mówi nagle Izzy, przez co wszyscy tracą na chwilę koncentrację, a ja czuję ulgę, wolna od ich spojrzeń. –Dlaczego my wcześniej na to nie wpadliśmy?- oh, no nie wiem. Bo na przykład byliście zbyt zajęci walczeniem na śmierć i życie o moje dziewictwo, by wymyślać mi słodkie przezwiska.
Tak tylko mówię.

***

-Dowiem się w końcu jakim cudem wylądowałaś wczoraj u pierdolonego Harrego Stylesa czy każesz mi to z siebie wyciągać siłą?- podnoszę wzrok na Horana, który nonszalancko opiera się o moją Rakietę obok mnie, kładąc but na błotniku. Już wiem dlaczego zawsze są takie ujebane, kurwa mać. Zatrzymuję wzrok chwilę dłużej na jego czarnym trampku i wzruszam ramionami, poprawiając kaptur kurtki. Przynajmniej przestało tak cholernie wiać, ale zanosi się na deszcz.
-Nie miałam innego wyjścia- zerkam z zazdrością na jego skurzaną kurtkę, w której wcale nie jest mu zimno. Dlaczego świat musi być taki niesprawiedliwy? Niall rzuca mi spojrzenie, poprawiając w wolnej ręce futerał z Susanne w środku. Mimo wszystko, muszę przyznać, że mam naprawdę gorącego kumpla, a Effie to niezła szczęściara. I trochę się jej nie dziwię, że tyle czasu spędzają w sypialni.
-To dlaczego nie wróciłaś do siebie?- unosi ciemną brew, a ja wpycham ręce głęboko w kieszenie, szukając w tłumie studentów rudego krasnala i trochę wyższej blondynki.
-Chciałam. Ale gdy zobaczyłam jak podekscytowany idziesz korytarzem, a potem Effie wciąga cię do środka, po prostu nie mogłam. Myślałabym potem tylko o tym, że wam przerwałam- mówię, zerkając na chłopaka i w jego oczach widzę coś na wzór wdzięczności. Szczerzę zęby. –Właśnie, jak tam wasze wczorajsze eksperymenty?- Horan odpowiada mi równie głupim uśmiechem i widzę, że szykuje się, by opowiedzieć mi o wszystkim. Nie ma takich problemów z otwartym rozmawianiem o ich życiu erotycznym jak jego dziewczyna. Często rozmawiamy na ten temat nad piwem, grając w jakąś grę na jego laptopie. To nie tak, że Niall nie ma kumpli czy coś, bo ma ich sporo. Tylko tak jakoś wyszło, że jakby zaliczam się do ich grona i jak sam mi kiedyś powiedział, jestem na czele listy. Taki naj kumpel. Czy coś.
Ale w momencie, gdy pewnie ciekawa opowieść o wydarzeniach wczorajszej nocy ma opuścić usta blondyna, Effie pojawia się na horyzoncie.
-Mam nadzieję, że nie rozmawiacie o wczoraj- marszczy brwi, Horan traci wątek, a ja wznoszę oczy do nieba. Ruda nie ma zupełnie problemu by rozmawiać o moim dziewictwie, ale jeśli chodzi o intymne szczegóły jej związku, milczy jak grób. Trochę hipokryzja. Cała Effie.
Patrzę w milczeniu jak podchodzi do Nialla i całuje go w usta. Fakt, nie widzieli się aż dwie godziny. Cała kurde wieczność.
Izzy podchodzi do mnie i opiera się o moją biedną Rakietę. Unoszę brew, gdy widzę, że również wspiera nogę na jej drzwiach. Po co ja kurwa w ogóle myję ten samochód?
Blondynka szczerzy do mnie uroczo zęby i sprzedaje sójkę w bok, widząc moją naburmuszoną minę. Pokazuję jej język, a ona chichocze i opiera głowę na moim ramieniu. Pewnie w tym momencie wyglądamy jak para lesbijek, co potwierdzają długie spojrzenia grupki chłopaków przechodzących obok. Unoszę na nich środkowy palec, ale fakt, byłybyśmy cholernie gorącą parą lesbijek. Izzy byłaby tą uroczą i słodką, którą wszyscy by lubili, a ja tą groźną.
-Wpadniesz na browara?- mrugam kilkakrotnie, wyrzucając z głowy dziwne myśli i patrząc na Nialla. Cholera, jestem pojebana.
-Jak mnie zawieziesz, a potem odbierzesz z pracy- unoszę brew, a chłopak wzrusza ramionami.
-Dobra- cholernie dobrze go mieć. Moja twarz rozpogadza się w ułamku sekundy, a Horan śmieje się na ten widok. Effie jest prawdziwą szczęściarą, serio. Pewnie gdybym nie kochała Nialla jak głupkowatego brata, chciałabym go jej odebrać. Cóż, zakładam, że pewnie trudno przyjaźnić się z Jack Black.

***

Wpadam do pokoju zaraz za rudą, wyciągam z torby książki i pakuję do niej potrzebne rzeczy, żeby potem nie musieć się wracać. Zgarniam jeszcze z szafki okulary, bo wiem, że będziemy grać, a Effie wywraca na mnie oczami. Posyłam jej i Izzy szeroki uśmiech i wychodzę na korytarz, zostawiając je i ich referaty w spokoju. Swoją drogą, musiałabym w końcu zając się swoim. Ale to później.
Wychodzę z damskiego akademika i idę chodnikiem w stronę męskiego, nucąc pod nosem jakąś melodię. Jest szansa, że dzisiaj się nie spóźnię do pracy. Mimo pozorów, Niall jest bardzo punktualny i dba, by wszyscy zawsze byli na czas. Ja przez jaki czas też myślałam, że taka jestem, ale potem okazało się, że po prostu Horan przestał mnie upominać, że powinnam wyjść wcześniej żeby zdążyć. No cóż.
Wspinam się na trzecie piętro, rzucając bezczelne uśmiechy mijanym chłopakom, obserwującym mnie ciekawskimi spojrzeniami, omijam szerokim łukiem kupkę cuchnących ubrań leżących na środku korytarza i już jestem pod odpowiednimi drzwiami. Wchodzę jak do siebie i zaraz zdejmuję kurtkę i rzucam torbę w kąt.
-Cześć wam- kiwam Benowi i Chuckowi, który też przed chwilą przyszedł i rzucam się na łóżko Nialla. Chłopacy odpowiadają mi uśmiechami, przyzwyczajeni do mojego towarzystwa. Często składam wizyty Horanowi, więc raczej dobrze znam jego współlokatora i jednego z kumpli, którzy też często tu przesiadują. –Jak życie?- pytam, wyciągając się na brzuchu, a Ben rzuca mi spojrzenie znad swojego laptopa, przygryzając kolczyk w wardze.
-Spoko. Właśnie skopałem dupę temu frajerowi w Fifę- mówi, przeczesując swoje fioletowe włosy. Parskam.
-Znowu? Chuck, na litość boską, weź się w garść- oburzony brunet fuka na mnie, a ja z Benem szczerzymy do niego głupio zęby.
-Jak jesteś taka mądra to jestem ciekaw czy sama byś z nim wygrała- krzyżuje umięśnione ramiona na szerokiej piersi, wydymając usta.
-Mam ci przypomnieć kto z nim wygrał trzy razy pod rząd dwa tygodnie temu?- na moje słowa zakolczykowana brew Bena unosi się wysoko i już ma mi jakoś odszczeknąć, gdy drzwi się otwierają i staje w nich sam Niall, ściskając w rękach dwie zgrzewki piw.
-O, cześć panienki- rzuca w stronę chłopaków i podchodzi do mini lodówki w kącie pokoju i pakuje do niej swoje zakupy. Skubani. Też bym taką chciała, ale nie było mowy żebym dała radę przetransportować taką do pokoju, nie rzucając się nikomu w oczy. Oni nadal nie chcą mi zdradzić jak tego dokonali.
Blondyn wyciąga trzy piwa, które już były w środku i podaje każdemu, a dla siebie bierze oranżadę. Uśmiecham się na ten widok. Ten frajer będzie dzisiaj robił za mojego kierowcę. Ja to mam dobrze.
-Hej, Chuck, nie widziałem cię od zeszłego weekendu. Kogo tym razem poderwałeś?- pyta, otwierając swoją butelkę z cichym sykiem. Biorę łyk i wzdycham, czując jak przyjemnie zimny napój rozlewa się po moim brzuchu. Tego właśnie potrzebowałam.
Chuck zanim odpowiada wypija chyba pół piwa na raz i beka głośno, wycierając usta wierzchem dłoni.
-Taką jedną słodką blondynkę z tego bractwa za rogiem- wskazuje głową kierunek, a chłopacy kiwają głową z uznaniem. No fakt, należą tam same laski. Kiedyś nawet myślałam czy by do niego nie dołączyć, bo mają naprawdę fajną chatę, ale potem dowiedziałam się, że częścią inicjacji jest obciągnięcie wybranemu przez przewodniczącą facetowi na piątkowej imprezie. Nie, dziękuję.
-Tam w ogóle są jakieś słodkie?- mamrocze Ben, stukając szybko w klawiaturę i zanim ktokolwiek zdąży mu odpowiedzieć, do pokoju wpada wysoki chudzielec z rozczochranymi brązowymi włosami i rozrzuconymi szeroko ramionami.
-Moje dziwkiiiii!- woła, a potem zauważa  mnie i kłania się lekko, przykładając dużą dłoń do piersi. –Madame- wywracam oczami, gdy puszcza mi oczko i posyła obleśny uśmiech. –Co porabiają moi ulubieni frajerzy?- rzuca się na łóżko obok mnie, a ja klepię go w udo, gdy widzę jak gapi się na mój tyłek.
-Dopiero przyszedłeś, a ja już mam ochotę walnąć cię w mordę- burczy Chuck, a Grayson posyła mu całusa, jeszcze bardziej irytując bruneta. Wzdycham i siadam wygodnie, przejmując pałeczkę zanim zrobi się nieprzyjemnie. Ogólnie Chuck z Graysonem się przyjaźnią, ale ten mniejszy tak działa brunetowi na nerwy, że czasem nad sobą nie panuje. Czasem naprawdę mu się nie dziwię.
-Okej, nie przyszłam tu by wysłuchiwać waszych bezsensownych kłótni podszytych testosteronem- mówię, a oni zerkają na mnie z lekkim zainteresowaniem. Spoglądam na Horana, który pociąga łyk swojej oranżady, krzywi się lekko (bo to nie piwo) i siada obok mnie. –Dowiem się wreszcie co robiliście wczoraj z Effie w naszym pokoju czy będę tu siedzieć i gapić się jak Chuck znowu przegrywa w Fifę?- teraz już wszyscy gapią się na blondyna, nawet Ben wychylił się na chwilę zza swojego ukochanego laptopa.
-Nie wziąłem jej o tyłu- oznajmia Niall co spotyka się z zrezygnowanym jękiem chłopaków. Uśmiecham się. Wiedziałam, że siedziała zbyt normalnie. –Ale próbowaliśmy paru innych rzeczy- dodaje, spoglądając na mnie. Gdyby tylko jego dziewczyna wiedziała o temacie tej rozmowy, spaliłaby się głębokim rumieńcem i nie odzywałaby się do swojego chłopaka przez parę dni. Widać jak Niall mi ufa.

***

-Dobra panienki, Jack i ja musimy się zbierać- mówi w końcu blondas, a ja zerkam na zegarek na moim nadgarstku. 15:30. Nie ma mowy, że się spóźnię. Będę nawet przed czasem.
Reszta jęczy niezadowolona, bo to oznacza koniec rozmowy o horanowych podbojach łóżkowych. Tłumię uśmiech, odkładam puste już piwo i zbieram swoje rzeczy. Kiwam im zanim wyjdę i za bardzo skupiam się na Greysonie wołającym za nami „Pa suczki!”, że dopiero na korytarzu zauważam, że Niall niesie w ręce dodatkowy kask. Unoszę brwi.
-Nie jedziemy Rakietą?- pytam, a on patrzy na mnie jakbym postradała zmysły.
-Chcę przeżyć.
-Dlatego pojedziemy motorem?- rzuca mi tylko krótkie spojrzenie, a ja wzdycham. Cudownie.

***

Liam nie mówi tego na głos, ale wygląda na całkiem zadowolonego, że tym razem jestem na czas, a nawet trochę wcześniej. Ant oczywiście zaczepia mnie o motor Nialla, pytając gdzie podział się facet od mustanga. Oczywiście każe mu się pierdolić.
Koło 24, gdy wychodzę na zimne powietrze za barem, uśmiecham się, widząc czekającego już tam Nialla na swojej czarnej bestii. Miło czuć, że ktoś o ciebie dba. I naprawdę to doceniam, do czasu aż ktoś zaczyna się rządzić moim dziewictwem. Wtedy już nie jest miło.
Biorę od Horana czarny kask i zanim odjedziemy, przypominam sobie o jeszcze jednej rzeczy.
-Wpadniemy w jedno miejsce po drodze, okej?- gdy kiwa głową, podaję mu adres i po chwili już ściskam go w pasie, gdy rusza do przodu, nabierając prędkości.

***

-To nie zajmie długo- mówię do blondasa, podając mu kask. Kiwa tylko głową, ponaglając mnie. Uśmiecham się krzywo, bo wiem, że, gdy ma założony kask lubi milczeć, bo myśli, że jest wtedy tajemniczy i pociągający i w ogóle. I w życiu mu tego nie powiem, ale ma skubany rację. Jak cholera.
Wychodzę z widny i już po chwili pukam w odpowiednie drzwi. Czekając, przebieram nogami w miejscu i pocieram dłonie, chcąc się trochę rozgrzać. Jazda motorem w listopadzie to najgłupszy pomysł w historii, ale miłość Horana do jego czarnej maszyny jest prawie tak wielka jak do jego dziewczyny. Jeśli nie większa.
W końcu Harry mi otwiera, a ja zastygam, chuchając na swoje dłonie. Chłopak unosi nieznacznie brwi, a ja uśmiecham się lekko i chowam je błyskawicznie do kieszeni.
-Cześć.
-Cześć- przez chwilę gapimy się na siebie w ciszy z uśmiechami na twarzach. Ma na sobie te same dresy, ale tym razem również czarną koszulkę. Szkoda. Ale ciekawe czy dzisiaj założył coś pod spód… Chrząkam.
-Wpadłam po moją torbę- odzywam się wreszcie, gdy mój mozg zaczyna normalnie pracować.
-Jasne- przepuszcza mnie w drzwiach, a gdy wchodzę, nie mogę pozbyć się wrażenia, że gapi się na mój tyłek. Oglądam się na niego przez ramię, a gdy widzę, że faktycznie to robi, unoszę brew. Harry dostrzegając moje spojrzenie, uśmiecha się niewinnie i wzrusza ramionami. Oh, dupek.
Idę prosto do jego sypialni, a gdy mijam salon, telewizor jest wyłączony. Schylam się po torbę, która leży dokładnie w miejscu, w którym ją zostawiłam i widzę kątem oka jak Harry opiera się o framugę, obserwując mnie ze skrzyżowanymi na piersi ramionami. Zarzucam ją na ramię i odwracam się do niego, uśmiechając lekko.
-Mówiłaś, że nie spakowałaś nic do spania- jego oczy błyszczą rozbawieniem, gdy unoszę brwi. A zaraz czuję rumieńce na policzkach, gdy wyciąga z kieszeni moją różową koszulkę od piżamy w jednorożce. Otwieram usta, nie wiedząc co powiedzieć.
-Ty… g-grzebałeś w mojej torbie?- tylko tyle udaje mi się wydukać, a on uśmiecha się odrobinę szerzej, widząc moje zaskoczenie i skrępowanie. Cholera, on widział moją paskudną piżamę!
-Była rozpięta i chciałem ją zapiąć, a to rzuciło mi się w oczy- nic dziwnego. Wściekły róż faktycznie może rzucać się w oczy. Kurwa mać. –Dlaczego nie chciałaś jej założyć? Jestem pewien, że wyglądałabyś w niej uroczo- szczerzy się, a ja marszczę brwi i z palącymi policzkami wyrywam mu piżamę z ręki i szybko upycham ją do torby. Gdybym ją założyła, pewnie wczorajszej nocy skończyłabym na kanapie. Samotnie.
-Dostałam ją od babci i… zresztą, nie muszę ci się tłumaczyć!- fukam, a on chichocze, widząc moje wzburzenie. W końcu podchodzi do mnie i kładzie dużą dłoń w dole moich pleców, przyciągając mnie do siebie. Drugą ręką odgarnia moje włosy za ucho i łapie mnie za podbródek. Rzucam mu zirytowane spojrzenie, które topnieje odrobinę pod wpływem jego dotyku. Ale tylko odrobinę.
-Chciałbym zobaczyć cię w tej piżamce, ale zdecydowanie wolę cię bez niej- przełykam głośno ślinę, ale to jedyna widoczna reakcja na jego słowa, na którą sobie pozwalam. Ale to mu oczywiście wystarcza, by szelmowsko się uśmiechnął i cmoknął mnie w kącik ust. Staram się nie zastanawiać nad tym jak bardzo mi się to podoba i odpycham go delikatnie od siebie.
-Muszę już iść. Ktoś na mnie czeka- mówię, a jego spojrzenie nagle ciemnieje. Patrzy na mnie jeszcze przez chwilę, marszcząc nieznacznie brwi, aż w końcu mnie puszcza. A ja ruszam do wyjścia, choć wolałabym zostać. Bardzo. Bo mogłyby się wydarzyć ciekawe rzeczy tej nocy. Ale nie mogę wystawić Nialla, bo, po pierwsze, był tak miły, że mnie podwiózł i, po drugie, wyciągnąłby mnie siłą z tego mieszkania, gdyby się dowiedział, że chcę tu zostać. Cholera.
I odwracam się w drzwiach, by mu ponownie podziękować i jakoś się pożegnać, ale unoszę brwi, gdy widzę jak wsuwa na bose stopy trampki.
-Odprowadzę cię- tłumaczy jedynie, prostując się i zamykając mieszkanie. Idziemy bez słowa do windy, a ja potrafię się tylko gapić na niego jak marszczy przez cały czas brwi i bierze ode mnie torbę. Co jest bardzo miłe z jego strony, tak nawiasem. Ale trochę trudno mi się połapać w jego zmiennych nastrojach.
W końcu wychodzimy, a ja widzę jak Niall podnosi na mnie wzrok i prostuje się nieznacznie na widok Harrego za moimi plecami. Jego czarny motor, który ze ścigaczami nie ma nic wspólnego, w słabym świetle ulicznej lampy prezentuje się nienagannie. Odwracam się do Harrego i uśmiecham lekko.
-Jeszcze raz dzięki za nocleg- wpycham dłonie w kieszenie kurtki, a on jeszcze przez chwilę wbija wzrok w Horana za moimi plecami, pewnie podziwiając jego piękną maszynę, aż w końcu spogląda na mnie, kiwając nieznacznie głową. Wciąż nie zmienia wyrazu twarzy i zaczynam się zastanawiać czy go czymś przypadkiem zdenerwowałam. Cholera, nie wiem. –Um, to cześć- dukam i już chcę wziąć od niego swoją torbę, gdy ona nagle przyciąga mnie do siebie za talię i łączy nasze usta w silnym pocałunku. Jestem tak zaskoczona, że prawie go nie odwzajemniam.
-Dobranoc Jackie- mówi, gdy mnie wreszcie puszcza i podaje torbę. Stoję jeszcze przez krótki moment zbaraniała, gapiąc się na niego, aż w końcu odwracam się na pięcie, przymocowuję torbę z tyłu siedzenia tak, by nie spadła, biorę kask od Nialla, zakładam go i siadam za nim, obejmując go w pasie. Ten nic nie mówi, tylko odjeżdża z głośnym rykiem, a ja patrzę za Harrym dopóki nie zniknie mi z oczu. Co się kurwa właśnie stało?