28 marca 2017

6.


         Poniedziałkowy poranek i popołudnie spędzam na zajęciach. Z całych sił próbuję się na nich skupić, bo to w końcu coś, co mnie interesuje, ale moje myśli wciąż i jakby mimo mojej woli uciekają do pewnego wysokiego chłopaka o zielonych oczach. Effie przez cały czas rzuca mi dziwne spojrzenia i szturcha w ramię, by wyrwać mnie z rozmyślań, ale to daje tylko krótkotrwały efekt. Nawet podczas lunchu mieszam w swojej sałatce, ledwie słysząc opowieść Nialla o nowym profesorze od technologii dźwięku, który wygląda na świeżego absolwenta i ma niebieskie włosy. A, gdy pędzę na dodatkowe zajęcia z literatury i zajmuję miejsce w jednym z tylnych rzędów, mam wrażenie, że umysł płata mi figla, gdy widzę czarną czuprynę zbliżającą się do mnie. Mrugam kilkakrotnie, dostrzegając ciemne linie tatuaży wystające spod podwiniętych rękawów jego ciemnozielonej koszuli i błysk wisiorka na szyi. To są chyba kurwa jakieś jaja.
Zanim zdążę jakoś zareagować, zielone oczy odnajdują mnie, a szeroki uśmiech przyszpila do krzesła. Zatrzymuje się nade mną, a ja muszę mocno zadrzeć głowę, by spojrzeć mu w oczy. No tak, studiuje angielski. Kurwa.
-Black, teraz zaczynam myśleć, że to ty mnie śledzisz- mówi, wciąż się uśmiechając, a ja wiercę się na krześle pod jego spojrzeniem.
-Nie wlewaj sobie Styles. Mówiłam ci, że od początku chodziło mi o twojego kumpla- unoszę brew, a on się śmieje i zajmuje miejsce po mojej prawej. Cudownie. A myślałam, że chociaż na tych wykładach będę mogła się skupić.
Jednak, gdy profesor Hawkins zaczyna wykład, nie słyszę od chłopaka ani słowa. Może zasnął. Spoglądam na niego ukradkiem, a wtedy nasze spojrzenia się krzyżują. Harry uśmiecha się bezczelnie, wciąż się na mnie gapiąc. Wywracam oczami i wracam wzrokiem do wykładowcy, ponownie dzisiaj próbując się skupić.
-Jesteśmy w okresie kiedy bardzo wiele mówi się, prawda, o upływającym dwudziestoleciu. Rozważamy związek pomiędzy postępem technicznym, prawda, ekonomicznym, prawda, a sposobem naszego życia i postrzegania świata. Ale zadajmy sobie jedno ważne pytanie: jak to było w literaturze?- marszczę brwi, patrząc na podsiwiałego mężczyznę w sztruksowej marynarce, gdy powtarza słowo „prawda” jeszcze kilkanaście razy. I właśnie przepisuję ważniejsze rzeczy z wyświetlanej prezentacji, gdy słyszę cichy głos z prawej.
-Jak nazywa się Hawkins w szafie?- odwracam się do niego, unosząc brew. Usta rozciąga w krzywym uśmieszku, a wesołe iskierki błyszczą w jego zielonych oczach. Niespodziewanie czuję, jak kąciki moich ust unoszą się nieznacznie mimo mojej woli. –Ukryta prawda- mówi, szczerząc się szeroko, a ja jeszcze przez chwilę patrzę na niego w ciszy. Ale tylko przez chwilę. Bo w następnej sekundzie parskam śmiechem i rechoczę jak idiotka, za wszelką cenę starając się zachowywać cicho. Harry widząc jak zakrywam usta dłonią, by stłumić chichot uśmiecha się jeszcze szerzej, zadowolony, że mnie rozśmieszył. W końcu mogę usiąść prosto i uspokoić oddech, bez ryzyka, że wybuchnę kolejną salwą śmiechu. Patrzę na niego, wciąż uśmiechnięta i unoszę brwi.
-To było cholernie głupie- komentuję, a on wzrusza ramionami, nie przestając się uśmiechać.
-Ale cię rozbawiło- stwierdza po prostu i siada prosto, a ja jeszcze przez chwilę wpatruję się w jego przystojny profil. Fakt. Punkt dla niego.

***

-Okej, niby studiujesz psychologię kliniczną, ale spotykam cię na kolejnych dodatkowych zajęciach, które nie mają nic wspólnego z psychologią. O co chodzi?- pyta, gdy wolnym krokiem idziemy wzdłuż chodnika, rozkoszując się resztą słońca. Uśmiecham się nieznacznie, wbijając wzrok w czubki czarnym trampek i poprawiając zeszyty w ręce.
-Po prostu zawsze interesowały mnie książki i pisarstwo i cały ten szajs. A malowanie mnie relaksuje- wyjaśniam, wzruszając ramionami. Czuję na sobie jego wzrok, gdy spoglądam przed siebie. Gdzieniegdzie widać spacerujących studentów,  korzystających z jednego z ostatnich słonecznych dni w roku.
-„Cały ten szajs”?- chichocze, a ja w końcu podnoszę na niego wzrok, uśmiechając się. Przez chwilę mogę się cieszyć widokiem tego pięknego uśmiechu i uroczych dołeczków, zadowolona, że to ja je wywołałam. –Jesteś zupełnie nietypowa, Black- dodaje, a ja nie jestem pewna jak to odebrać. Ponownie spoglądam przed siebie, wzdychając.
-Cała ja- wzruszam ramionami. –Myślę, że „nietypowa” to moja kwintesencja- uśmiecham się do niego, a on ponownie się śmieje.
-Kwintesencja? Wow, cóż to za wyszukane słownictwo?- kpi, a ja popycham go lekko. Śmieje się głośniej, a ja wywracam oczami.
-Nie tylko ty znasz takie mądre słowa- unoszę brew, a on kręci rozbawiony głową. Nagle zrywa się zimny wiatr, odgarniając moje włosy do tyłu i przyprawiając o ciarki. Poprawiam wełniany szal i szczelniej opatulam się skórzaną kurtką. Harry spogląda na nią, unosząc znacząco jedną brew, a ja uśmiecham się lekko.
-Chyba coś ci o niej mówiłem- przypomina, a ja czuję się jak dziecko skarcone przez matkę. Co tu się wyrabia do cholery jasnej?
-No wiem, ale przecież mam jeszcze szalik- zauważam, wskazując na ciemną wełnę owiniętą wokół mojej szyi. –I rękawiczki- dodaję, unosząc nieznacznie dłonie w rękawiczkach bez palców, które wprost uwielbiam. On nie zmienia wyrazu twarzy, a ja wzdycham zrezygnowana. Wciskam dłonie pod pachy, by ogrzać trochę zmarznięte palce i otwieram usta, by powiedzieć coś na swoją obronę, gdy on nagle ściąga swoją fioletową czapkę i wciska ją na moją głowę. Wytrzeszczam oczy, patrząc jak delikatnie ją zakłada i odgarnia loki z moich oczu. Po prostu stoję pośrodku chodnika, gapiąc się na niego jakbym właśnie zniosła jakieś pierdolone jajo.
-Tak lepiej- mruczy, marszcząc brwi i chowając dłonie w kieszeniach kurtki. Wypuszczam powietrze z płuc, gdy łapie mnie za łokieć i ciągnie za sobą.
-Dziękuję- mogę w końcu powiedzieć, a on spogląda na mnie z ukosa, wciąż marszcząc brwi, ale uśmiechając się nieznacznie. Dorównuję mu korku i poprawiam na głowię czapkę, nadal lekko wytrącona z równowagi jego zachowaniem. Wyglądał w niej tak cholernie seksownie i jednocześnie uroczo i tak po prostu mi ją dał, gdy widział, że marznę. Pewnie samemu mu teraz zimno, ale i tak mi ją dał! Kurwa mać! –Zaskakujące- mamroczę, dopiero po chwili zdając sobie sprawę, że powiedziałam to na głos. Harry patrzy na mnie, unosząc brwi.
-Co?- pyta, a ja mieszam się trochę, przygryzając wargę i unikając jego spojrzenia.
-Ty.
-Cały ja- podsumowuje, a ja podnoszę na niego wzrok, a gdy widzę rozbawienie w zielonych oczach, uśmiecham się szeroko. Na serio go lubię. Cholera.

***

Wpadam do pokoju, zupełnie ignorując Effie malującą paznokcie u stóp na swoim łóżku i Izzy wyciągniętą na moim. Opieram się plecami o białe drzwi, wbijając nieobecne spojrzenie w przeciwległą ścianę.
-O, hej Jack. Jak było na zajęciach?- pyta Effie, w skupieniu malując paznokieć na zielono. Gdy nie słyszy odpowiedzi, spogląda na mnie, marszcząc ciemne brwi. –Jack? Co ty masz na głowie?- mrugam kilkakrotnie, wypuszczając powietrze z płuc. Chrząkam i wreszcie na nią patrzę, marszcząc brwi.
-Co? Ah, to tylko czapka- mamroczę, odkładając torebkę i zeszyt na szafkę i ściągając buty. Czuję na sobie ich spojrzenia, gdy zdejmując czapkę, patrzę na nią przez chwilę w ciszy, gładząc kciukiem miękki materiał. Pewnie gdybym ją powąchała, pachniałaby jego włosami.
-Wszystko okej? Jesteś jakaś dziwna- zauważyła Izzy, przerzucając ze znużeniem kolejną stronę jakiegoś magazynu. Wciągam przez głowę bluzę uniwersytetu i odwracam się do niej z lekkim uśmiechem. Oczywiście, że nic nie jest okej. Właśnie gapiłam się na tę cholerną czapkę, zastanawiając się czy wciąż pachnie jego włosami. No kurwa mać. Nic nie jest okej!
-Ta, wszystko okej- mówię tylko, siadając na łóżku i mimowolnie sprawdzając telefon. Żadnych nowych wiadomości. Zresztą, czego ja się kurwa spodziewałam?
-Jesteś pewna?- wierci Effie, patrząc na mnie nieufnie z drugiego łóżka. Wzdycham męczeńsko i spoglądam na nią krzywo.
-Tak. Po prostu jestem trochę zmęczona i zmarzłam- mruczę, zakładając włosy za ucho i sięgając po okulary i książkę z szafki nocnej. Unoszę na nią wzrok, wiedząc, że wciąż się gapi. –Zrób mi lepiej herbatę- warczę, a ona w końcu wzdycha i się poddaje.
-Nie mogę, jestem zajęta- przypomina, unosząc nieznacznie gołe stopy. Wywracam oczami i patrzę na Izzy, która przyglądała nam się w milczeniu. Po chwili również wywraca niebieskimi oczami i wstaje z łóżka.
-Czarną czy owocową?- pyta, krzyżując ręce na piersi. Posyłam jej promienny uśmiech, wygodniej siadając na łóżku.
-Czarna. Tylko nie earl grey. Dobrze wiesz, że nienawidzę bergamotki- szczerzę się, a ona bez słowa wychodzi. Gdy zamyka drzwi, wiem, że mnie przedrzeźnia, krzywiąc się, ale udaję, że tego nie zauważam. Gdy wychodzi przez chwilę panuje cisza, a ja rozkoszuję się nią, mogąc wreszcie odpocząć. Ostatnie dwadzieścia cztery godziny były szalone i nie miałam nawet chwili, by wytchnąć.
Spoglądam na Effie, która kołysze rudą głową w rytm piosenki z radia ustawionego w rogu pokoju. Kilka falowanych pasm wymknęło się z jej wysokiej kitki, opadając na piegowatą buzię i zielone oczy. W przydużych dresach Nialla i z tą fryzurą wygląda jak mała dziewczynka. Uśmiecham się nieznacznie, widząc jak marszczy w skupieniu brwi i przygryza język, starając się dokładnie pomalować paznokieć.
-Co się tak gapisz? Mam już chłopaka, więc nie jestem zainteresowana- mówi, nie odrywając spojrzenia od swoich paznokci. Unoszę brew, siadając po turecku na łóżku.
-Coś ty taka wesoła?- pytam, a ona syczy, gdy wyjeżdża poza paznokieć i wyciera to patyczkiem kosmetycznym. Przez chwilę milczy, starając się naprawić to, co zepsuła.
-Tak po prostu- wzrusza ramionami, zakręcając lakier i prostując nogi. Zielone paznokcie lśnią w blasku wpadającym przez okno. –Jestem na wymarzonych studiach, mam wspaniałego chłopaka, którego kocham jak wariatka, a moja przyjaciółka nie straciła dziewictwa z przypadkowym kolesiem na sobotniej imprezie- patrzy na mnie, uśmiechając się, a ja unoszę brew, decydując się zignorować wzmiankę o moim dziewictwie. Dziewczyna uśmiecha się szerzej. –Kochaliśmy się dzisiaj po zajęciach i to było tak dobre, że myślałam, że nie przestanę mieć orgazmu- wyjaśnia w końcu, a ja parskam śmiechem. –On zresztą też. Gdybym nie była tak cholernie podniecona, pewnie zaczęłabym się martwić. Niall jest tak kurewsko dobry w łóżku, gdybyś wiedziała jakie rzeczy on potrafi robić palcami i jego…
-STOP!- przerywam jej, wytrzeszczając oczy. –To mój kumpel, nie chcę słyszeć nic na ten temat. Ani słowa więcej!- piszczę, a ona wybucha śmiechem. –Ani kurwa słowa!- dodaję, a ona kładzie się na łóżku, śmiejąc głośniej. Rzucam w nią poduszką i wtóruję jej śmiechem.

***

Parkuję samochód za barem, a stary garbus pojękuje cicho, gdy wciska się na swoje miejsce. Klepię z czułością deskę rozdzielczą i wysiadam, mocno trzaskając drzwiami, by je zamknąć. Ostatni raz zerkam na czerwonego staruszka, który powinien być już zabytkiem, ale wciąż jakoś jeździ i wchodzę na zaplecze. Czasem mam wrażenie, że jedynie moja miłość wciąż trzyma go w kupie.
Witam się z Tonym, który posyła mi uśmiech, zaciągając się papierosem i przebieram się szybko w uniform. Jeśli uniformem można nazwać czarną koszulką i pasujący do tego fartuszek. Związuję włosy w wysoką kitkę i wchodzę na salę, zgarniając spod lady czarną tacę. Rzucam szybkie spojrzenie na salę i już mam ruszyć do stolika, gdzie akurat siadał jakiś facet, gdy Liam łapie mnie za ramię. Oglądam się na niego z uśmiechem, ale sztywnieję, widząc jego zmarszczone brwi.
-Jacyś kolesie z 16 chcą żebyś ich obsłużyła- mówi, przewiercając mnie brązowym spojrzeniem. Jego sarnie oczy dziwnie pociemniały i mam wrażenie, że to nie przez słabe oświetlenie w barze. Unoszę brwi.
-Ale to nie mój rewir- przypominam mu, a on nie puszcza mojego ramienia.
-Wiem. Gdy Becka do nich poszła, powiedzieli, że nie chcą nikogo innego i nie odejdą dopóki nie obsłuży ich Jack Black- co do chuja? Tym razem dla odmiany marszczę brwi, a Liam w końcu mnie puszcza. Kątem oka dostrzegam tatuaż na jego dłoni. Całkiem fajny, ale w życiu bym sobie takiego nie zrobiła. Mowy nie ma.
-Hm, okej. Obsłużę ich- wzruszam ramionami, a Liam kiwa głową, wciąż patrząc na mnie w ten sposób. Posyłam mu uspokajający uśmiech i ruszam w głąb sali z dziwnymi myślami. O co może chodzić? Przecież nikt mnie tu nie zna, a studenci z mojej uczelni nie zaglądają tu tak często, jak mogłoby się wydawać. Chyba, że ktoś im powiedział…
Zatrzymuję się przed ciemnym boksem, lustrując uważnym spojrzeniem grupkę chłopaków. Nie znam ich, ale wciąż mogą studiować na tym samym uniwersytecie co ja.
-Cześć. Co będzie dla was?- rozciągam usta w firmowym uśmiechu, wyciągając notesik z kieszeni fartuszka. Chwytam mały ołówek, patrząc na nich cierpliwie.
-Jack Black we własnej osobie. To dla nas prawdziwy zaszczyt- mówi jeden z nich, uśmiechając się do mnie obleśnie. Unoszę brwi i nic nie mówię. Czyli jednak studiują na moim uniwersytecie. Zajebiście. Jeszcze tego brakowało, by moja „sława” przeniosła się do baru. Myślałam, że chociaż tutaj mogę odpocząć od ciągłych zniesmaczonych spojrzeń ze strony żeńskiej i dwuznacznych uśmieszków ze strony męskiej. Najdziwniejsze jest to, że tylko kilka osób wie, że tu pracuję. Święta Trójca nikomu by nie wygadała, bo doskonale wiedzą, że powyrywałabym im za to nogi z dupy. W takim razie to musiał być Styles i jego kumple. Oczywiście. Więc najpierw zachowuje się jak gentleman i odwozi mnie do domu i jest na tyle uroczy, by pożyczyć mi swoją czapkę, gdy umieram z zimna, a potem rozgaduje na prawo i lewo gdzie pracuję, żeby tabuny napalonych studentów mogły tu przychodzić i mnie pomęczyć. Zajebisty plan panie Styles. Co za ch…
-Miło cię wreszcie poznać. Słyszeliśmy o tobie wiele…- urywa, a jego spojrzenie bezczelnie zatrzymuje się na moim biuście. –Dobrych rzeczy- dokańcza i puszcza mi oczko. Gnojek. Faceci mogli mnie podrywać w ten sposób tylko wtedy, gdy im na to pozwoliłam. A teraz nie było żadnego kurwa pozwolenia. Nie dla nich.
-Co dla was?- pytam prawie przez zęby, starając się zachować zimną krew. Liam mógłby się na mnie wkurzyć. Znowu. A tego wolałabym uniknąć. Na serio potrzebuję tej pracy. Słyszę szum własnej krwi i szybkie bicie serca w klatce i nie potrafię się zmusić do kolejnego jebanego uśmiechu.
-Chłopaki, Jack Black chce nas obsłużyć. Nie sądziłem, że ten dzień w końcu nastąpi- mówi inny, a reszta wybucha śmiechem. Marszczę brwi, krzyżując ręce na piersi.
-Masz rację. Obowiązują pewne ograniczenia, których ty nie spełniasz- warczę, gromiąc go spojrzeniem. –Twoje, hm, wątpliwe zasoby są zbyt małe, byś się w ogóle zakwalifikował- rzucam, a chłopak wygląda jakby właśnie połknął jajo w całości. Przez chwilę próbuje wymyślić jakąś odpowiedź, ale siedzi tylko, otwierając i zamykając usta, gdy jego kumple śmieją się w głos. Unoszę brew, dotykając rysikiem ołówka końcówkę języka. –Więc, co będzie dla was?

***

Jebany Styles. Musiał wszystkim wypaplać gdzie pracuję i teraz będę musiała się użerać z takimi gnojkami. Zajebiście. Zresztą, on sam jest gnojkiem. Jebać jego samochód i czapkę, którą mi pożyczył. Jest taki sam jak wszyscy inni. Byłam zupełną idiotką, myśląc, że jest inaczej. Zgrywał przede mną słodkiego i uroczego, a w rzeczywistości chciał mi się dobrać do majtek. Ale, że mu nie wyszło to zabawił się moim kosztem. Jebany egoista.
Wyciągam z paczki Tonyego papierosa i wyrywam mu z ręki zapalniczkę. Chłopak unosi wysoko ciemne brwi. Zaciągam się mocno i przez chwilę trzymam dym w płucach, uspokajając rozszalałe myśli. Wypuszczam powietrze razem z dymem w zimny wieczór, czując lekkie zawroty głowy, gdy chłopak wciąż patrzy na mnie dużymi oczami.
-Od kiedy palisz?
-Nie palę- odpowiadam, wypuszczając dym nosem. Chłopak chichocze, a ja mimowolnie porównuje go do Harrego. Zdecydowanie wolę ten Stylesa, co wkurwia mnie jeszcze bardziej.
-Jasne. Ja też nie- przytakuje, zaciągając się mocno i zerkając na mnie rozbawionymi, niebieskimi oczami. –Papierosy to szajs. Nie zaczynaj z nimi- mówi, poważniejąc, a ja unoszę brew, odwracając się do niego. Jest wyższy o dobre pół głowy, ale dość chudy. Brązowe włosy, które zawsze chowa pod czapką są trochę rozczochrane. Tatuaż na przedramieniu przyciąga wzrok, nawet jeśli tego nie chce. Garbi się odrobinę, grzebiąc bordowym trampkiem w zmarzniętej ziemi.
-Cholera, wiem, że to szajs. Nie mam zamiaru mieszać się w to gówno- marszczę brwi, a on patrzy na fajkę w moich zmarzniętych palcach, a potem spogląda mi znacząco w oczy. Wzdycham, a ciepły oddech formuje biały obłok w listopadowym powietrzu. –Wkurzyłam się i muszę uspokoić myśli- tłumaczę, opierając się o drzwi i patrząc w głąb uliczki. Pomyśleć, że tak niedawno Styles czekał tu za mną, by odwieźć mnie do domu. Pierdolone gierki. Gdyby nie był tak cholernie przystojny i nie pociągał mnie w ten cholernie niezrozumiały sposób, nie nabrałabym się na całe to gówno. Kurwa.
-Nie chciałbym nim być- mrugam kilkakrotnie i parzę na Anta*, marszcząc brwi. Uśmiecha się i zaciąga papierosem zanim odpowie. –Tym kolesiem, który cię wkurzył. Współczuję mu, gdy go dorwiesz- parska i kręci głową, najwyraźniej wyobrażając to sobie. Hej, nie jestem jakąś pierdoloną psychopatką i nie mam zamiaru bić Harrego. Do kurwy nędzy, jeszcze nie oszalałam.
-Nie jestem aż tak agresywna. Przesadzasz- mówię cicho i zaciągam się dymem. Tony patrzy na mnie i szczerzy zęby w szerokim uśmiechu. Marszczę brwi, nie wiedząc o co mu chodzi.
-A widziałaś siebie ostatnio? Wyglądasz jakbyś miała zamiar wymordować całą dzielnicę dla zwykłej przyjemności- chichocze, a ja cała się spinam i już mam zamiar mu odszczeknąć, gdy nagle dostrzegam swoje odbicie w szybie drzwi. Policzki są zaczerwienione, pięści zaciśnięte, brwi zmarszczone, a oczy ciskają piorunami. Wyglądam jak pierdolona psychopatka. Gdybym nie wiedziała, że to moje odbicie, pewnie bym się wystraszyła. Zajebiście.
Wzdycham, wypuszczając powietrze z płuc i rozluźniając napięte mięśnie. Nawet nie zdawałam sobie sprawy jak spięta byłam.
-Taką mam twarz- mamroczę, a on znowu chichocze i klepie mnie po ramieniu. Rzuca papierosa w kałużę i posyła mi krzywy uśmiech.
-To lepiej zmień ten grymas, bo nikogo na niego nie poderwiesz- żartuje i odchodzi, zostawiając mnie samą z tym cholernym papierosem i jeszcze gorszymi myślami.







*Tony- Anthony, Ant