7 sierpnia 2017

16.



         Biała pingpongowa piłeczka wędruje w górę i w dół, gdy Niall w skupieniu odbija ją czerwoną rakietką. Śledzę ją wzrokiem, tylko jednym uchem przysłuchując się opowieści Effie o jej wspaniałym trenerze od jogi. Odkąd miała z nim swoje pierwsze zajęcia jakieś dwa miesiące temu, co tydzień w poniedziałek przy lunchu wysłuchujemy jaki to pan Wu jest cudowny. Swoją drogą nie rozumiem skąd to nazwisko, skoro ten facet z Azją ma tyle wspólnego co McDonalds. Koleś ma złociste włosy, wybielane zęby, którymi błyszczy na prawo i lewo, wyginając się w dziwny sposób, całkiem pokaźne mięśnie i pomarańczową opaleniznę. A jego obcisłe legginsy w krzykliwe wzory cholernie uwydatniają jego zadek, który swoją drogą jest całkiem niezły, ale w życiu tego nie przyznam, tak rażą po oczach, że nie można ich nie zauważyć nawet z drugiego końca sali. Niall na początku wkurzał się na te wszystkie ochy i achy jego dziewczyny, ale przestał, gdy sam spotkał pana Wu i na własne oczy przekonał się, że trener jogi jest najmniej męskim facetem stąpającym po ziemi. Co prawda, krążą plotki, że jest zupełnie hetero, a kilka osób utrzymuje nawet, że widziało jak flirtował z jakąś kobietą w kawiarni, ale coś trudno mi w to uwierzyć, gdy widzę te jego legginsy. O zgrozo.
 Osobiście byłam na tylko jednych zajęciach z jogi. Mianowicie tych pierwszych. W tym roku musimy zaliczyć wuef, więc trzeba chodzić na różne takie pierdoły. Izzy wybrała pilates, więc to chyba logiczne, że joga wydawała mi się mniejszym złem. Jednak po pierwszych zajęciach diametralnie zmieniłam zdanie, gdy zobaczyłam krągły tyłek pana Wu machający mi tuż przed nosem i, gdy na następny dzień nie mogłam się zwlec z łóżka, bo wszystko mnie cholernie bolało. Dlatego zrezygnowałam z tego cholerstwa, a, że musiałam jakoś zaliczyć wuef, zapisałam się na ostatnie zajęcia, gdzie było jeszcze miejsce. Mianowicie: ćwiczenia siłowe. Co prawda jeszcze mnie tam nie było, bo przez dobre dwa tygodnie załatwiałam całą papierkową robotę związaną ze zmianą zajęć (normalnie zajęłoby to o wiele krócej, ale mnie niespecjalnie się spieszyło), a potem najzwyczajniej w świecie nie miałam na to siły ani czasu.
-Już nie mogę się doczekać dzisiejszego treningu. Po nim zawsze czuję się taka spełniona i mam wrażenie, że mogę więcej!- kiwnęłam głową, patrząc na białą piłeczkę, która akurat spadła na ziemię, gdy Niall nie zdołał jej odbić. Trzydzieści siedem razy, całkiem nieźle Horan. –Jack, serio powinnaś w końcu iść na swoje zajęcia. Chcesz zaliczyć wuef czy nie? Później możesz mieć przez to jakieś problemy- posyłam chłopakowi spojrzenie pełne uznania, a on szczerzy się w odpowiedzi.
-Jasne- rzucam, na nowo skupiając się na piłeczce. Jeden, dwa, trzy, cztery, pięć, sześć, siedem… Mnie to nigdy nie wychodziło, z wielkim trudem dobijałam do dziesięciu. Piętnaście to już w ogóle cud. To wcale nie wydaje się trudne, ale w rzeczywistości jest cholernie trudne.
-Poważnie Jack, unikasz ich już dwa miesiące. To strasznie dużo nieobecności. Dwie godziny treningu w tygodniu nic ci nie zrobią- wzdycham, odrywając wreszcie wzrok od podbijanej piłeczki i patrzę krzywo na rudą. Marszczy lekko brwi i rzuca mi zmartwione spojrzenie znad swojej sałatki.
-No właśnie. Skoro i tak mam już dużo nieobecności, to kolejne dwie nie zrobią większej różnicy- wzruszam ramionami, Horan rechocze, łapiąc piłeczkę w locie, a Effie gromi mnie spojrzeniem. Żeby jakoś szybko zmienić temat i uniknąć morderczych spojrzeń przyjaciółki, spoglądam na tę drugą, grzebiącą w milczeniu w swoich naleśnikach. Izzy i milczenie? Coś tu jest nie tak. –A ty coś taka milcząca?- blondynka patrzy na mnie wielkimi, niebieskimi oczami jakby widziała mnie po raz pierwszy. Mruga zdziwiona i wzrusza nonszalancko ramionami, ponownie wbijając wzrok w rozciapkane naleśniki na jej talerzu.
-Zdaje ci się- mamrocze, a ja aż wymieniam zdziwione spojrzenie z Niallem, bo na Effie wolę na razie nie patrzeć. Coś tu zdecydowanie jest nie tak. Przysuwam się do dziewczyny, nachylając nad stołem.
-Okej. Gadaj- ponownie podnosi na nas wielkie oczy, a widząc, że wszyscy otaczamy ją ciasnym kółkiem, oczekując wyjaśnień, wzdycha zrezygnowana i opuszcza ramiona.
-Bo… na tej piątkowej imprezie poznałam takiego chłopaka- urywa i spogląda na nas niepewnie. Jednak widząc, że to nam nie wystarcza, ponownie wzdycha, wbijając wzrok w naleśniki. –Cudownie mi się z nim rozmawiało i był taki zabawny i uroczy, że bez wahania zgodziłam się iść z nim do jego pokoju… Ale tylko żeby porozmawiać, naprawdę!- dodaje szybko, doskonale rozumiejąc nasze milczenie i zszokowane spojrzenia. Chodzenie z obcymi facetami do pokojów na piętrze podczas imprezy nie było w stylu Izzy. Zupełnie. Za to w moim już może tak… -Tematy nam się nie kończyły i było naprawdę miło i już zaczynałam wierzyć, że spotkałam swojego Księcia, ale wtedy okazało się, że już ktoś jest w jego pokoju. Zamknął mi drzwi przed nosem, zanim zdążyłam zareagować. Przez chwilę się dobijałam i pytałam o co chodzi, sądziłam, że w środku są może jego jacyś znajomi albo coś. Ale potem usłyszałam damski głos i zrozumiałam dlaczego nie chciał mnie wpuścić do środka. Czekała tam już na niego jakaś inna laska- wyrzuca z siebie słowa jak karabin, a nam chwilę zajmuje zanim poskładamy to w całość. Unoszę wysoko brwi, zdziwiona. Zupełnie nie tego się spodziewałam. Myślałam, że jest taka cicha bo głupio jej, że tak się schlała i, że może jeszcze trochę męczył ją ten kac. Choć faktycznie, nawet na to ile wtedy wypiła, dwa dni kaca to zbyt wiele. Effie na szczęście zareagowała szybciej.
-Faceci to idioci kochana- obejmuje ją ramieniem, rzucając przepraszające spojrzenie Niallowi, który uniósł nieznacznie ciemne brwi, słysząc słowa swojej dziewczyny. Mrugam kilkakrotnie i kładę głowę na ramieniu blondynki.
-Ta. A tamten zdecydowanie nie był twoim Księciem- dodaję, a Izzy wzdycha po raz milionowy, ale posyła nam lekki uśmiech. Cóż, przejdzie jej niedługo. Po prostu wypiła trochę za dużo i zaczęło jej się coś wydawać. Mnie czasem też to się zdarza. Ostatnio nawet bardzo często. Marszczę brwi, gdy dociera do mnie głos rudej.
-To nie znaczy, że zapomniałam o twoich zajęciach Jack- cholera.

***

Wbiegam na ostatnią chwilę do sali, posyłając lekki uśmiech profesorowi Hawkinsowi. Macha na mnie ręką, jakbym była natrętnym owadem, marszcząc brwi, więc wzruszam ramionami i idę do jednego z ostatnich rzędów. Wbijam wzrok w podłogę, ze wszystkich sił starając się nie nadepnąć ani nie potknąć o walające się wszędzie torby. Cholerni studenci.
Zajmuję swoje miejsce z lekkim westchnięciem i schylam się do torby, by wyciągnąć z niej notatnik. Prawie piszczę, gdy słyszę w uchu cichy głos.
-Nie ładnie tak się spóźniać Jackie- patrzę w prawo na błyszczące radośnie zielone oczy i szeroki uśmiech z dołeczkami o mocy tysiąca słońc. Unoszę brwi, starając się uspokoić rozszalałe serce. No co za idiota.
-Po pierwsze: wcale się nie spóźniłam- syczę przyciszonym głosem, a on wciąż uśmiecha się, wyraźnie z siebie zadowolony. –Po drugie: czy ty zawsze musisz mnie straszyć?- chłopak tylko unosi brwi, robiąc minę niewiniątka, którym z pewnością nie jest. To Harry Styles do cholery. Nawet jeśli nie wszystkie plotki na jego temat są prawdziwe, nie jest żadnym świętym. Robił to i owo i wątpię, by tego żałował. Zresztą, wiem co nieco z autopsji. Moja buźka o anielskich rysach to tylko zmyłka. Serio.
-Nic na to nie poradzę, że tak na ciebie działam- mówi, unosząc ręce w obronnym geście, a ja mam ogromną ochotę czymś w niego rzucić. Długopisem, zeszytem, krzesłem, czymkolwiek. Co za palant. Ale oczywiście niczym w niego nie rzucam, tylko prycham i krzyżuję ręce na piersi, siadając prosto. A, gdy zerkam na niego, by cisnąć kolejnym zirytowanym spojrzeniem, nie potrafię kompletnie nic poradzić na zauważalne drganie w kącikach ust. Harry szczerzy do mnie zęby i porusza flirciarsko brwiami, przez co wygląda jak idiota bardziej niż zwykle. Parskam śmiechem i wbijam wzrok w kolorowe slajdy na tablicy, próbując się skupić na wykładzie profesora Hawkinsa. Przecież lubię te wykłady do cholery jasnej. W końcu nie są obowiązkowe i przyszłam na nie z własnej nieprzymuszonej woli od razu, gdy się o nich dowiedziałam. Czyli jakoś tydzień temu. Może gdybym częściej zwracała uwagę na powywieszane wszędzie ogłoszenia i zaglądała czasem na stronę internetową uczelni, byłabym z takimi rzeczami na bieżąco. Ale jakoś tak nie mam do tego głowy.
Jednak slajdy profesora Hawkinsa, mimo, że bardzo ładne, nie są w stanie utrzymać mojej uwagi zbyt długo. Spoglądam dyskretnie na Harrego, siedzącego po mojej prawej. Śledzę wzrokiem jego długie nogi wyciągnięte wygodnie do przodu. Ciemne spodnie opinają je ciasno i dam sobie rękę uciąć, że ma je nisko opuszczone, aż wystają znad nich bokserki. Czarne wysokie buty u kogoś innego pewnie wyglądałyby dziwacznie, ale na nim prezentują się denerwująco dobrze. No jasne. Zwykły czarny T-shirt odsłania większość tatuaży na jego silnych ramionach. Czerwona koszula w kratę wisi, przerzucona niedbale przez oparcie krzesła. Ten koleś ma jakąś obsesję na punkcie czarnych ciuchów. Lewy biceps rzuca się w oczy, gdy napina go machinalnie, opierając łokieć na ławce. Przez chwilę wbijam wzrok w wytatuowany na nim statek. Mówcie co chcecie, ale on wcale nie kojarzy się z łysawym, spoconym marynarzem. Patrzę na jego profil, gdy w skupieniu marszczy ciemne brwi i przygryza końcówkę ołówka. Jego wargi wydają się bardziej różowe niż zazwyczaj. Cholera, dziewczyny używają pomadek, by uzyskać taki kolor, a on po prostu tak ma, skubany. Linia szczęki jest mocno zarysowana i to jest tak cholernie seksowne, że nie mogę. Pierścienie błyszczą srebrem na jego zgrabnych palcach. Ciemne włosy ma zaczesane do tyłu, a ja odczuwam naglę przemożną chęć dotknięcia ich. Jack, ogarnij się. Szybko odwracam wzrok, zanim Harry zdąży zauważyć, że się na niego napalam. Jestem cholerną idiotką.

***

Nawet zbrukanie siebie w myślach nic nie dało i przez cały wykład spoglądałam co jakiś czas ukradkiem na Harrego. Równie dobrze mogłabym tam nie iść, bo i tak nie wiem o czym był. Ja pierdole. Co jest ze mną nie tak? Pewnie wszystko, bo, gdy już miałam wsiąść do auta i wrócić do akademika, by odpocząć trochę przed pracą, coś mnie tknęło i wzięłam torbę z  ciuchami leżącą tam od niespełna dwóch miesięcy i pognałam na siłownię. Od kiedy to ja tak słucham Effie? Nawet w sprawie Harrego udaje mi się idealnie robić wszystko wbrew jej woli i nie odczuwam przez to prawie żadnych wyrzutów sumienia. Chyba zaczynam mięknąć albo już do końca zwariowałam.
W każdym bądź razie, gdy tylko weszłam do szatni, ogarnął mnie silny zapach potu, mimo, że była damska. Cóż, dziewczyny się nie oszczędzały, jak czuć. Wcisnęłam się w te obcisłe, czarne legginsy, w których mój tyłek wygląda cudownie i sportowy stanik. Rzuciłam badawcze spojrzenie na inne dziewczyny w szatni, a widząc, że większość na takim stroju poprzestała, zmarszczyłam brwi. Wciągnęłam jeszcze koszulkę z obciętymi rękawami i zawiązałam na nogach adidasy. Mimo, że jestem Jack Black nie mam najmniejszego zamiaru paradować po siłowni w samym staniku, nawet jeśli to tylko ten sportowy. Po prostu nie.
Wchodzę na salę, rozglądając się niepewnie. W przestronnej pomieszczeniu wypełnionym ciężarami i różnymi sprzętami do ćwiczeń siłowych zgromadziła się już grupka studentów w strojach. Jedni bardziej, inni mniej umięśnieni. Ze zdziwieniem odkrywam, że jak na razie jestem jedyną dziewczyną. Cóż, może jeszcze przyjdą. Zerkam na duży zegar wiszący nad rzędem luster po jednej stronie i widzę, że za chwilę powinniśmy zaczynać. Na pewno przyjdą. Dziewczyny zawsze dłużej się przebierają. Staram się nie zwracać uwagi na ciekawskie spojrzenia, którymi jestem obrzucana ze wszystkich stron i przebieram nerwowo nogami, gdy dołącza do nas facet w średnim wieku. Ma dość imponujące mięśnie i łysą głowę, ale niski wzrost przełamuje wygląd groźnego osiłka. Na szerokiej piersi wisi srebrny gwizdek, a w wielkiej łapie ściska jakąś podkładkę z papierami. Wita się z nami i zaczyna odczytywać listę obecności. Zaczynam rozglądać się z rosnącym niepokojem. Gdzie reszta dziewczyn?
-Black…
-Jestem!- wołam szybko, nie dając mu dokończyć. Mężczyzna obrzuca mnie badawczym spojrzeniem i odhacza coś na kartce. Przełykam rosnącą w gardle gulę, gdy patrzę jak odkłada podstawkę na bok. Gdzie reszta dziewczyn?! Przecież nie mogę być jedyna! Cholera, nie mogę!
-Skoro mamy już wszystkich, zaczynamy. Najpierw mała rozgrzewka- trener klaszcze głośno wielkimi łapskami i nagle wszyscy się rozchodzą, widząc doskonale co mają robić. Tylko ja wciąż stoję w miejscu, gapiąc się na niego zbaraniała. Ten unosi nieznacznie brwi i wskazuje bez słowa na bieżnię w rogu. Kurwa mać, co ja tu robię?
Właśnie kończę pierwszy kilometr, gdy jakiś zasapany chłopak wbiega do środka, zginając się wpół, by wyrównać oddech. Rzucam krótkie spojrzenie na jego odbicie w lustrze przede mną, ale zaraz muszę przestać, gdy trener bestialsko zwiększa prędkość, a ja muszę się postarać żeby nadążyć.
-Przepraszam za spóźnienie, trenerze- sapie, a ja marszczę brwi. Cholera, skądś znam ten głos. Ja wiem, że słyszałam już naprawdę wiele męskich głosów i to nie powinno mnie dziwić, ale ja naprawdę znam ten głos. Jednak jest zasapany i zachrypnięty po biegu i brzmi jakoś dziwnie. Pozwalam sobie na chwilę ponownie spojrzeć na odbicie chłopaka, ale odkrywam, że nie ma go w progu. –Coś mi wypadło, ale już jestem- nie myśląc zbyt wiele, patrzę w prawo, gdzie stoi trener. Nowo przybyły chłopak podszedł do niego, a mi z wrażenia plączą się nogi i po kilku sekundach ląduję jak długa na ziemi, robiąc przy tym sporo hałasu i przyciągając uwagę wszystkich. O kurwa mać. –Cholera, nic ci nie jest?- podnoszę wielkie oczy na chłopaka, który odskoczył od trenera i teraz pochylał się nade mną. –Jackie?- pyta, marszcząc brwi, a ja jestem zbyt zbaraniała by cokolwiek powiedzieć. Jebany Harry kurwa Styles. Na moich zajęciach siłowych. Ja pierdole. Czy są jakieś dodatkowe zajęcia, których z nim nie mam? Czy jest jakieś miejsce, gdzie go nie spotkam? Patrzę na jego zieloną koszulkę od kosza bez ramion i czarne spodenki. Czy to znaczy, że będę mogła raz w tygodniu przez bite dwie godziny bezkarnie gapić się na spoconego Harrego Stylesa podnoszącego różne ciężary? Cholera, te zajęcia nagle stały się szalenie atrakcyjne. –Co ty tu robisz?- wreszcie zdobywam się na lekki uśmiech, gdy pomaga mi wstać. Poprawiam wysoką kitkę, która się poluzowała i staram się nie myśleć jak kurewsko boli mnie tyłek.
-Pomyślałam, że lepsze to niż joga- mówię, a on wciąż patrzy na mnie jakby nie do końca wierzył, że mnie widzi. –Ale teraz w sumie nie wiem- dodaję trochę ciszej, zerkając niepewnie ponad jego ramieniem na trenera, który obrzucił mnie średnio zainteresowanym spojrzeniem, a gdy stwierdził, że żyję, zajął się pomaganiem jakiemuś kolesiowi przy sztandze. Patrzę w końcu na Harrego, a on się uśmiecha, marszcząc lekko brwi.
-Ta, dostajemy tu niezły wycisk. Dlatego dziewczyny zazwyczaj omijają te zajęcia.
-Zauważyłam- krzywię się lekko, na co on uśmiecha się szerzej. Już pewnie nie mogę zmienić zajęć. Sekretarka by mnie zabiła, gdyby zobaczyła mnie ponownie. Serio. Cholera, mam przerąbane. Harry bezbłędnie odczytuje moją kwaśną minę.
-Spokojnie, nie będzie tak źle. Pomogę ci i osobiście zadbam żebyś nie dostała zbyt dużego wycisku- przez chwilę gapię się na czarne serce na jego lewym ramieniu. Czy ten człowiek musi mi we wszystkim pomagać? Nie narzekam czy coś, ale czy go to nie męczy? Bo ja na jego miejscu miałabym już serdecznie dość.
-A da się tak?- pytam z powątpiewaniem, patrząc jak reszta zaczyna podnosić ciężary, które pewnie ważą tyle co ja. Fantastycznie. Chłopak chichocze i prowadzi mnie do urządzenia, którego nazwy nie znam. Każde mi usiąść na skórzanej ławeczce, a sam nachyla się przy urządzeniu i coś majstruje z ciężarkami. Po chwili sięga z góry drążek i podaje mi go z lekkim uśmiechem.
-Ustawiłem na trzy kilogramy. Powinnaś dać radę- przez chwilę gapię się na drążek w jego dużej dłoni, a potem go biorę. Jasne. To nie powinno być takie złe.
I z początku naprawdę nie jest złe i posyłam parę uśmiechów Harremu, który kawałek dalej unosił ciężarki, ale po kilkunastu minutach czuję, że już nie jest dobrze. Ramiona zaczynają mnie boleć i czuję, że zaraz odmówią mi posłuszeństwa. Zerkam spanikowana na zegar, a gdy odkrywam, że zostało jeszcze grubo ponad godzinę ćwiczeń, zaczynają mi się intensywnie pocić dłonie. Puszczam w końcu drążek, a on z cichym kliknięciem wraca na swoje miejsce. Poruszam lekko ramionami, rozluźniając napięte mięśnie. Już nie pamiętam kiedy ostatni raz aż tak intensywnie ich używałam. Cholera, czy ja to kiedykolwiek robiłam?
Patrzę w stronę Harrego, niepewna co powinnam teraz robić, ale widzę, że jest wciąż zajęty ciężarkami. Zagryzam więc wargę i postanawiam wziąć sprawy w swoje ręce. Jestem już cholera dorosła i potrafię sama o siebie zadbać. Mniej więcej.
Rozglądam się badawczo po sali, szukając jakichś nieinwazyjnych ćwiczeń. Omijam szerokim łukiem sztangi, gdzie część studentów sapie i robi się czerwona na twarzy w mało atrakcyjny sposób. Założę się, że Harry przy tym wygląda o niebo lepiej… Zresztą, co mnie to obchodzi. Mam teraz ważniejsze sprawy na głowie.
Okej. Przysiady wydają się w porządku. A żeby trener się nie przyczepił, wezmę jakieś lekkie ciężarki i będę ściemniać, że coś robię. Powinno się udać. Podchodzę do Harrego, który posyła mi szeroki uśmiech, nawet na chwilę nie przerywając ćwiczeń. Mój wzrok zatrzymuje się na jego umięśnionych ramionach tylko na moment, gdy odwzajemniam gest i zgarniam najmniejsze ciężarki jakie znajduję. Są różowe i jedno-kilogramowe. Łatwizna. Tym razem serio okazuje się to łatwizną, a ćwiczenie nie sprawia mi większych problemów.
Ale innym już tak. Gdy robię już osiemdziesiąty przysiad, orientuję się, że ktoś się na mnie gapi. Ktoś znaczy cała siłownia. Na mnie znaczy na mój tyłek. Prostuję się nagle, marszcząc brwi, a chłopacy widząc, że dostrzegam ich spojrzenia, wracają do swoich zajęć z dziwnym zapałem. Faceci.
Z lekką irytacją odkładam ciężarki na miejsce i patrzę na Harrego, który gapi się na mnie od dłuższej chwili z głupią miną. Unoszę brew, a on mruga kilkakrotnie, wyrwany z transu i również odkłada swoje ciężarki. Lub ciężary, bo moje przy tych wyglądają jak zabawki dla dzieci.
-Chodź, poćwiczysz trochę ze sztangą- gdy wciąż gapię się na jego ciężarki, łapie mnie za rękę i ciągnie za sobą. Że co? Sztanga? Czy on kompletnie oszalał? Przecież moje ramiona nie mają w ogóle mięśni!
Jednak coś w błyszczącej warstewce potu na jego umięśnionych ramionach skutecznie odwraca moją uwagę i nie jestem w stanie sklecić nawet zdania, gdy przytwierdza do metalowej sztangi malutkie ciężary i podchodzi do mnie z nią. Gdy tak ją niesie bez problemu, wydaje się zupełnie leciutka, ale, gdy sama ją łapię, odkrywam, że wcale taka nie jest. Cholera.
Harry delikatnie pomaga mi ją unieść na wysokość klatki piersiowej, uśmiechając się lekko.
-Teraz wolno w dół- instruuje mnie, stojąc tuż przede mną i pomagając z tym cholerstwem. Jak zwykle mocno pomocny. Serio, czy ten facet musi być cały czas tak irytująco miły? Powili zaczynam myśleć, że to jego wada. –Chodzisz jeszcze na jakieś zajęcia dodatkowe? Pytam, bo wolę się przygotować przed naszym kolejnym spotkaniem- gdy podnoszę na niego wzrok, szczerzy się do mnie. Wywracam oczami.
-Nie. To już wszystko- przez chwilę patrzy na mnie z tym uśmiechem, a coś dziwnego błyszczy w jego oczach.
-Szkoda.

***

Przez te cholerne zajęcia spóźnię się do pracy. Jak kurwa nic. Liam mnie zabije. Tym razem tak na serio. Boże, czy ja nie mogę zacząć lepiej planować swojego czasu?
Wypadam w biegu z szatni, prawie taranując jakąś laskę torbą sportową na moim ramieniu. Rzucam jej przepraszający uśmiech, a ona patrzy na mnie oburzona i wygląda na nieźle wkurzoną. Ale mam to w nosie, bo jestem kurwa spóźniona.
-Jackie, gdzie tak pędzisz?- słyszę za sobą znajomy głos, ale naprawdę nie mam teraz czasu na żadne pogaduszki. Nawet z nim. Dlatego zwalniam tylko odrobinę i oglądam się na niego przez ramię.
-Jestem już spóźniona!- Harry śmieje się na moje słowa i kręci głową. Nie mam nawet sekundy, by móc się zatrzymać i podziwiać ten piękny widok. Muszę pędzić do baru, z dala od Harrego i jego pięknego uśmiechu. Życie jest nie fair. Ale fakt, nie płacą mi za gapienie się na Stylesa. Ale gdyby tak było, byłabym już milionerką. Cholera.

***

Rakieta nie była zbyt zadowolona tak dziką jazdą przez zatłoczony Londyn, ale nie mogłam nic poradzić. Chciałam zniwelować moje spóźnienie do minimum, by móc w razie czego zwalić na korki. Ale piętnaście minut to trochę za dużo na korki. Choć, nie jest jeszcze tak źle. Liam nie powinien się tak wkurzyć. Wbiegam na zaplecze i olewając pytające spojrzenia Anta, przebieram się w uniform i z prędkością błyskawicy wychodzę na salę od razu zgarniając tacę z lady i pędząc do swojego rewiru. Niestety pech chciał, że akurat mijam się z Liamem, który znosił brudne naczynia. Po jego zdenerwowanej minie mogę się domyślić, że zauważył moje spóźnienie.
-Jack- warczy, marszcząc ciemne brwi. Jego sarnie oczy ciskają we mnie piorunami, a ja rozciągam usta w niewinnym uśmiechu. Cholera jasna.
-Cześć- wołam wesoło i nie dając mu dokończyć, prawie biegnę do stolika, gdzie akurat siadała jakaś para. Gdy spisuję ich zamówienie czuję na sobie palące spojrzenia Liama i nawet odległość nie zmniejsza jego siły. Gdyby wzrok mógł palić, już dawno miałabym w plecach dziurę na wylot.
Niestety składanie zamówienia nie trwa w nieskończoność (albo chociaż osiem godzin), więc w końcu muszę podejść do okienka za barem, by podać Nancy zamówienie. A za barem czeka nie kto inny jak sam Liam Payne, niechybnie żądny mojej krwi.
-Obiecałaś- syczy, krzyżując silne ramiona na równie silnej piersi, a ja przez chwilę gapię się na wytatuowane pióro i napis na nich. W końcu zdobywam się na odwagę i patrzę w jego oczy.
-Jak sam zauważyłeś, nigdy nie byłam skautem- szczerzę się głupio, unosząc ręce, a on gromi mnie spojrzeniem. Szlag.
-Spóźniłaś się już drugi raz w przeciągu dwóch tygodni. To się robi denerwujące Jack- mówi, a ja podchodzę do niego i kładę rękę na jego ramieniu. Koszula w czerwono-czarną kratę opina się wyraźnie na jego napiętych mięśniach.
-Wiem Liam, ja to wszystko wiem. Możesz mi to potrącić z pensji i w ogóle. Tym razem naprawdę obiecuję, że już więcej się nie spóźnię. Włączę sobie serię alarmów, załatwię transport powietrzny, skombinuję policyjną eskortę, wytworzę klona i oszukam przeznaczenie. Wszystko, byleby być tu na czas- dla lepszego efektu moich słów, ściskam go lekko za ramię i kiwam nieznacznie głową, robiąc zatroskaną minę. To nie tak, że nim manipuluję czy coś. Po prostu oboje doskonale wiemy, że Liam nie chce mnie stąd wyrzucać, bo wbrew pozorom jestem naprawdę dobrym pracownikiem i się przyjaźnimy. A słabo byłoby kończyć tak wspaniałą przyjaźń zwolnieniem z pracy.
Chłopak jeszcze przez chwilę mrozi mnie spojrzeniem, ale mijają kolejne sekundy i dosłownie widzę jak mięknie. W końcu wzdycha i kręci głową.
-Dobra, niech ci będzie. Za bardzo cię lubię- uśmiecham się szeroko na te słowa i klepię go lekko po zarośniętym policzku.
-Ja ciebie też Payno- Liam odtrąca moją dłoń i wywraca poirytowany oczami, ale widzę, że kąciki jego ust drgają.
-Wracaj lepiej do pracy- burczy, a ja szczerzę się do niego ostatni raz i biorę się za nalewanie piwa. Wiedziałam, nawet on nie mógł się oprzeć mojemu wrodzonemu urokowi.

***

Gdy podczas przerwy siadam do mojego burgera, coś zaczyna wibrować w kieszeni fartucha. Nie miałam nic w ustach od lunchu parę godzin temu. Umieram z głodu. Unoszę brew i z wypchanymi ustami sprawdzam co jest grane. Wiadomość od nieznajomego numeru. Kto to tym razem?
Podobałaś mi się dzisiaj na siłowni. Zwłaszcza podczas przysiadów. Powinnaś częściej nosić te spodnie.
H.
Nagle czuję jak moje wargi rozciągają się w szerokim uśmiechu, co musi wyglądać dość śmiesznie, zważając choćby na połowę burgera w moich ustach.
Dziękuję. Chyba nie jesteś jedynym, który tak myśli.
Co się ze mną dzieję? Czy ja właśnie flirtuję przez smsy? I to w dodatku z Harrym Stylesem! Cholera jasna, jeszcze tydzień temu to byłoby nie do pomyślenia. Zazwyczaj olewałam większość wiadomości od nieznajomych numerów. A to zdarza się dość często, bo zapisanych mam naprawdę tylko parę kontaktów. Tyle, że prawie zawsze okazywało się, że to jacyś faceci z poprzedniej imprezy albo w ogóle jacyś goście, którzy chętnie przekonaliby się na własne oczy czy te wszystkie plotki o Jack Black są prawdziwe. Czyli w sumie nic wartego uwagi.
Ale z Harrym jest inaczej. Nie dość, że odczytuję jego wiadomości to jeszcze na nie odpisuję. W dodatku od razu po przeczytaniu. U mnie to dość niespotykane. Raz Effie wkurzyła się na mnie nieźle, gdy odpisałam jej dopiero po jakimś tygodniu. Pytała czy mam ochotę  na lody po wykładach, a, gdy opisywałam, naprawdę miałam. Tyle, ze było już jakby trochę za późno. Ale na lody i tak w końcu poszłyśmy.
Masz rację. W takim razie nie powinnaś już ich więcej zakładać. Znaczy, nie w obecności innych. Możesz je nosić swobodnie, gdy będziemy sami.
H.
Będziesz mi dyktował w co mam się ubierać? Jasne i co jeszcze?
Zabawne. Ten facet jest zdecydowanie zbyt pewny siebie. Pewnie to jeden z wielu powodów dlaczego tak przyciąga kobiety.
Nie wydaje mi się bym cię posłuchała.
Kręcę głową, popijając burgera wodą. Boże, przez ten durny trening czuję się głodna jak nigdy. Prawie od razu zjadłam połowę. Niall gdyby mnie teraz zobaczył z pewnością byłby dumny.
Niegrzeczna dziewczynka.
H.
Głupi uśmiech na mojej twarzy jest tak szeroki, gdy tylko czytam tę wiadomość, że nawet przechodzący obok Tony go zauważa.
-Co się tak szczerzysz do tego telefonu? To ten koleś od mustanga wysyła ci sprośne smsy?- podnoszę na niego spojrzenie, a mój uśmiech od razu blaknie. Marszczę brwi, gromiąc go spojrzeniem, a on uśmiecha się pod nosem. Gdyby tylko wiedział, że trafił w samo sedno.
-Nie masz teraz czasem jakichś stołów do wytarcia albo klientów do obsłużenia?- warczę, a on kręci głową, śmiejąc się głośno. Pajac.
Wracam wzrokiem do telefonu i przygryzam wargę. Dobra, może z nim flirtowałam przez wiadomości, ale on wcale nie jest lepszy. Gdybym wiedziała jakie to fajne, może robiłabym to już wcześniej… Chociaż, nie, może nie.

Wiedziona dziwnym impulsem, robię coś, czego nie robiłam nigdy wcześniej. Klikam szybko w ekran telefonu zanim zdążę się rozmyślić i chwilę później nieznajomy numer zastępuje jedna literka. H.

27 lipca 2017

15.



         Budzę się nagle, wyrwana ze snu przez dziwne buczenie w pobliżu ucha. Marszczę brwi i przytulam się mocniej do poduszki. Jest cholerna niedziela. Mogę sobie pospać dłużej na litość boską. Zacieśniam uścisk i nagle czuję coś dziwnego. Zupełnie jakby poduszka była ciepła i się poruszała. Wciąż z zamkniętymi oczami przesuwam rękę wyżej, a ona zaczyna drżeć i znajomy chichot dociera do moich uszu. Co do chuja? Otwieram oczy i prawie wrzeszczę, gdy odkrywam, że przytulam się do pleców Harrego. Odskakuję od niego, w ostatniej chwili ratując się przed upadkiem na podłogę.
Co tu się dzieje? Co on robi w moim łóżku? Dlaczego jest rozebrany?! Czy ja właśnie straciłam dziewictwo i nawet tego nie pamiętam?!
Spanikowana patrzę na siebie, ale uspokajam się trochę, gdy widzę, że wciąż jestem w piżamie. To jednak niczego nie wyklucza. Zawsze mogłam się ubrać. Unoszę nieznacznie kołdrę i zaglądam pod nią. Harry ma na sobie spodenki Nialla, które są mu trochę przyciasne, ale idealnie podkreślają jego tyłek. Przygryzam wargę, gapiąc się na niego. Czyli do niczego nie doszło. Byłabym idiotką, kochając się z Harrym w moim pokoju, gdy w każdej chwili Effie może tu wparować.
-Znowu gapisz się na mój tyłek- szybko opuszczam kołdrę na dźwięk jego głosu, który z rana jest jeszcze niższy niż zazwyczaj. Patrzę na niego, gdy piąstkami przeciera sennie oczy i uśmiecham się niewinnie. Z tymi rozczochranymi włosami wygląda cholernie uroczo. –Dzień dobry Jackie- mamrocze, posyłając mi leniwy uśmiech, a ja bezmyślnie go odwzajemniam, wciąż gapiąc się na niego. Półnagi Harry Styles w moim łóżku. Calutki mój.
-Dzień dobry Harry- odpowiadam, przeciągając się z zamkniętymi oczami, ale nagle zamieram. Marszczę brwi i patrzę na Harrego, jak przeczesuje ręką włosy i sprawdza godzinę na budziku przy łóżku. Dlaczego do cholery jasnej byłam dużą łyżeczką? Nie, wróć. Dlaczego w ogóle się do niego przytulałam?
Sięgam po telefon z szafki nocnej, nachylając się nad Harrym, co jemu się wyraźnie podoba. Wywracam oczami na jego głupi uśmiech i patrzę na ekran. 10:15. Cholera. Effie może tu w każdej chwili przyjść. Zrywam się z łóżka i podbiegam do szafy. Wyciągam z niej w pośpiechu ubrania, a Harry śledzi mnie wzrokiem z łóżka, uśmiechając się pod nosem. Rzucam w niego jego koszulą w kratę, a on nie zdąża jej złapać i ciuch ląduje na jego twarzy.
-Jak wrócę masz być ubrany- jęczy coś w odpowiedzi, ale zupełnie nie zwracam na to uwagi i wychodzę z pokoju. Jeśli Effie będzie szybsza ode mnie, mam przesrane.

***

Gdy po szybkim prysznicu wracam do pokoju, Harry śpi na łóżku. Wciąż półnagi. No co za dureń.
Biorę poduszkę z łóżka Effie i rzucam nią z całej siły w chłopaka. Ten budzi się, mamrocząc coś z niezadowoleniem. Wywracam oczami i zamykam drzwi na klucz. Jeśli ruda wróci, będziemy mieli parę sekund więcej na wymyślenie ostatnich słów przed śmiercią. Cudownie.
-Mówiłam ci, że masz się ubrać- napominam go, a on ponownie jęczy, zakrywając twarz poduszką. Marszczę brwi, podchodząc do niego. –Jak wróci Effie, urwie mi łeb- zabieram mu kołdrę, a on przebiera przez chwilę nogami, niezadowolony. Co za pajac. Dźgam go palcem w goły brzuch, a on mruczy coś w poduszkę i nagle przyciąga mnie do siebie, zanim zdążę jakoś zareagować. Spadam na niego, a on oplata mnie ciasno ramionami, uniemożliwiając jakikolwiek ruch. No kretyn no. Wiercę się, a on tylko przytula mnie mocniej, jakbym była jakimś jebanym pluszowym misiem. Ten facet naprawdę robi ze mną co mu się żywnie podoba. –Jeśli zaraz mnie nie puścisz, zacznę krzyczeć- marszczę brwi, ale moje groźby nie robią na nim żadnego wrażenia. Opuszczam głowę na jego klatę kompletnie zrezygnowana. Effie mnie udusi. A to będzie tylko i wyłącznie jego wina.
Harry czując, że przestałam się mu opierać, przewraca się razem ze mną na łóżku tak, że teraz to ja leżę pod nim, przyszpilona do materaca jego ciężarem. Patrzę na niego zdumiona, gdy nachyla się do mnie i gładzi czubkiem nosa mój rozgrzany policzek. Łaskocze mnie przy tym długimi rzęsami i chichoczę. To naprawdę miłe uczucie. Dziwne, ale prawdziwe. Nagle całuje mnie w usta, przerywając śmiech. Robi to nadzwyczaj delikatnie, zupełnie inaczej niż kiedykolwiek wcześniej i przez chwilę nie mogę uwierzyć, że to ten sam Harry. Nagle groźba rychłej śmierci z rąk tej małej, rudej wariatki przestaje mi przeszkadzać. Niech sobie wchodzi do pokoju i robi co chce. Mam to w nosie.
W końcu, gdy chłopak dostaje to, czego chce, odsuwa się z zadowolonym uśmieszkiem, za który bym mu pewnie przywaliła, gdybym zamiast mózgu nie miała ciepłej papki. Ja pierdole.
-Teraz mogę wstać- mruczy, całuje mnie jeszcze raz w usta i, jak gdyby nigdy nic, podnosi się. Patrzę w osłupieniu jak zbiera swoje rzeczy z podłogi, nawet nie myśląc, by ruszyć się z łóżka. –Idę wziąć prysznic. Zaraz wracam- zerka na mnie, a gdy widzi, że otwieram usta, by wyjaśnić mu jak dojść do łazienki, uśmiecha się szelmowsko. –Znam drogę- no tak. W końcu to Harry Styles. Niewykluczone, że zna ten akademik lepiej ode mnie.

***

W sekundzie, gdy biorę Iphona i klucze Harrego z szafki, drzwi się otwierają, a ja oglądam się, mając nadzieję ujrzeć jego lokowaną głowę. Ale sztywnieję, gdy zamiast zielonych oczu i głupawego uśmiechu widzę rude fale i bluzkę w kwiatki. Kurwa mać.
Prawie wpadam na szafkę, a Effie patrzy na mnie dziwnie, ziewając. Dłonie z jego rzeczami chowam za plecami i posyłam jej promienny uśmiech. Unosi brew i podchodzi do radia, włączając je. Akurat nadają wiadomości. Dlaczego Harry musi mieć tak wielki telefon? Ta cegła ledwie mieści się w mojej dłoni. A chciałabym zauważyć, że mam dość długie palce. Chociaż chwila, dłonie Harrego są jeszcze większe, więc to sporo wyjaśnia.
-Gdzie zniknęłaś wczoraj z Harrym?- pyta, siadając przy biurku, zgarniając lusterko i wyciągając tusz do rzęs z kosmetyczki. Wzruszam ramionami, patrząc na jej odbicie. Cholera.
-Poszłam go odprowadzić- patrzę jak Effie w skupieniu maluje rzęsy, otwierając przy tym lekko usta. Nie pomyślałam o tym. Dlaczego o tym nie pomyślałam? Ah, tak. To pewnie przez ten ponad stu osiemdziesięcio centymetrowy rozpraszacz, który nie pozwalał mi normalnie myśleć od wczorajszego wieczoru.
-Serio? Strasznie długo to trwało. Jeszcze z pół godziny siedziałam z Niallem w pokoju zanim poszliśmy do niego- mruczy, podziwiając w lusterku swoje dzieło. Gdy uznaje, że wygląda dobrze, odwraca się do mnie z pytającą miną. Cholera, cholera, cholera. Czy ona zawsze musi być taka spostrzegawcza? Niall za słabo ją rozprasza. Może powinnam odbyć z nim przyjacielską pogawędkę na ten temat. To mogłoby zdecydowanie ułatwić mi życie.
-Taaa, gadaliśmy jeszcze przez jakiś czas na parkingu- rzucam niby od niechcenia, gdy ona świdruje mnie spojrzeniem. Zerkam ukradkiem na drzwi. Harry może w każdej chwili wrócić. Kurwa mać, mam przejebane. Zachowaj spokój Jackie.
I, gdy już myślę, że mi się udało, ona musi wszystko popsuć.
-Jack, co ty masz pod obojczykiem?- pyta, marszcząc brwi, a ja patrzę na nią zaskoczona. Spuszczam wzrok na swój dekolt i prawie klnę, widząc ciemnofioletowy ślad. Jebany Styles zrobił mi malinkę! Cholera, musiał się naprawdę mocno przyssać. Nawet nie zdawałam sobie z tego sprawy. Szybkim ruchem podciągam dekolt białej koszulki na ramiączkach i zasłaniam się rozpiętą koszulą w kratę.
-Musiałam się uderzyć w pracy- mamroczę, a ona marszczy brwi bardziej, wietrząc podstęp. Ale zanim zdąży mnie o coś osądzić, zabieram swoją skórzaną torbę na ramię i kurtkę. –Muszę coś załatwić. Widzimy się później!- dosłownie wybiegam z pokoju i wpadam na Harrego, który unosi brwi na mój widok.
-Co jest…
-Spadamy stąd!- syczę i ku jego większemu zdumieniu, ciągnę go za sobą, pędząc korytarzem akademiku, jakby sam diabeł mnie gonił. Chociaż w sumie ta dwójka zbyt wiele się nie różni.

***

-To gdzie jedziemy?- Harry patrzy na mnie z pytającą miną, wkładając kluczyki do stacyjki. Wzruszam ramionami, ukradkiem rozglądając się dookoła i upewniając się, że nigdzie na horyzoncie nie widać rudej czupryny. Przezorny zawsze ubezpieczony.
-Gdziekolwiek biedny student może zjeść coś dobrego- mamroczę, stwierdzając, że jesteśmy bezpieczni. Na razie. Sama nie wiem dlaczego wizja powiedzenia o Harrym Effie tak mnie przeraża, ale staram się tego uniknąć. Po tej małej wariatce nigdy nic nie wiadomo.
Chłopak patrzy na mnie jeszcze przez chwilę, a potem wyjeżdża z parkingu. Jego duża dłoń ląduje na moim udzie, a ja tłumię głupi uśmiech. Ten facet traktuje mnie jak swoją własność, dlaczego do cholery ja nic z tym nie robię?
-Znam dobre miejsce.

***

Rozglądam się z powątpiewaniem po małym barze, w którym siedzi już parę osób. Kanapa ze sztucznej skóry trzeszczy, gdy siadam wygodniej, a laminowane menu oślepia mnie odbijanymi promieniami słońca. Przez chwilę śledzę wzrokiem ruch dużych wiatraków pod sufitem, a potem patrzę na ladę, na której wystawione są różne muffinki i ciasta pod szklanymi kloszami. Podłoga w biało-czarną kratkę jest ślizga jakby ktoś przesadził z woskowaniem. Patrzę na Harrego, który czyta menu, nucąc pod nosem jakąś wesołą melodię i wystukuje rytm długimi palcami na metalowym stoliku. Idę za jego śladem i z zadowoleniem spostrzegam, że ceny są iście studenckie. Oby tylko jedzenie było zjadliwe.
Zaraz odkrywam dlaczego podłoga jest tak ślizga, gdy podjeżdża do nas kelnerka. Wbijam oszołomiony wzrok w jej białe wrotki na kolorowych kółkach i prawie przewracam solniczkę, gdy widzę, że jej kolorowy uniform składający się z krótkiej, falbaniastej spódniczki, białego fartuszka i koszuli z bufiastymi rękawami to jeszcze nic w porównaniu z tym, co ma na głowie. Jakaś czapka lub raczej dziwny rodzaj kasku w kształcie głowy wiewiórki. Gapię się oniemiała na kelnerkę-wiewiórkę, podczas gdy Harry uśmiecha się szeroko na jej widok, jakby wcale nie wyglądała jak pierdolony mutant.
-Witamy w Barze pod leśną dziuplą. Nasze orzechy nie są trudne do zgryzienia!- tym razem przerażenie na mojej twarzy musi być widoczne gołym okiem, ale żadne z tych dwojga nie zwraca na to najmniejszej uwagi. –Co wam podać?
-Dwa razy powiększona porcja naleśników, raz kawa i raz gorąca czekolada- gigantyczna wiewiórka notuje zamówienie w zeszyciku, o ironio, ołówkiem z gumką w kształcie wiewiórki. Czy może być jeszcze dziwniej?
-Jasne. Już się robi!- woła entuzjastycznie, jakby paradowanie w przebraniu wiewiórki w niedzielny poranek było spełnieniem jej marzeń. Zresztą, są różne fetysze.
Na odchodnym sypie nas kolorowym konfetti w kształcie żołędzi i odjeżdża, a ja unoszę wysoko obie brwi, widząc puchaty ogon przyczepiony z tyłu jej spódniczki.
Po co w ogóle pytałam.
-Nie to sobie wyobraziłam, gdy powiedziałeś, że znasz dobre miejsce- mówię, a Harry patrzy w końcu na mnie, unosząc brwi. Widząc moją wystraszoną minę, uśmiecha się szeroko, sprawiając, że to miejsce wydaje się mniej dziwne. Cholera, przysięgam, że tak jest.
-Mają najlepsze naleśniki jakie kiedykolwiek jadłem- wyjaśnia, a ja rzucam kolejne niepewne spojrzenie na wiewiórczy ogon na spódniczce kelnerki. –A te kelnerki są całkiem zabawne- kiwam głową, zgadzając się z nim.
-I pomyśleć, że narzekałam na swoją pracę- patrzę na niego, a on chichocze w ten uroczy sposób, opierając czoło na pięści. Gdy to robi, jego ramiona drżą nieznacznie, a ja kolejny raz podziwiam jak szerokie i umięśnione są. Marszczę brwi, dostrzegając ciemny punkt na jego szyi. Nachylam się do niego, odginając kołnierzyk rozchełstanej koszuli żeby lepiej widzieć. Ciemnofioletowa malinka razi mnie po oczach jak latarnia morska. A niech mnie. Czy ja to zrobiłam? Cholera, chyba tak.
 Harry milczy, wyciągając do mnie rękę i odchylając rozpiętą koszulę. Zatrzymuje wzrok na moim dekolcie, a ja doskonale wiem na co patrzy już bez jego głupawego uśmieszku. Odsuwam się, wyrywając koszulę z jego dłoni i czując irytujące ciepło na policzkach. Spuszczam głowę, błogosławiąc rozpuszczone włosy, które napuszyły się odrobinę, zostawione do wyschnięcia same sobie.
Gdy czuję się bezpieczna na tyle, by stwierdzić, że nie zdradzą mnie te durne rumieńce, podnoszę na niego wzrok. Patrzy na mnie, wspierając łokcie na stole i gładząc usta kciukiem i palcem wskazującym. Cholera jasna. Czy on musi to robić w miejscu publicznym? Czy bycie tak seksownym nie jest czasem zabronione? Nie? A powinno.
-Co się gapisz?- fukam, krzyżując ręce pod biustem z wojowniczą miną. On przygląda mi się jeszcze przez chwilę w milczeniu w ten sposób. Oh, walić go.
-Podobają mi się twoje włosy- mówi, wspierając brodę na ręce, a ja unoszę brew. Dzisiaj są wyjątkowo napuszone i skręcone, bo nic z nimi nie robiłam. Nie przepadam, gdy takie są. Zazwyczaj smaruję je różnymi odżywkami, by się mniej kręciły i bardziej przypominały fale. Dzisiaj są sprężynkami. Zdmuchuję jedną wyjątkowo natrętną z twarzy. –Są naprawdę urocze- dlatego zazwyczaj nie pokazuję się tak poza akademikiem. Przecież Jack Black nie może wyglądać uroczo, bo na bycie uroczym nie lecą wszyscy faceci. Oni raczej wolą, gdy laska jest seksowna i gorąca. A i tak nie mam łatwo, bo z moimi rysami twarzy wyglądam na młodszą niż jestem. W dodatku, gdy się uśmiecham ponoć wyglądam uroczo jak cholera, niezależnie czy mam na sobie seksowną sukienkę czy dresy. Możliwe, że to częściowo przez te dołeczki w policzkach. Fantastycznie.
Moja wojownicza mina znika bezpowrotnie, gdy zerkam na niego spod rzęs, odrobinę nieśmiało, i zakładam kosmyk włosów za ucho. Patrzy na mnie jak urzeczony i nawet nie zauważa kelnerki, która przywozi nasze zamówienie. Drga, jakby wytrącony z transu i uśmiecha się zamyślony do gigantycznej wiewiórki. Pakuję w usta kawałek naleśnika, by nie zacząć się na tym zastanawiać. Jeszcze tego mi brakowało.
Unoszę brwi, odkrywając, że naleśniki są całkiem zjadliwe. Coś niesamowitego.
-I jak?
-Bałdzo dobłe- mamroczę, wpychając w usta kolejną porcję, a Harry parska śmiechem.

***

Po zjedzeniu najlepszych naleśników w moim życiu i sprzeczce kto ma zapłacić, którą nawiasem przegrałam, Harry wyciągnął mnie do parku, który znajdował się po drugiej stronie ulicy. Mimo, że to niedzielne popołudnie i jest naprawdę chłodno, całkiem spoko ludzi wybrało się na spacer. Pewnie jasne promyki słońca wyciągnęły ich wszystkich z domów.
W pośpiechu naciągam fioletową czapkę na głowę, gdy chłód gryzie mnie w uszy, prawdopodobnie dopełniając dzisiejszy cholernie uroczy wygląd. Nawet koszulka z trochę większym dekoltem nie jest w stanie tego naprawić. Cholera jasna.
Harry zerka na mnie i uśmiecha się krzywo, widząc moje poczynania. Pokazuję mu język, poprawiając wełniany szal na szyi. Podczas, gdy ja jestem ubrana jakby zima już przyszła, on paraduje w rozchełstanej koszuli i rozpiętej kurtce. Idiota skończony. Szarpię go za kurtkę, zmuszając by się zatrzymał. Unosi brwi, obserwując jak ze skupieniem zapinam jego bomberkę, co okazuje się o wiele trudniejsze niż myślałam. W końcu zapinam go pod samą szyję i odsuwam się, zadowolona. Nie będzie mnie pouczał o cieplejszej kurtce, gdy sam paraduje rozebrany. Hipokryta jeden.
Harry uśmiecha się szeroko, a ja udaję, że tego nie widzę i ruszam przed siebie. Dogania mnie po chwili, co, zgaduję,  z jego długimi nogami nie jest żadnym problemem. Patrzę w bok na chłopaka rzucającego kolorowe frisbee. Jego rozradowany pies wyskakuje w powietrze i łapie je w pysk bez najmniejszego problemu. Biegnie do pana, merdając ogonem, dumny, że mu się udało. Zawsze chciałam mieć psa. Takiego dużego, wyglądającego groźnie, ale lubiącego przytulanki. Ale jakoś nigdy nie miałam takiej możliwości. Teraz w akademiku też mogę o tym zapomnieć. Wyrzuciliby mnie na bruk, gdyby się dowiedzieli, że w pokoju przetrzymuję mastiffa albo jakiegoś doga. Piwo i inne tego typu rzeczy dało się łatwo przemycić, bo są małe i nie hałasują. Z psem mógłby być już problem. Poza tym, Effie boi się większych zwierząt. Ponoć jak była mała, wielki pies jej ciotki skoczył na nią i spadła przez to ze schodów. Może dlatego jest taka walnięta, bo, gdy spadała, uderzyła w głowę. I to dość mocno.
Nagle czuję jak Harry obejmuje mnie ramieniem, i zerkam na niego. Co to ma znaczyć? Patrzy przed siebie, a lekki uśmiech błąka się na jego różowych ustach. Wolną rękę wcisnął w kieszeń brązowej kurtki. Nagle cała chęć, by go zbrukać i zrzucić jego rękę z ramion znika gdzieś bezpowrotnie. Cholera, nie potrafię mu odmówić. Dlatego na wszystko mu pozwalam. Zresztą, coś mi mówi, że nawet, gdybym zaprotestowała, on dalej robiłby co chciał. Co jest ze mną cholera nie tak?
-Dzisiaj znowu będziesz mogła bezkarnie gapić się na mój goły tyłek przed bite dwie godziny- marszczę brwi, patrząc na niego i dopiero po chwili uzmysławiam sobie, że mówi o zajęciach z malarstwa. Faktycznie, zupełnie o tym zapomniałam. Większość prac nie jest jeszcze skończona, więc Harry będzie musiał pozować również dzisiaj. Nie żebym narzekała czy coś.
-Tak, ja i kilkanaście innych osób- przypominam, a on uśmiecha się i kręci głową, jakby ta perspektywa nie była ani trochę przerażająca. Dla niego pewnie nie. Zdążyłam zauważyć, że lubi swoją nagość i wcale się z tym nie kryje. Ciekawe czy Zayn też pozowałby tak chętnie, gdybym wtedy nie zasnęła i przegrałby zakład. Coś mi mówi, że nie do końca. Ale przyznam, że chętnie namalowałabym jego portret. Może niekoniecznie taki, do którego pozowałby zupełnie nago, ale fajnie byłoby uwiecznić jego uderzającą urodę na płótnie. Przygryzam wargę, starając się przywołać jego dokładny obraz w głowie. Jednak szczegóły się rozmazują i rezygnuję. To nie to samo, co malowanie z modelem.
-Nad czym tak myślisz?
-Chciałabym namalować portret Zayna- dopiero, gdy Harry patrzy na mnie z ukosa ze zmarszczonymi brwiami, dociera do mnie, że powiedziałam to na głos. Kurwa mać. Harry zatrzymuje się w miejscu, stając naprzeciwko mnie z tą groźną miną.
-Zayna? Dlaczego?- pyta, a ja przez chwilę badam jego twarz w milczeniu. Cholera jasna. Chyba mam popsute połączenie między językiem a mózgiem. Spuszczam głowę, rumieniąc się lekko. No ja pierdole, znowu.
-Bo ma interesującą urodę- mamroczę, nie wiedząc jak ująć to w inny sposób. Bo on jest kurwa piękny, Harry. Chcę namalować Zayna, bo jeszcze nie widziałam tak pięknego człowieka. Nigdy w całym, dwudziestoletnim życiu.
Czuję jego zimne palce na brodzie i już po chili patrzę mu w oczy. Zieleń, do której zdążyłam już przywyknąć stała się nieco ciemniejsza. Pewnie normalny człowiek by tego nie zauważył, ale ja mam trochę doświadczenia jeśli chodzi o kolory.
-Jego tyłek nie jest nawet w połowie tak boski jak mój- mówi zupełnie poważnie, a ja parskam i odpycham jego rękę od  twarzy. Nie wątpię.
Wywracam oczami i łapię go za ramię, ciągnąc do przodu. Ustępuje po chwili.
-Nie chcę malować jego tyłka- marszczę brwi, a on zerka na mnie z ukosa z pogodniejszą miną, unosząc brew. Patrzę mu w oczy, nie mogąc ukryć uśmiechu. –Mówię serio. Chodziło mi raczej o… twarz- mamroczę. Harry jeszcze przez chwilę przygląda się mi w milczeniu, a potem wbija wzrok w dróżkę, kiwając głową.
-Ta, jestem facetem, a nawet ja widzę, że jest cholernie przystojny.
-To jakieś popieprzone! On jest tak piękny, że wydaje się nierealny!- rzucam oburzona, a Harry śmieje się na potwierdzenie moich słów. Trochę mi ulżyło, bo już zaczynałam myśleć, że jestem jakaś nienormalna. Ale jak się okazuje, Zayn jest kurewsko przystojny nie tylko dla mnie. Nawiasem, skąd się tacy biorą? Przecież to nienormalne żeby tak wyglądać! Przez takich jak on kobiety mają zawyżone oczekiwania i później faceci o zwyczajnie przeciętnej urodzie nie mają u nich szans. To nie fair Malik, bardzo nie fair.

***

Wchodzimy do winy, a metalowe drzwi zasuwają się za nami. Harry chciał się przebrać przed zajęciami z malarstwa, więc wstąpiliśmy do niego po drodze. Opieram się o zimną ścianę, wbijając wzrok w czubki trampek. Ostatni raz, gdy jechałam tą windą, Harry zachowywał się jakby chciał mnie przelecieć tu i teraz. Zagryzam wargę, przypominając sobie jak prawie straciłam kontrolę, gdy przyszpilił mnie do ściany. Aż trudno uwierzyć, że to było tylko tydzień temu. Zerkam na niego ukradkiem i unoszę brwi. Patrzy w miejsce, gdzie wtedy staliśmy, a lekki uśmiech błąka się na jego ustach. Czyżby myślał o tym samym? Uzyskuję odpowiedź na to pytanie, gdy spogląda na mnie, zagryzając wargi.
Cholera, on myśli o tym samym.
Winda zatrzymuje się w idealnym momencie, a ja wyskakuję z niej, z dala od jego kosmatych myśli. I od moich kosmatych myśli. Idę korytarzem trochę pewniej niż ostatnio i zatrzymuję się przed odpowiednimi drzwiami. Gdy Harry szuka kluczy w kieszeni, unikam wzrokiem złotego numeru. On oczywiście musi to zauważyć i chichocze, przyprawiając mnie o jebane deja vu. Fantastycznie. Wchodzę za nim do środka i patrzę jak zdejmuje kurtkę i rzuca ją razem z kluczami niedbale na ladę w kuchni.
-Daj mi chwilę- mamrocze, znikając za drzwiami sypialni, a ja wolę nie patrzeć w tamtą stronę. Ostatnie czego teraz potrzebuję to przywoływanie tych wszystkich obrazów z poprzedniego tygodnia.
Rozglądam się po mieszkaniu, stwierdzając, że nie zmieniło się zbyt wiele. Może przybyło trochę brudnych naczyń w zlewie, a notatki i pootwierane książki zniknęły z ławy w salonie. Wolnym krokiem podchodzę do szafki pod wiszącą na ścianie plazmą i biorę do ręki ramkę ze zdjęciem. Jest na niej Harry, trochę młodszy niż teraz, obejmujący ramionami dwie kobiety. Obie mają długie ciemne włosy i są bardzo ładne. Cała trójka uśmiecha się do zdjęcia, a w ich roziskrzonych oczach i uśmiechach jest coś znajomego. Mimo, że Harry ze zdjęcia jest młodszy o parę lat, a na jego ramionach nie ma śladu tatuaży, wciąż jest wyższy od kobiet. Jego włosy są krótsze i mocniej się kręcą. Wygląda na zwykłego, miłego chłopca i gdybym go wtedy znała, w życiu bym nie powiedziała, że wyrośnie na takiego wytatuowanego, groźnie wyglądającego przystojniaka. Chociaż jedno się nie zmieniło. Urocze dołeczki w jego policzkach rażą po oczach za każdym razem, gdy się uśmiechnie. –Co robisz?- podskakuję w miejscu, słysząc jego głos. Patrzę jak wyciąga z szafy czarny długi płaszcz i wciąga na stopy brązowe buty. Przez chwilę napawam się jego widokiem, zastanawiając jak to możliwe, by ktoś wyglądał tak dobrze w zwykłych czarnych spodniach i koszulce w czerwono-czarne paski. Wzruszam ramionami i ponownie spoglądam na zdjęcie.
-Byłeś uroczym smarkaczem- mówię, uśmiechając się, a on podchodzi do mnie. Zerka ponad moim ramieniem na zdjęcie i unosi brew.
-Nadal jestem uroczym smarkaczem- wybucham śmiechem na jego słowa i odkładam ramkę na miejsce. Harry łapie mnie za rękę i ciągnie do wyjścia. –Chodź bo się spóźnimy- unoszę brwi, wciąż rozbawiona, próbując dotrzymać mu tempa.
-Przecież bez głównego modela nie zaczną- zauważam, gdy wchodzimy do windy. Chłopak wciska odpowiedni przycisk i chwilę później czuję nieprzyjemne szarpnięcie. Nigdy jakoś szczególnie nie lubiłam wind, ale lepsze to niż wdrapywanie się na trzecie piętro po schodach. –Poza tym, gdybyś się tyle nie przebierał, już dawno bylibyśmy na miejscu.
-Taki wygląd wymaga czasu- podnosi dumnie głowę, a ja lustruję go wzrokiem, unosząc brew.
-Przecież twoja garderoba składa się tylko z czarnych spodni, kilku koszulek i koszul w kratę. Nie rozumiem co ci tak długo zajęło- mówię, a on patrzy na mnie oburzony. Pokazuję mu język.
-Nieprawda- krzyżuje ręce na szerokiej piersi, a ja ponownie unoszę brew. –Mam też jedną parę dżinsów- parskam śmiechem i kręcąc głową wyciągam go z windy. Harry próbuje zrobić obrażoną minę co raczej marnie mu wychodzi, bo wciąż uśmiecha się pod nosem, ale doceniam starania. Tyle, że my naprawdę możemy się spóźnić. Ostatnio jakoś nie mogę być na czas. Albo się spóźniam albo przychodzę za wcześnie. Nic pośrodku. Może to najwyższa pora, bym zaczęła zwracać większą uwagę na stary zegarek na moim nadgarstku. Możliwe.

***

Wbiegamy do sali, robiąc przy tym sporo zamieszania, a wszyscy zebrani wbijają w nas zaskoczone spojrzenia. Pewnie zasapana Jack Black i Harry Styles odziany tylko w niebieski szlafrok wpadający nagle do pracowni malarskiej to niecodzienny widok.
Chrząkam, odgarniam włosy i kiwam głową profesorowi Galvinowi, który poprawia okulary w okrągłych oprawkach, zsuwające mu się z nosa. Kolorowe bransoletki na jego nadgarstku dzwonią cicho, przerywając grobową ciszę. Zerkam na Harrego i widzę jak wygładza szybko szlafrok, który rozchełstał się odrobinę przy biegu. Dostrzega moje spojrzenie i posyła promienny uśmiech, dodając otuchy. Zupełnie jakbym to ja miała się zaraz rozebrać przed tłumem gapiów. Co za facet. Odwzajemniam gest i oboje w milczeniu zajmujemy swoje miejsca. Profesor Galvin podchodzi do przestarzałej wieży stereo i już po chwili w pracowni rozbrzmiewa jakaś spokojna melodia. Szybko pozbywam się kurtki i czapki, rzucając je gdzieś w kąt i zakładam płócienny fartuch, poplamiony kolorową farbą w kilku miejscach. Sięgam po swoje płótno, które stało tu bezpiecznie przez tydzień, oparte o ścianę i umieszczam je na stelażu. Patrzę na szkic nagiego Harrego, oglądającego się przez ramię. Zerkam ponad płótno i z lekkim zawrotem głowy odkrywam, że Harry stoi już na swoim miejscu, zupełnie nagi, nie licząc miski z owocami, którą trzyma na wysokości krocza. Cóż, zdążyłam się odzwyczaić od tego widoku.
Mrugam kilkakrotnie i rozglądam  się ukradkiem po pracowni. Ten jakże piękny widok na męskiej części studentów nie robi większego wrażenia, ale gorzej jeśli chodzi o dziewczyny. Część wciąż patrzy na niego zbyt długo, by uznać, że tylko odwzorowują jego wizerunek. Jedna z nich jest wyjątkowo natrętna i po prostu gapi się na Harrego, nawet nie zawracając sobie głowy szkicowaniem. Z rosnącą irytacją odkrywam, że to ta blondynka, która chciała do niego zagadać tydzień temu po zajęciach. Marszczę brwi, patrząc na nią groźnie, a ona, czując na sobie czyjeś spojrzenie, odrywa wreszcie rozmarzone spojrzenie od klaty Harrego i rozgląda się nieobecnym wzrokiem po pracowni. Jednak napotykając mój wzrok, spala lekkiego buraka i zaczyna szkicować jakby od tego zależało jej życie. Nawet nie zerka przy tym na Harrego, by sprawdzić, czy robi to dobrze. Chociaż przypuszczam, że napatrzyła się już dość, by móc malować z pamięci. Idiotka.
Prycham cicho pod nosem, kręcąc głową i wracam spojrzeniem do Harrego. Zamieram na chwilę, odkrywając, że patrzy na mnie z głupawym uśmieszkiem. Cholera, czy on wszystko widział? Zresztą, kto kazał mu się obracać? Przecież jeśli ma stać do mnie tyłem, to niech stoi tyłem i się nie rusza do cholery! Chowam się za płótnem, wyciągając pędzel i przygryzając wargę. Boże, jestem skończoną idiotką.

***

Kiedy już od dziesięciu minut mieszam różne odcienie zieleni, starając się otrzymać identyczny kolor jak tęczówki Harrego, sapie zirytowana. Ile można? Do cholery jasnej, tu jest jakieś trzydzieści różnych odcieni zielonego, przecież gdzieś musi być ten kolor! Odrzucam kolejną tubkę z zieloną farbą, a chłopak, który akurat podszedł po czysty pędzel, posyła mi dziwne spojrzenie. Marszczę brwi, gryząc w zamyśleniu wargę. Czy ten palant musi mieć taki nietypowy kolor oczu? Skąd ja mam niby wytrzasnąć taką farbę? Jakby mokry mech wpadający miejscami w jasnoniebieski. Zachciało mu się zakładać, kurwa mać. Założę się, że z oczami Zayna nie miałabym takiego problemu.
Kładę ręce na biodrach i jestem tak zajęta własnymi myślami, że nawet nie zauważam, że jakaś palantka podeszła do mojej palety i zaczęła na niej mieszać swoje farby. Na litość boską, ile można?!
-Co ty…- wypuszczam całe powietrze z płuc, gapiąc się na kolor, który powstał po zmieszaniu jej farby z resztką odcieni zielonego, które tam już były. To ten kolor. To ten idealny kurwa kolor. Kolor oczu Harrego! Dziewczyna podnosi na mnie wzrok zdziwiona, jakby dopiero teraz mnie zauważyła. Zerka na moją paletę i otwiera usta, by przeprosić, ale nie daję jej na to szans, bo porywam wymieszany kolor i pędzę do swojego płótna. Ostrożnie rozsmarowuje farbę w odpowiednim miejscu i uśmiecham się szeroko, zadowolona z efektu. Cudownie. Odsuwam się o pół kroku, podziwiając obraz w całości. Całkiem, całkiem. Jeszcze chwila i będzie gotowy. Wycieram ręce brudne od farby w płócienny fartuch, ale to na niezbyt wiele się zdaje, bo on nie jest wcale dużo czystszy.
Wzdycham, rozglądając się po pracowni i ze zdziwieniem stwierdzam, że jestem jedną z niewielu osób, które zostały. Cóż, oni z pewnością nie szukali tak długo każdego koloru. Zerkam na profesora Galvina, który jak zawsze chrapie w swoim słomianym fotelu, co jakiś czas poruszając stopą przez sen. Spokojna muzyka uspokaja go odrobinę za bardzo. Uśmiecham się krzywo pod nosem i sięgam po odpowiedni pędzel. Wbijam wzrok w paletę, szukając interesującego mnie odcienia. Waham się i przygryzam drewnianą końcówkę pędzla. Który będzie lepszy?
Podnoszę wzrok na Harrego, śledząc miękką linię jego umięśnionych pleców i szerokich ramion. Zatrzymuję się chwilę dłużej na ciemnych włosach i marszczę brwi. Sztuczne oświetlenie pracowni sprawia, że wydają się ciemniejsze niż w parku, gdy oświetlało je popołudniowe słońce. Ten jaśniejszy z odrobiną białego powinien pasować. Mimowolnie przenoszę wzrok na jego twarz i z zaskoczeniem odkrywam, że mi się przypatruje. Uśmiecha się lekko, a ja przygryzam mocniej pędzel i wbijam wzrok w jego szyje, gdzie ciemnofioletowa malinka razi mnie po oczach. Cholera.
Patrzę na swoje płótno i zagryzam wargę. Jackie, jesteś idiotką. Sięgam po fioletowy i wyciskam odrobinę na paletę. Tak mocno się do niego wtedy przyssałam, że nie sądzę, by ten ślad zszedł zbyt szybko. Zresztą, mój nie wygląda dużo lepiej. Nadal nie rozumiem jakim cudem prawie w ogóle tego nie czułam. Dobra, rozumiem, że wypiłam prawie pięć piw, ale bez przesady. To niemożliwe żebym była aż tak znieczulona. Wzdycham. Nie dość, że malinka, to zrobiona jeszcze w samochodzie. Jak chyba do końca zwariowałam. Jeszcze tydzień temu nawet przez myśl by mi nie przeszło, by zrobić coś takiego, a teraz proszę, robię to bez mrugnięcia okiem. To jakieś popieprzone. Będę musiała wyciągnąć z szafy stary golf i zapinać koszule pod samą szyję albo podwędzić Effie trochę podkładu. Używa go rzadko, więc nie powinna się zorientować zbyt szybko, jeśli w ogóle. Wcześniej używała go częściej, ale potem pojawił się Niall z tym jego „uwielbiam twoje piegi” i biedny stary fluid poszedł w odstawkę.
Ostatni ruch pędzlem i obraz skończony. Przygryzam wargę, sprawdzając, czy nie wymaga jakichś poprawek. O dziwo nie. Zadowolona z siebie odkładam paletę i pędzel i rozglądam się dookoła. Wszyscy już poszli, a jedyną osobą w pracowni jestem ja. I zupełnie goły Harry. No i profesor Galvin chrapiący w kącie, ale znając życie jego drzemka potrwa jeszcze dłuższy czas, więc równie dobrze moglibyśmy być sami. Cholera, nawet nie zauważyłam, gdy wszyscy wyszli. Musiałam faktycznie mocno odpłynąć.
Nie zarejestrowałam nawet, że Harry zszedł z podwyższenia na środku sali i jadł teraz banana z miski, którą się zakrywał, ubrany już w szlafrok, opierając się o stolik z farbami naprzeciwko mnie. Patrzył na mnie uważnie, śledząc każdy ruch. Zerkam na duży zegar na ścianie i ze zdziwieniem odkrywam, że jest 16:20, czyli dwadzieścia minut temu powinnam skończyć. Cóż, całkiem możliwe, że spóźnię się dziś również do pracy. Liam mnie zabije. Znowu.
Biorę wszystkie pędzle i podchodzę z nimi do małego zlewu w rogu pracowni. Kolorowa woda spływa w kanał, gdy płuczę wszystkie przyrządy. I właśnie myję ręce, gdy nagle…
-Faktycznie dobrze odwzorowałaś mój boski tyłek. Jakbym patrzył w lustro- oglądam się na Harrego i z przerażeniem odkrywam, że ogląda mój obraz, wciąż jedząc tego cholernego banana. –To naprawdę niesamowite- podchodzę do niego, czując jak ręce zaczynają mi się trząść. Cholera jasna, Harry Styles ogląda mój obraz. W dodatku obraz, na którym jest on sam. Może być jeszcze gorzej? Odrywa wzrok na chwilę od obrazu, by posłać mi szeroki uśmiech. Spuszczam głowę, modląc się, by móc zapaść się pod ziemię. Pewnie powinnam spodziewać się tego, że skoro pozował mi przez bite kilka godzin będzie chciał zobaczyć wynik końcowy, ale jakoś wolałam nie dopuszczać do siebie tej myśli. –Masz talent- nie odrywam wzroku od czubka mojego trampka, którym grzebię w dziurze w pomarańczowym linoleum. Już chyba wolę migdalić się w aucie. To przynajmniej jest przyjemniejsze.
-Taaa- przeciągam bez krzty entuzjazmu. Cholera, dlaczego podłoga nie może się tak po prostu rozstąpić i wchłonąć mnie do tych jebanych czeluści? Wszystko lepsze niż komplementujący mój obraz Harry Styles.
-Namalowałaś nawet malinkę- zauważa, dotykając jej bezwiednie. Przygryzam wargę, kiwając nieznacznie głową. Ta, jakoś tak wyszło. Po prostu malowałam to, co widziałam. A tej jebanej malinki nie da się nie zobaczyć. Kurwa mać. –Co się teraz stanie z tym obrazem?- pyta nagle, a ja patrzę na niego, wzruszając ramionami.
-Mają zrobić jakąś wystawę w podrzędnej galerii- mamroczę, a on kiwa głową w zamyśleniu. Ale chwilę później jakby dociera do niego sens moich słów i wytrzeszcza na mnie oczy.
-Wystawa w galerii? Chcesz powiedzieć, że obcy ludzie będą się gapić na cały tuzin moich nagich obrazów?
-W zasadzie to jest ich więcej niż tuzin. I tak, tak właśnie będzie- mamroczę, marszcząc brwi. –Nikt ci o tym nie powiedział?- Harry kręci głową z lekko wystraszoną miną, a ja uśmiecham się krzywo na ten widok. No proszę. Czyli jednak są jakieś granice jego pewności siebie. –A dlaczego pytasz?- chłopak jeszcze przez chwilę patrzył na mój obraz z tą wystraszoną miną zanim spojrzał na mnie.
-Oh, po prostu się zastanawiałem czy mógłbym ten jeden wziąć- Że kurwa co? –Jeśli się na to zgodzisz, oczywiście. To twój obraz- dodaje szybko, widząc tym razem moją zlęknioną minę. Przeczesuje ręką włosy, uśmiechając się nerwowo, gdy wciąż się na niego gapię, nic nie mówiąc. Chwila, moment. Czy Harry Styles chce zabrać ten obraz do domu? Obraz namalowany przeze mnie? Czy to są kurwa jakieś żarty?
-Tak, jasne. W końcu do niego pozowałeś. Poza tym, co miałabym z nim zrobić?- mówię, a on chichocze i kiwa głową. No nie wiem, na przykład powiesić go nad łóżkiem i gapić się na niego do końca mojego kurwa życia. Na przykład.
Patrzymy na siebie, szczerząc zęby przez dłużą chwilę, zanim do mnie dociera, że się kurwa spóźnię do pracy.
-Cholera- wyrywa mi się i pędzę się ubrać. Harry patrzy na mnie z uniesionymi brwiami, gdy wciągam czapkę. –Za pół godziny muszę być w barze- wyjaśniam, rozglądając się lekko spanikowana po pracowni w poszukiwaniu mojego telefonu, który jak na złość gdzieś zaginął. Chłopak wyciąga go z kieszeni szlafroka, a ja czuję ogromną ulgę. Sama nie wiem co gorsze, zgubienie telefonu, czy ponowne spóźnienie się do pracy. Minęłyby lata zanim byłoby mnie stać na kupno nowego. Podbiegam do Harrego, chcąc odebrać zgubę, ale on nagle cofa rękę. Patrzę na niego, unosząc brwi. Naprawdę nie mam czasu na żadne gierki.
-Podwiozę cię- mówi, a ja kręcę głową. Nie ma mowy. Wystarczy, że woził mnie cały dzień. I tak jest dla mnie za miły. W życiu mu się za to wszystko nie odwdzięczę. Harry unosi dłoń z telefonem wysoko poza moim zasięgiem, uśmiechając się głupio. Nosz cholera. Staję na palcach, starając się go dosięgnąć, ale to na nic. Ten gnojek jest za wysoki. Kurwa mać. Krzyżuję ręce na piersi, patrząc na niego spod zmarszczonych brwi. –Myślałem, że się spieszysz- szczerzy do mnie bezczelnie zęby. Oh, co za dureń. Niech się wali, on i ten jego idealny uśmiech z uroczymi dołeczkami w policzkach.
-Dobra- wzdycham ciężko, jakbym zgadzała się na wyjątkowo nieprzyjemną depilację woskiem okolic bikini przez wyjątkowo nieprzyjemną niemiecką kosmetyczkę, a nie na podwózkę do pracy wozem Harrego Stylesa. Co jest ze mną nie tak? Ah, no tak. Nie mam pieniędzy żeby oddać mu za paliwo. Ani pieniędzy ani kurwa żadnego wyboru. Czy ten facet zawsze musi dostawać to, czego chce?
-Grzeczna dziewczynka- chwali mnie, podając w końcu telefon, a ja biorę go od niego, posyłając kolejne mordercze spojrzenie. Znalazł się, gentleman pierdolony. Chociaż nie jestem pewna, czy to jeszcze podchodzi pod gentlemana. Mi to raczej pasuje na skończonego dupka.

***

Tym razem Harry nie ubierał się Bóg wie jak długo i jakimś cudem równo o 17 zaparkował na małym parkingu za barem. Pojęcia nie mam jak to zrobił, bo byłam więcej niż pewna, że i tak się spóźnię. Może tak przystojnych facetów nie obowiązują niektóre przepisy i dlatego zdążyliśmy. Nie wiem, ale jestem kurewsko zadowolona, że tym razem uniknęłam ochrzanu od Liama. Chociaż jego ochrzany i tak nie były najgorsze, bo to w końcu Liam. Jednak wolałabym ich tak czy siak unikać. One raczej mi nie pomogą w zdobyciu podwyżki.
Szybko całuję Harrego w policzek i wyskakuję z samochodu zanim zdąży mnie zatrzymać. Posyłam mu jeszcze szeroki uśmiech i znikam za drzwiami. Wiem, że liczył na coś więcej, ale tym razem nie dostanie czego chce. Nie ma tak dobrze.
Przebieram się szybko w uniform i wychodzę na salę. Liam idzie za mną i staje za ladą, wycierając kufle.
-Faktycznie, fajny ten mustang- mówi, szczerząc się do mnie głupio. Wywracam oczami, ale nie mogę nic poradzić na szeroki uśmiech na mojej twarzy.
-Spadaj- rzucam tylko, zgarniając tacę, a on wybucha śmiechem. Oh, wal się Payne.