18 kwietnia 2017

7.


         Dzisiaj na wykładach dla odmiany skupiam się bez problemu i nie pozwalam moim myślom odbiegać od nich za daleko. Nie mam kolejnego papierosa, by móc się uspokoić. Poza tym, gdyby któreś z moich przyjaciół by mnie z nim przyłapało, dostałabym opierdol jak nigdy w życiu. Święta Trójca jest wyczulona na papierosy. I moje dziewictwo rzecz jasna.
-W piątek jest kolejna impreza, Ben mi o tym mówił. Macie ochotę?- pyta Niall, przeżuwając swojego burgera. Spoglądam na niego, chrupiąc marchewkę i wzruszam ramionami. W sumie dlaczego nie.
-Szczerze mówiąc, miałam nadzieję, że spędzimy ten weekend razem, no wiesz, tylko we dwoje- mamrocze Effie, nakręcając na palec pasmo rudych włosów i patrząc na swojego chłopaka. Horan czytając między wierszami, uśmiecha się głupio i kiwa energicznie głową, wiedząc co jego dziewczyna miała na myśli. Zboki.
-Róbcie co chcecie, tylko  nie, gdy będę w pobliżu. I nie na moim łóżku- mówię, krzywiąc się. Ruda pokazuje mi środkowy palec, a chłopak posyła uroczy uśmiech. Nawet z tymi wszystkimi tatuażami, skórzanymi kurtkami, motocyklowymi buciorami i samym motocyklem, Niall jest najbardziej uroczą osobą jaką znam. To popierdolone, ale tak właśnie jest.
-A ja chętnie się przejdę- oznajmia Izzy, nabijając na widelec pomidora. Patrzy na mnie, a w jej niebieskich oczach pojawia się pytanie. Kiwam głową i dziewczyna rozciąga pełne wargi w uśmiechu. Ona też jest urocza, ale i tak wymięka przy Niallu. Chociaż nie, są porównywalni. Oboje mają niebieskie, radosne oczy, a blond na końcach włosów Horana mówi, że kiedyś bardziej przypominał Izzy. Podczas, gdy on zawsze wygląda jakby zupełnie nie zastanawiał się nad doborem ubrań (i tak pewnie jest) i lubi podnosić swoje ciemne włosy w fajny sposób, Izzy zawsze ma idealnie dopasowane do siebie stroje, bardzo dziewczęce,  modne i wydobywające z jej drobnej sylwetki wszystko to, co najlepsze. Blond włosy do ramion zawsze podkręca w urocze fale, a usta smaruje różowym błyszczykiem, przez co są jeszcze ładniejsze. Izzy jest tą uroczą w naszej paczce. Studiuje dziennikarstwo i uwielbia poznawać nowych ludzi i zadawać im dziwne pytania. Effie jest tą szaloną, ale odpowiedzialną. Te bluzeczki w jej ulubiony, kwiatowy wzór dają złudzenie przyzwoitej młodej kobiety, którą z pewnością nie jest. Ja z kolei jestem tą, która niczym nie przejmuje się tak na serio, często pakuje się w kłopoty i jest z typu tych „niegrzecznych”. Tak jakoś wyszło. Za to Horan to idiota. Zachowuje się jak dwunastolatek i gdy nie rzuca przekleństwami na prawo i lewo, śmieje się z byle powodu. Dziwna z nas paczka.
Wzdycham, kończąc swoją marchewkę, gdy kątem oka wyłapuję ruch w odległej części korytarza. Spoglądam tam, a gdy z daleka dostrzegam czarne loczki, zielone oczy i uśmiech o mocy tysiąca słońc, podrywam się na nogi, łapiąc pustą już tacę. Cała trójka patrzy na mnie pytająco, przerywając swoją dyskusję o meduzach.
-Co jest Jack?- pyta Niall, gdy zbieram swoje rzeczy i pakuję je do skórzanej torby.
-Muszę lecieć. Widzimy się później!- rzucam przez ramię, gdy w pośpiechu odkładam tacę na wózek i kieruję się ku szklanym drzwiom. Przez ogromne okna, widzę, że na zewnątrz cholernie wieje i pewnie jest kurewsko zimno, ale tak się spieszę, że nie mam czasu by się ubrać. Wypadam na zewnątrz, czego od razu żałuję, gdy lodowaty wiatr szarpie moimi włosami i ubraniami. Cienka koszula w czerwono-czarną kratę nie daje ani odrobiny ciepła, więc szybko owijam szyję szalikiem i wciskam na dłonie rękawiczki. Gdy chcę założyć lewą, wiatr dmucha mocniej, a ona wyślizguje się z moich skostniałych palców. Cholera.
Śledzę wzrokiem jej lot, niezdolna do jakiegokolwiek ruchu. I już ma polecieć gdzieś daleko, niesiona silnym wiatrem, gdy nagle łapie ją jakaś duża dłoń z dziwnie znajomymi pierścieniami na długich palcach. Marszczę brwi, zatrzymując wzrok na wełnianym kołnierzu brązowej kurtki. Zajebiście, dogonił mnie. Kurwa.
Wzdycham i zakładam kurtkę, wiedząc, że unikanie go jest już bezcelowe. Podchodzi do mnie, a ja doskonale wiem, że się uśmiecha, gdy uparcie wpatruję się w chodnik przede mną.
-Chyba coś zgubiłaś- mówi tym swoim cholernym, niskim głosem, podając mi rękawiczkę. Biorę ją, nadal na niego nie patrząc i mamrocząc ciche „dziękuję”. Harry zauważa moje dziwne zachowanie, bo podchodzi jeszcze bliżej. –Coś się stało?- pyta, a ja w końcu podnoszę na niego wzrok z kamienną twarzą. Nadal bawi się w te swoje gierki, gnojek. Nie mam zamiaru pokazać jak bardzo mnie wkurwił, nie dam mu tej satysfakcji.
-Nie- odpowiadam krótko i sięgam do torby. Wyciągam z niej jego fioletową czapkę i mu ją oddaję. –To chyba twoje- chłopak patrzy na nią zmieszany, marszcząc brwi.
-Nie musisz jej oddawa…
-Muszę już iść- przerywam mu wpół słowa, a on wygląda na jeszcze bardziej zmieszanego niż chwilę wcześniej. A ja mam to kompletnie w dupie. –Pa, Styles- żegnam się i nie dając mu czasu na odpowiedź, odwracam się na pięcie i ruszam przed siebie, ciaśniej opatulając się kurtką, gdy silny wiatr uderza we mnie zimnymi podmuchami. Może to rzeczywiście dobry moment na zmianę tej jebanej kurtki.

***

Gdy siadam na łóżku w akademiku wciąż całkowicie ubrana, mój telefon zaczyna wibrować. Ignoruję go, nie mając najmniejszej ochoty na rozmowę z kimkolwiek. Wciąż drżę na całym ciele, czując jak zimno krąży w moich żyłach. Spoglądam na stary męski zegarek, który kiedyś kupiłam na bazarze. 14:30. Pracę zaczynam dopiero za półtorej godziny, ale nie mam co ze sobą zrobić. Nie mam ochoty zostać w pokoju żeby oglądać jakieś głupie filmy, albo co gorsza się uczyć. Najwyżej wcześniej wyjdę.
Wstaję z łóżka, biorę klucze z szafki i już mam wychodzić, gdy zatrzymuję się wpół kroku. Oglądam się na dużą szafę wewnątrz pokoju i marszczę brwi. W końcu zdejmuję skórzaną kurtkę i sięgam po tę zimową, w której wyglądam jak bałwan. Przynajmniej będzie mi cieplej.

***

Liam dziwi się, widząc mnie tak wcześnie, ale nie protestuje, gdy tłumaczę mu, że nie miałam nic lepszego do roboty i oznajmiam, że po prostu wcześniej skończę. Ruch o tej godzinie w barze jest niewielki, więc nie mam zbyt dużo do roboty. Przez większość czasu po prostu siedzę za barem, czytając książkę albo pomagam w kuchni Nancy, która zarzuca mnie swoimi opowieściami o jej dzieciach, które studiują a Hiszpanii i Norwegii i jest z nich cholernie dumna. Dopiero koło 20 ruch się zagęszcza do tego stopnia, że mogę zapomnieć o czytaniu albo pogaduchach z główną kucharką. Mam ręce pełne roboty i biegam po barze z tacą pełną jedzenia i piwa. Nawet jeśli to wtorek, to wciąż Londyn, a ludzie lubią tu przychodzić po pracy by posiedzieć ze znajomymi nad piwem i przekąsić coś taniego i niezdrowego.
Jestem tak zabiegana, że rozpoznaję Harrego dopiero, gdy łapie mnie za rękę, gdy zastępuję na kasie Anta, który musiał skoczyć do kibelka. Najpierw drżę, czując ciepło bijące od jego palców zaciśniętych na moim kościstym nadgarstku, który w jego dużej dłoni wydaje się jeszcze drobniejszy. Potem marszczę brwi i wyrywam mu się, wbijając gniewne spojrzenie w jego łagodne, zielone oczy.
-Coś ci podać?- pytam chłodno, a w jego oczach można dostrzec ledwo zauważalny ból. Ignoruję serce, które ściska mi się na ten widok.
-Black, ja…
-Jeśli nie chcesz niczego kupić, odejdź. Muszę obsłużyć innych- przerywam mu, a on się krzywi. Dzielnie znoszę jego spojrzenia zbitego szczeniaczka, wciąż powtarzając sobie, że on tylko udaje. To pieprzona gra. Dobry z niego aktor, nie ma co. Tak dobry, że z każdą chwilą coraz mi trudniej utrzymać ten kamienny wyraz twarzy.
-Porozmawiaj ze mną. To zajmie tylko chwilę- błaganie w jego oczach uderza we mnie tak mocno, że tracę oddech i prawie się uginam. Zaciskam jednak mocniej pięści, a paznokcie wbijające się w skórę otrzeźwiają moje myśli. Co się do cholery jasnej za mną dzieje? –Jackie, proszę- gdy wymawia miękko moje imię, serce przestaje mi bić. Maska, którą przybrałam zaczyna się kruszyć, a on dostrzega wahanie na mojej twarzy. Kręcę głową, nie ufając sobie na tyle, bo ponownie spojrzeć mu w oczy.
-Jestem w pracy. Nie mogę…
-Dzięki Jack. Mogę już przejąć kasę- Tony nagle pojawia się za mną, wskazując głową na kolejkę przed barem, zupełnie nieświadomy sceny, która się przed nim odgrywa. Otwieram usta, by zaprzeczyć, ale nie wydobywa się z nich żaden dźwięk. Po prostu odsuwam się na bok i stoję przez chwilę, gapiąc się na kufle poukładane w równym rządku pod ladą. Mimo, że Harry się nie odzywa, jestem boleśnie świadoma jego obecności. Jego wzrok wypala ślad na moim ciele, a ja siłą powstrzymuję się od drżenia. Co za gówno.
W końcu na niego patrzę, a smutek w jego oczach niemal całkowicie wymywa resztki mojego samozaparcia. Jebany Styles i te jego szczenięce oczka. Walić ten szajs. Kiwam nieznacznie głową, nakazując, by szedł za mną. Robi to bez słowa, a gdy prowadzę go przez zaplecze na tył budynku dosłownie czuję ciepło bijące od jego ciała. To jakieś kurewsko pojebane.
Zatrzymuję się w ciemnej uliczce, ciaśniej opatulając zimową kurtką. Mój gorący oddech zmienia się w białą chmurę, gdy on zamyka drzwi i staje niepewnie naprzeciw mnie. Cisza wokół jest miłym kontrastem do harmidru panującego w środku. Tym razem to on jest bez kurtki i potrafię dostrzec czarne tatuaże przebijające przez białą koszulkę pod rozpiętą koszulą w kratę. Nie wygląda jakby było mu jakoś specjalnie zimno, podczas, gdy ja cała prawie się telepię z zimna, a zęby dzwonią mi tak głośno, że pewnie słychać to na drugim końcu ulicy. Patrzę na niego wyczekująco, kolejny raz przeklinając tę cholerną jesień. Idiotka ze mnie, że zgodziłam się z nim pogadać. Żałosna idiotka. Ale nie mogłam mu odmówić. A ten fakt dobija mnie tak bardzo, że zaczynam kurewsko żałować, że nie ma tu Anta z paczką fajek.
-Możesz mi powiedzieć co się stało? Zachowujesz się dziwnie- mówi w końcu cicho, a ja zmuszam się by odwrócić od niego wzrok. Bądź silna do cholerny jasnej.
-Nie wiem o co ci chodzi.
-Właśnie o tym mówię. Ignorujesz mnie- podchodzi o krok, a ja zagryzam mocno wargi, wbijając spojrzenie w lampę rzucającą na mokry asfalt żółtą poświatę. –Jesteś taka… chłodna- dodaje i zbliża się jeszcze bardziej, a ja czuję, że jestem na granicy wytrzymałości, gdy ogarnia mnie jego przyjemny zapach. Cholernie trudno jest być odporną na Harrego Stylesa. Tak cholernie trudno. –Spójrz na mnie- żąda cicho, a ja mięknę, gdy łapie mnie za brodę i zmusza, bym spojrzała mu w oczy. Czuję jak moja maska opada, gdy wpatruję się w tę głęboką zieleń. Ja pierdole. –Co jest grane?
-Cały czas się mną tylko bawiłeś. Nie zamierzam się na to godzić ani chwili dłużej- mimo tego, co czuję w środku, mój głos zdaje się twardy i brzmi pewnie. Harry marszczy brwi, wolno skupiając wzrok na moim prawym, a potem lewym oku. I tak w kółko. Gdy to robi wygląda naprawdę groźnie i gdyby nie to dziwne uczucie bezpieczeństwa, które zawsze przy nim odczuwam, pewnie zaczęłabym się bać.
-O czym ty mówisz?- pyta w końcu, a ja tracę cierpliwość i odsuwam się od niego, marszcząc brwi, w dziwnym przypływie siły.
-Kiedy nie udało ci się ze mną przespać, postanowiłeś się zabawić i rozpaplać gdzie pracuję, by obleśne typy mogły mnie nękać nawet w godzinach pracy!- warczę, zaciskając dłonie w piąstki, a Harry patrzy na mnie zdziwiony, wolno mrugając.
-Co? Skąd ci to przyszło do głowy?- jego głos jest łagodny, gdy unosi wysoko brwi, nic nie rozumiejąc. Albo udając, że nic nie rozumie. Dupek. Prycham.
-Nie udawaj, że nie wiesz. Dowiedziałeś się gdzie pracuję, a potem nasłałeś na mnie tych wszystkich gnojków!- podnoszę głos, wymachując rękami. Tym razem to pewnie ja wyglądam groźnie, gdy czuję przyspieszony puls i szum krwi w uszach. –Nie zgrywaj idioty Styles. Wiem jaka jest prawda!- chłopak patrzy na mnie zdumiony, gdy krzyczę i miotam się po ciemnej alejce jak jakaś cholerna psychopatka, którą bez dwóch zdań jestem. -Bawiłeś się mną przez ten cały pieprzony czas! A ja jak jakaś idiotka ci na to pozwalałam! I byłam tak cholernie zadowolona, gdy robiłeś dla mnie coś miłego i słodkiego, kiedy ty tylko kurwa udawałeś!- teraz krzyczę tak głośno, krążąc w kółko, że dziwne, że nikt z baru jeszcze tu nie zajrzał. Harry gapi się tylko na mnie, zbyt zszokowany moim nagłym wybuchem, by cokolwiek powiedzieć. W końcu jednak otrząsa się i podchodzi do mnie, łapiąc za nadgarstki. Próbuję je wyszarpnąć, ale uścisk jest stalowy. Szarpię jeszcze przez chwilę, ale w końcu się poddaję, rzucając mu wściekłe spojrzenia.
-Uspokój się i mnie posłuchaj- cichy głos jest dużym kontrastem do mojego wcześniejszego wybuchu. –Nie zrobiłem nic z tych rzeczy. Nikomu nie powiedziałem gdzie pracujesz i nigdy przy tobie nic nie udawałem. Ani razu- mówi wolno, patrząc mi w oczy i mija chwila zanim sens jego słów całkowicie do mnie dociera. Studiuję jego twarz, starając się wychwycić jakiś haczyk, cokolwiek co by wskazywało, że kłamie. Jednak niczego takiego nie znajduję, a coś w jego oczach przekonuje mnie, że mówi prawdę. Uspokajam się trochę, rozluźniając napięte mięśnie.
-Nie?- mój głos jest dziwnie ochrypły po wcześniejszych krzykach i pewnie gdybym nie była teraz taka zbaraniała, wykrzywiłabym się. Harry wolno kręci głową, nie przerywając kontaktu wzrokowego.
-Nie- przygryzam wargę na jego słowa, a świadomość tego, co właśnie zrobiłam dociera do mnie ze zdwojoną siłą. Czując ciepły rumieniec na policzkach, spuszczam głowę. Cholera. Jestem jakaś popieprzona. Zrobiłam mu jakąś cholerną awanturę w ciemnej uliczce! –Pewnie wygadał się któryś z chłopaków. Przepraszam za nich. Powinni częściej używać mózgu- marszczy brwi, a ja spoglądam na niego niepewnie zza włosów, które opadły mi na twarz.
-To ja przepraszam. Zachowałam się jak jakaś wariatka. Nie wiem co mnie napadło- mamroczę, a gdy zdaję sobie sprawę jak blisko siebie stoimy i, że on wciąż ściska moje nadgarstki, rumienię się jeszcze bardziej. No kurwa mać. Chyba coś mi się poprzestawiało z hormonami.
-Nie przepraszaj. Masz prawo być zła- mówi łagodnie, przekładając moje nadgarstki do jednej ręki, a drugą ogarniając mi włosy z twarzy. –Ale fakt, to co zrobiłaś było trochę szalone- chichocze, a ja próbuję go odepchnąć, ale zapominam, że on wciąż ściska moje nadgarstki, przez co ląduję jeszcze bliżej niego. Czuję jego zapach silniej niż kiedykolwiek wcześniej i aż kręci mi się od tego w głowie. Jego usta są prawie na poziomie moich oczu i nie mogę oderwać od nich wzroku. Harry uwalnia w końcu moje ręce, oplatając mnie ciasno w talii jedną ręką, a drugą kładąc na policzku. Zmarznięte dłonie opieram na jego piersi, która wydaje się gorąca przez cienki materiał koszulki. Zdziwiona obserwuję jak mimo woli, moje ręce powoli suną ku górze i wplątują się w jego miękkie włosy. Chłopak mruczy cicho z zadowoleniem, a ja przygryzam wargę i w końcu patrzę mu w oczy. Zielone tęczówki wydają się błyszczeć w ciemności uliczki, a ja prawie tracę oddech, gdy nachylamy się wolno do siebie. Nasze usta dzielą milimetry i już zamykam oczy, by go pocałować, gdy drzwi zaplecza otwierają się gwałtownie, a ja patrzę szybko w bok, na Anta, który widząc nas w ciasnym uścisku, szerzy głupio zęby. Próbuję odsunąć się trochę od Harrego, ale on mi na to nie pozwala, silnym ramieniem przyciskając do siebie. Tony szczerzy się jeszcze bardziej, gdy opiera się o framugę drzwi i mówi:
-Przepraszam, że przeszkadzam, ale Liam cię szuka- mam ochotę go zabić za to, że nam przerwał i za to, że zachowuje się jak idiota. Jednak kiwam tylko głową, gromiąc go spojrzeniem. Chłopak ani drgnie, przesuwając rozbawione spojrzenie od Harrego do mnie.
-Już idę- cedzę przez zęby, a Tony jeszcze przez chwilę się nam przygląda. W końcu kiwa głową i zostawia nas samych. Jeszcze puszcza mi oczko zanim zniknie za drzwiami. Wzdycham cicho, uspokajając rozszalałe serce, bijące w piersi z zadziwiającą prędkością. –Muszę iść- szepczę ze spuszczoną głową. Mogę dostrzec jego krzywy uśmieszek i zanim mnie puszcza, całuje delikatnie w czoło. Nie mogąc powstrzymać głupiego uśmiechu, prowadzę go z powrotem do środka. Myśląc o tym co stało się i co prawie się stało w tej uliczce, czuję dziwną słabość w kolanach. Co się kurwa dzieje? Odnajduję Liama i ledwo mogę się skupić na tym, co do mnie mówi, gdy za jego plecami dostrzegam uśmiech z dołeczkami i zielone oczy.