30 czerwca 2017

10.

        
         Podczas lunchu Effie ignoruje mnie jak tylko może, a ja mam tego kurewsko dość. Wczorajszy dzień był wystarczająco zjebany. Ona nie musi dokładać do tego swoich pięciu groszy.
-… I wtedy on wyskakuje z tą gadką: „Izabelle, co ty wyrabiasz?”. Myślałam, że się posikam ze śmiechu- chichocze blondynka, a Niall wtóruje jej, na chwilę odrywając się od swojej zapiekanki. Effie w zamyśleniu miesza widelcem w sałatce z kurczakiem, którą wciąż jada. Marszczę brwi i głośno odstawiam butelkę soku na stolik, czym przyciągam uwagę wszystkich, nawet rudej.
-Pokłóciłam się z Harrym. Już nie usłyszysz plotek o naszych spotkaniach albo nocnych obściskiwaniach- mówię cicho, a ona patrzy na mnie z kamiennym wyrazem twarzy. Izzy i Horan wlepiają we mnie oczy, zaskoczeni moimi słowami.
-Dlaczego się pokłóciliście?- pyta blondynka, unosząc brew, a ja patrzę na nią, nie zmieniając wyrazu twarzy. Za jej wrodzoną ciekawością kryje się troska, co prawie irytuje mnie bardziej.
-Zaczynało się robić dziwnie.
-Dziwnie?- tym razem to Horan zabiera głos, marszcząc ciemne brwi. Mam ogromną ochotę wywrócić oczami. Cholera jasna.
-Tak, cholera, dziwnie. To Harry Styles, a ja jestem Jack Black. To wszystko było kurewsko dziwne- słowa, które wychodzą z moich ust nie wydają się do końca prawdziwe. Ale nie mam siły ani chęci się na tym zastanawiać. Po prostu nie. Jednak najwyraźniej nikt, poza mną, nie uważa tych słów za kłamstwo, gdy wyraźnie widzę jak atmosfera się rozluźnia i napięcie opada. Śledzę wzrokiem ramiona Effie, które dotychczas były wciąż spięte. Patrzy na mnie z lekkim uśmiechem i zadowoleniem w oczach, którego nie jest w stanie ukryć. No jasne, w końcu to Effie.
-Cieszę się, że to zakończyłaś- oznajmia, a ja zaciskam dłoń pod stołem. Jednak usta jestem w stanie rozciągnąć w lekki uśmiech. Wzruszam lekko ramionami i wracam do  przerwanego posiłku. Jeszcze przez chwilę przy stoliku panuje dziwna cisza, którą w końcu przerywa, a jakżeby inaczej, Izzy.
-Moim zdaniem Harry był największym ciachem, jakie kiedykolwiek wyrwałaś- mówi z namysłem, wskazując na mnie plastikowym widelcem. Unoszę na nią wzrok, wytrzeszczając oczy, gdy kiwa w zamyśleniu głową. –I jeszcze ten jego tyłeczek- cmoka, przywołując jego widok w myślach, a wygląda przy tym tak komicznie, że Effie i Niall wybuchają śmiechem. Szczerzę do blondynki zęby, zgadzając się z nią w stu procentach.

***

Przygryzam wargę, wpatrując się w widok za ogromnym oknem. Mocny wiatr szarpał gałęziami, zrywając resztę liści i ciskając nimi w twarz nielicznym przechodniom. Słońce rzucało na wszystko złote promyki, dając złudne poczucie ciepła. Nieliczne chmury sunęły szybko po błękitnym niebie, niby dziwaczne statki. Marszczę brwi. Kolejny kurewsko zimny dzień. A nie mamy jeszcze zimy.
Opuszczam wzrok na czystą kartkę szkicownika otwartego na moich kolanach. Macham ołówkiem w dłoni, zastanawiając się co narysować. Czuję pustkę w głowie i w końcu wzdycham z rezygnacją, gdy nie potrafię wymyślić nic sensownego. Po prostu opuszczam ołówek na kartkę i pozwalam ręce swobodnie się poruszać. Z początku nieśmiało, ale z każdym kolejnym ruchem nadgarstka ołówek coraz pewniej kreśli kolejne linie. Ubieram rozbiegane myśli w obraz, przygryzając wargę w skupieniu. Szkic w końcu przybiera wyraźne kształty, a ja mogę powiedzieć, że to jakiś chłopak. Ciemne dżinsy opinają jego długie nogi, bose stopy zdają się wisieć na białej kartce, szerokie barki i umięśnione ramiona wydają się dziwnie znajome. Kolejny ruch nadgarstka tworzy nagi, umięśniony tors. Ciemne włosy sterczą w uroczy sposób, a wplątane w nie długie palce, błyszczą srebrem pierścieni. Radosne oczy zdają się patrzeć wprost na mnie a szeroki uśmiech przywołuje jakieś dziwne uczucie. Dopiero, gdy ołówek rysuje dołeczki w policzkach, zdaję sobie sprawę na kogo patrzę.
Harry Styles szczerzy się do mnie bezczelnie z zeszytu.  Półnagi i cholernie uroczy Harry Styles.
Szybkim ruchem zamykam szkicownik i przygryzam wargę, gapiąc się w jego zarysowaną okładkę.
Cholera.

***

Dostrzegam Anta dopiero, gdy stawia tacę z pustymi kuflami po piwie tuż przed moim nosem. Podnoszę na niego wzrok znad notatnika, w którym bazgrałam bez namysłu od dłuższej chwili. Patrzę na niego pytająco, a on unosi brew, obrzucając mnie badawczym spojrzeniem.
-Coś ty taka zamyślona dzisiaj? Trzy razy cię wołałem. Przy 15 Becka rozlała piwo i trzeba to sprzątnąć- mówi, a ja wzdycham ciężko. Ta Becky doprowadza mnie do szału. Ostatnio nie robię nic innego tylko sprzątam po tej tlenionej blond główce i wielkim tyłku, którym wymachuje na prawo i lewo.
-Przepraszam. Już się za to biorę- mamroczę i idę za zaplecze po mop i wiadro. Gdy wracam, Tony wciąż stoi przy barze, wpatrzony w mój notatnik, który tam zostawiłam.
-Całkiem fajne. Co to?- pyta, wskazując na drobne rysunki, które błąkały się po mojej głowie od jakiego czasu. Mój wzrok pada na kartkę notatnika i dopiero wtedy zdaję sobie sprawę na co patrzę. Para jaskółek, liści laurowych, wielki motyl, statek, klatka i wiele innych tatuaży Harrego zajmuje całą karteczkę. Przełykam ślinę i zgarniam notatnik do kieszeni fartuszka, gdzie jego miejsce.
-Nic takiego- dukam i uciekam, zanim chłopak zdąży zadać kolejne pytanie.

***

Padam wykończona na stołek barowy, gdy Liam przeciera ladę. Odgarniam z twarzy pojedyncze kosmyki, które wymknęły się z wysokiej kitki i nalewam sobie szklankę wody, sięgając za ladę. Liam obserwuje mnie w milczeniu, uśmiechając się lekko. Odwzajemniam gest, odkładając szklankę na ladę, a on staje naprzeciw mnie, wspierając silne, wytatuowane ramiona na blacie. Unoszę brwi w niemym pytaniu, gdy jego brązowe oczy prześwietlają mnie na wylot. Jednak, gdy chłopak nic nie mówi, zaczynam się trochę irytować.
-Co się tak gapisz?- pytam niezbyt miło. Pewnie powinnam zwracać się do niego w inny sposób, zważając choćby na to, że jest moim szefem, a jego ojciec jest właścicielem baru i w ogóle. Pewnie tak, ale jakoś nie mogę się na to zdobyć. Poza tym, Liam nigdy tego od nas nie wymagał. Jest tylko parę lat starszy ode mnie i jest serio miłym gościem. Chłopak uśmiecha się nieznacznie na mój gburowaty ton.
-Zastanawiam się.
-To ty to potrafisz? Jestem pełna podziwu- droczę się, a Liam uśmiecha się i wywraca oczami. Posyłam mu kpiący uśmiech znad szklanki. Zawsze był przystojny i w ogóle, ale odkąd zapuścił tę brodę, stał się super męski i mam wrażenie, że nie może odpędzić się od kobiet. Razem z jego mięśniami, tymi tatuażami, błyszczącymi, brązowymi włosami, które zawsze zaczesuje do góry w fajny sposób i jego głębokim głosem tworzy mieszankę, której żadna nie może się oprzeć, niezależnie od wieku. Często walą do baru drzwiami i oknami, a gdy Liam jest za barem, nie nadąża za rozlewaniem drinków i woła kogoś do pomocy. Przy tej jego całej atrakcyjności nie jest ani trochę pyszałkowaty, wręcz przeciwnie, jest skromny i mam wrażenie, że fakt, że podoba się tylu kobietom wprawia go w lekkie zakłopotanie. Uroczy z niego facet.
-Bardzo zabawne, Jack- prycha, a ja posyłam mu spojrzenie, mówiące „wiem o tym”. –Zastanawiam się gdzie jest ten chłopak, który ostatnio cię odwoził z pracy. Ant nie może przestać gadać o jego samochodzie- mówi, a ja zaczynam krztusić się wodą. Chwilę zajmuje mi uspokojenie się, a spojrzenie Liama staje się zaniepokojone, gdy patrzy na moją czerwoną twarz. Chrząkam, wbijając wzrok w pustą szklankę.
-Cóż, Tony pewnie już nie zobaczy jego auta- mruczę pod nosem, czując jak pytające spojrzenie chłopaka spoczywa na mnie. Przybieram kamienny wyraz twarzy i unoszę na niego wzrok. –Choć faktycznie, niezły ten jego mustang.
-Jack, czy coś się…
-Skąd- przerywam mu, kręcąc głową i uśmiechając się lekko. –To był tylko znajomy. Nic poważnego- zapewniam, a Liam marszczy brwi, niedowierzając. Wzdycham ciężko. –Serio, nic mi nie jest mamusiu- powtarzam, dając nacisk na ostatnie słowo, a chłopak wywraca oczami.
-Jesteś okropna- stwierdza, gdy zeskakuję ze stołka. Śmieję się, idąc na zaplecze. W progu odwracam się do niego z szerokim uśmiechem.
-I właśnie za to mnie kochasz- mrugam mu, gdy kręci głową z uśmiechem i znikam za drzwiami. Tylko znajomy. Tak, tak właśnie było. Harry był dla mnie tylko znajomym. Nikim więcej. Nigdy nie był i nigdy nie będzie nikim więcej. Wciąż powtarzam to jak mantrę, gdy się przebieram i wsiadam do Rakiety. Bo to przecież prawda.
Prawda?

***

Gdy wchodzę do pokoju, Effie już śpi, rozwalona na swoim łóżku. Otwarta książka leży na jej brzuchu, puste opakowanie po ciasteczkach wciąż ściska w dłoni, a telefon wibruje co jakiś czas na poduszce. Pewnie Niall wysyła jej słodkie wiadomości na dobranoc jak to ma w zwyczaju. Uśmiecham się nieznacznie, sprzątam bałagan z jej łóżka i nakrywam ją kocem. Dziewczyna wierci się i mamrocze coś przez sen. Wygląda tak niewinnie. Nikt by nawet nie pomyślał, że potrafi być taką jędzą. A tu proszę, pozory mylą. Ciekawe jak zareaguje, gdy przedstawię jej kolejnego kandydata, który dostąpi tego zaszczytu rozdziewiczenia Jack Black. Pewnie będzie wściekła i czerwone plamy zaczną pojawiać się na jej bladej twarzy i szyi. Parskam śmiechem, wyobrażając sobie ten widok. Nie wiedzieć czemu, zawsze od razu dyskwalifikuje wszystkich nowo poznanych przeze mnie facetów, jakby miała do nich jakiś wstręt. Jedynymi wyjątkami byli Liam, choć jeszcze nigdy nie spotkała go na żywo i Niall, w którym bardzo szybko się zakochała i teraz lata za nim jak jakaś wariatka. Gdyby tylko poznała Harrego od tej strony, od której ja go znam, jestem pewna, że by go polubiła. Jest zupełnym przeciwieństwem tego, jak wszyscy wokół go opisują. Jest tak miły i uroczy, że nawet Effie musiałaby się do niego przekonać. Ale już raczej nie będzie miała do tego okazji.
Biorę swoją piżamę i kosmetyczkę i wychodzę na korytarz, nie mogąc pojąc uczucia żalu, rosnącego w mojej piersi.

13 czerwca 2017

9.


         Kurwa. Jebany Harry. Przez tego idiotę nie zmrużyłam w nocy oka, sama kurwa nie wiem dlaczego i teraz zasypiam na stojąco. Jakbym ostatnio nie była wystarczająco rozkojarzona. Zajebiście. Tak nie może być, to wszystko jest jakieś chore.
Dlaczego, kurwa, dlaczego, gdy tylko zamknę oczy widzę jak ten gnojek się do mnie nachyla? Z tymi różowymi ustami i świecącymi oczami? Z tą mocno zarysowaną szczęką i dołeczkami w policzkach? Z tymi kręconymi ciemnymi włosami? Z całą tą jego cholerną atrakcyjnością kurwa mać? Pytam: dlaczego?
-Jack, żyjesz ty w ogóle? Gapisz się w tę ścianę od dobrych kilku minut- zauważa Niall, szturchając mnie w ramię długopisem. Mrugam kilkakrotnie, marszcząc brwi. Kurwa. Patrzę na niego, jak na skończonego idiotę, którym bez dwóch zdań jest i chrząkam, by rozgrzać nieużywane od dłuższego czasu gardło.
-Tak, kurwa, żyję- warczę i wyrywam mu długopis z ręki. Chłopak patrzy na mnie, unosząc brew. Z tą jego uroczą buźką i miną niewiniątka mógłby wyglądać jak aniołek, gdyby nie te wszystkie tatuaże na jego ciele. –I nie, nie oddam ci mojej kanapki z szynką- dodaję, przysuwając do siebie pojemnik z jedzeniem. Horan patrzy za nim tęsknym wzrokiem, ale nie mówi ani słowa, gdy gryzie wafla ryżowego od Izzy. Tak się składa, że nie miała akurat nic lepszego, a jego własna dziewczyna gdzieś się zapodziała i nie miał kto go wesprzeć męską kanapką z męskim kawałem mięcha. Biedaczek.
-Gdy jem te wafle i popijam je wodą jest zupełnie tak, jakbym jadła karton i popijała go… wodą- stwierdza blondynka, patrząc w zamyśleniu na ryżowy krążek w jej ręce i machając nogą pod stołem. Czytała właśnie jakiś artykuł na wykłady, zaznaczając ważniejsze fragmenty różowym flamastrem. Parskamy z Niallem śmiechem, a Izzy wzrusza ramionami i bierze kolejny kęs.
-Przecież to zupełnie bez sensu. Po co jeść coś, co nie ma w ogóle smaku?- pyta chłopak, ze zmarszczonymi brwiami studiując opakowanie wafli. Wywracam oczami i podsuwam mu swoją kanapkę. Ten najpierw na nią patrzy, potem zerka na mnie, a szeroki uśmiech pogłębia się na jego ustach z każdą chwilą. Jednak nie rusza jedzenia, czekając na moje potwierdzenie. Wzdycham i kiwam głową, a on rzuca się na nią jakby nie jadł niczego od wieków. Kręcę głową i sięgam po niedojedzonego wafla chłopaka. Jak karton. Kurwa.
Właśnie kończę czytać kolejny fragment o najpopularniejszych zaburzeniach mózgu, gdy Niall przyciąga całą moją uwagę.
-Nie widziałem rano Rakiety na parkingu. Zaparkowałaś gdzieś indziej?- pyta od niechcenia, nawet nie patrząc na mnie znad swojej gitary, którą od dłuższej chwili stroił w skupieniu. Prawie krztuszę się tym cholernym waflem na jego słowa i czuję jak dłonie zaczynają im się pocić. Kurwa. Harry. Nic im nie mówiłam. Oni myślą, że ostatni raz widziałam go, gdy mnie odwoził po imprezie. Nie mówiłam im, że potem wpadałam na niego dosłownie na każdym  kroku. I, że się z nim całowałam… Nie było jakoś okazji. A coś mi mówi, że nie ucieszyłaby ich wzmianka o Harrym. Wciąż mają go za takiego chuja, za jakiego wszyscy go uważają.
-Ta. Została pod barem- mówię, wbijając wzrok w czarny druczek w książce. Nie mogę się jednak skupić na tym, co czytam. Kątem oka widzę, jak Horan podnosi na mnie wzrok zad swojej ukochanej Susanne.
-Serio? Dlaczego?
-Nie chciała odpalić. Pewnie akumulator wysiadł z tego zimna- kłamię, dziękując w duchu za tę zdolność i patrząc na chłopaka z lekkim grymasem na twarzy. Mierzy mnie przez chwilę uważnym wzrokiem, ale po chwili kiwa głową, jakby potwierdziły się jego przypuszczenia i wraca do brzdękania na gitarze. Wypuszczam powietrze z płuc, gdy poprawiam okulary na nosie.
-To jak wróciłaś wczoraj z pracy?- jego głos przeszywa mnie jak miecz, a ja czuję ciarki ślizgające się wzdłuż mojego kręgosłupa. Cholera. Patrzę na niego, przybierając neutralny wyraz twarzy i wzruszam nonszalancko ramionami, uważając, by z tym nie przesadzić. Czuję na sobie też ciekawski wzrok Izzy, która zwietrzyła coś interesującego swoim dziennikarskim nochalem. Cholerne hieny.
-Kolega mnie podwiózł- tłumaczę, skupiając się, by zachować luźną pozę. Gdy tylko zobaczą, że się cała spinam, od razu załapią, że coś jest nie tak. Niebieskie spojrzenie obu moich przyjaciół prześlizguje się po mnie, skanując jak jakiś pierdolony skaner, a gdy nie zauważają nic podejrzanego, wracają do swoich wcześniejszych zajęć.
-Miło z jego strony- kończy Horan, a ja przygryzam wargę i zgadzam się z nim słabym kiwnięciem głowy. Dobrze, że Effie gdzieś chwilowo przepadła. Jeszcze jej podejrzliwego spojrzenia tu brakowało.
Jak na potwierdzenie moich myśli, jej ruda główka miga mi w końcu korytarza i po chwili siada naprzeciwko swojego chłopaka, kładąc na stole kilka grubych książek. Niall wita ją pocałunkiem w policzek, a ona nie może się powstrzymać od szerokiego uśmiechu. Wywracam oczami na ich czułości, ponownie skupiając się na czytanym tekście. Do czasu.
-Nie uwierzycie czego się właśnie dowiedziałam- mówi Effie, czym przyciąga całkowitą uwagę Izzy. To jedno z jej ulubionych zdań. –Szłam do biblioteki, by wypożyczyć te książki do referatu o psychozie, gdy zaczepiła mnie Megan Finley- zaraz, jaki referat?
-Megan Finley? Ta z filologii angielskiej z tym babcinym kokiem i ciuchami jak u seksownej nauczycielki?- wtrąca blondynka, a ja marszczę brwi. Ah, Megan.
-Tak, to ta- przytakuje ruda, a jej chłopak ma minę jakby usilnie próbował skojarzyć tę seksowną nauczycielkę z babcinym kokiem. –Zdziwiłam się, gdy mnie zaczepiła, bo nigdy z nią nie rozmawiałam oprócz tych paru razy, gdy musiałam coś załatwić w sekretariacie- podejmuje opowieść, a ja starałam się skupić na tekście przed moimi oczami. Jednak coś w głosie Effie mi na to nie pozwala. Megan miała jakieś dziwne układy z sekretarkami i przesiadywała u nich, popijając kawkę i pomagając segregować studenckie akta. Dzięki czemu miała bezpośredni dostęp do potencjalnie największego źródła najgorętszych plotek na całym kampusie. Trzeba przyznać, że wiedziała jak się w życiu ustawić. –Ale to jeszcze nic w porównaniu z moim zdziwieniem, gdy zapytała mnie o Jack- woda w moich ustach o mały włos wylądowała na otwartej książce i moich notatkach, jednak w porę zdążyłam się obrócić i oplułam tylko Nialla i jego gitarę. Chłopak patrzy na mnie z wyrzutem i zaczyna gorliwie rękawem koszuli ścierać kropelki z Susanne. Faceci i ich gitary.
-Co?- parskam, ocierając brodę, a błyszczące spojrzenie Izzy wędruje od Effie do mnie, coraz bardziej podniecone. Czuje, że zbliża się sensacja. Ruda spogląda na mnie i krzyżuje ramiona pod biustem, unosząc wypielęgnowaną brew. Nagle czuję irracjonalny niepokój, zupełnie jakby ten rudy kurdupel mógł mnie zastraszyć.
-Pytała od jak dawna spotykasz się z Harrym Stylesem, bo widziała was razem kilkakrotnie po zajęciach i przysięgała mi na królową, że widziała jak wczoraj w nocy obściskiwaliście się na parkingu pod akademikiem- jej słowa robią na mnie takie wrażenie, że przez chwilę milczę, nie mogąc znaleźć żadnych sensownych kontrargumentów. Nawet Niall przestał na chwilę polerować swoją piękność i spojrzał na mnie zaciekawiony. Izzy wygląda jakby dzisiaj było Boże Narodzenie, a ona znalazła pod choinką wymarzony prezent.
-Niech ona lepiej zostawi królową w spokoju- fukam w końcu, marszcząc brwi. –Poza tym, dobrze wiesz, że to plotkara. Mogła to wszystko zmyślić- mówię, unosząc okulary na głowę, by zwiększyć siłę mojego spojrzenia. Effie nie ugina się, nie wierząc mi. Kurwa.
-Też tak myślałam, ale wtedy pokazała mi TO- nagle jej mała rączka wystrzeliwuje w moim kierunku, podtykając pod nos telefon z jakimś zdjęciem. Mrugam kilkakrotnie, rozpoznając Harrego i mnie podczas spaceru po poniedziałkowych zajęciach z literatury. Z całych sił staram się nie pokazać, jak bardzo mnie tym zdziwiła. Skupiam się na zdjęciu i unoszę brew, patrząc na nią. Izzy od razu sięga po jej telefon i aż wydaje ciche „oooch!”, oglądając zdjęcie. Horan zaczyna grać ten cholerny motyw ze Szczęk, a ja mam ogromną ochotę palnąć go w łeb tą jego durną gitarą.
-To zdjęcie jest niewyraźne i zrobione od tyłu. Równie dobrze może to być jakakolwiek dziewczyna z ciemnymi włosami- bronię się, ale twarz Effie nie zmienia zaciętego wyrazu. Co znaczy, że ma jeszcze jednego asa w rękawie. Co znaczy, że mam przejebane. Cholera.
-Dokładnie. Ale jest też drugie- pokazuje mi je, a ja marszczę brwi, niepewna, czego się spodziewać. Od poprzedniego różni się tylko tym, że fioletowa czapka była na mojej głowie, a nie na Harrego.
-Więc?- pytam, a Izzy aż się rozpływa, nie mogąc się doczekać kolejnych słów rudej. Z nią jest coś serio nie tak. Effie uśmiecha się krzywo i wskazuje na moją kurtkę, leżącą na ławce obok mnie.
-Co chowasz w kieszeni kurtki?- już wiem, że przegrałam, gdy triumfalny uśmiech zakwitł na jej piegowatej twarzy. Kurwa mać. Ściskam dłonie w pięści, starając się zachować resztki dumy, jakie mi jeszcze pozostały.
-Rękawiczki- odpowiadam, czując jak moje spojrzenie robi się coraz bardziej mordercze z każdym przyspieszonym uderzeniem serca w piersi, wydając mnie przy tym tej rudej lwicy na pożarcie.
-A w drugiej?- kurwa. Kurwa. Kurwa. Przestaję udawać i patrzę na nią wściekle, zanim wyciągam fioletową czapkę z kieszeni i rzucam ją na stół. Izzy wciąga głośno powietrze, patrząc na nią jakby była jakąś pieprzoną odciętą kończyną, a Niall marszczy brwi, patrząc wolno to na mnie, to na swoją dziewczynę, która z każdą chwilą robi się coraz bardziej wkurzona. –Od kiedy nosisz czapki, Jack?- pyta, chcąc bym w końcu się przyznała, ale nie daję jej tej przyjemności. Gromię ją spojrzeniem, milcząc. –Odkąd Harry Styles ci jedną dał?
-Nosz kurwa, tak! Dał mi tę jebaną czapkę i widziałam się z nim jeszcze parę razy od tej cholernej imprezy, ale to nie jest wasz zasrany interes! A tym bardziej tej pierdolonej Megan Finley!- warczę, podrywając się na nogi tak gwałtownie, że blondynka prawie rozlała swoją wodę na notatki. –Jestem dorosła i mogę robić to, na co tylko mam ochotę i nie możecie mi tego zabronić!- podnoszę głos, głośno zamykając książkę i zbierając swoje rzeczy, porozrzucane po stole. Kątem oka dostrzegam, jak Horan łapie za rękę swoją dziewczynę, by również nie wstała i nie zaczęła się wydzierać. Jeszcze tego kurwa brakowało. Posyłam jej ostatnie wściekłe spojrzenie i odchodzę, ale zatrzymuję się wpół kroku, oglądając na nich. –I tak, obściskiwałam się z nim wczoraj w nocy na parkingu. Jest w tym tak kurewsko dobry, że chętnie zrobię to jeszcze raz!- rzucam i widząc jak Effie rozszerza oczy i wciąga powietrze przez nos, ruszam przed siebie, ignorując pytające spojrzenia innych studentów.

***

Jebana Megan Finley i jej ploteczki. Czy ona musi być tak kurewsko wścibska? Musiała o tym mówić Effie? No kurwa musiała? Kto normalny robi obcym ludziom zdjęcia bez ich wiedzy? Przecież to jakieś popierdolone! Ona jest popierdolona! Z wściekłością przerzucam kolejne strony książki, starając się znaleźć fragment, na którym skończyłam, ale nie mogę się skupić przez myśli, kołatające mi się wściekle po głowie. Ja pierdolę.
W końcu zamykam ją z irytacją i mam ogromną ochotę czymś rzucić, ale wzdycham, gdy niczego takiego nie znajduję. Opatulam się ciaśniej szalikiem, gdy zimny wiatr zwiewa włosy z mojej twarzy. Wilgotna ziemia mrozi mi tyłek, ale nie mogłam znaleźć lepszego miejsca, gdzie miałabym spokój od tych wszystkich cholernych spojrzeń. Nie mogę sobie być po prostu kurewsko wściekła?! Już mam wciągnąć czapkę na głowę, gdy się zatrzymuję i z grymasem chowam ją do kieszeni.
-Kurwa- warczę, wciskając skostniałe palce pod pachy i mocniej przywierając plecami do zimnej kory starego dębu. –Ja pierdole- zaczynam drżeć, ale nie mam najmniejszego zamiaru wracać do środka. Nie chcę teraz natknąć się na Effie. Albo na tę sukę Megan Finley. Nie chciałabym znaleźć się w jej skórze, gdy na nią wpadnę. Może i Ant miał trochę racji, twierdząc, że jestem dość agresywna, ale pierdolić Anta i jego durne mądrości. Jestem cholernie wkurwiona. –Jebana suka!
-Przez chwilę byłem skłonny uwierzyć, że trafiłem na wyjątkowo wulgarne drzewo- podnoszę zaskoczona głowę, słysząc obok czyjś znajomy głos. Myślałam, że będę tu sama, ale jak się okazuje, ostatnio myślenie nie wychodzi mi kurwa za dobrze. Zza grubego pnia wyłania się szczupły chłopak z zaczesanymi pod górę brązowymi włosami i radosnymi, niebieskimi oczami. Jego uśmiech nadaje mu coś z małego chłopca i mimo zarostu wydaje się młody. Marszczę brwi, nagle go rozpoznając. –Ulżyło mi, gdy okazało się, że to ty. Zaczynałem się już zastanawiać, czy na ostatniej imprezie nie przedawkowałem trochę z ziołem- chichocze, przez co jeszcze bardziej wygląda jak chłopiec. Louis, kumpel Harrego, który przyszedł wtedy z nim do baru. I, który rozgadał wszystkim gdzie pracuję. Gnojek. Patrzę na niego wściekle, a on momentalnie zmienia wyraz twarzy, dostrzegając mój wzrok. –Coś nie teges?- pyta niepewnie, gdy wstaję z ziemi, zaciskając dłonie w pięści. Jest ostrożny i w każdej chwili gotowy do ucieczki, nie pewien czego się po mnie spodziewać.
-Coś nie teges? Coś nie teges?! Oczywiście, że coś nie teges!- nagle podnoszę głos, a chłopak aż się jeży, zupełnie zaskoczony. Pewnie nie rozważał możliwości, że najzwyczajniej w świecie zacznę się na niego wydzierać. Choć faktycznie, trzeba przyznać, że to raczej dość niespotykane, by nowopoznana dziewczyna wydzierała się na ciebie z jakiegoś nieznanego powodu. Tyle, że mój powód nie był nieznany. Był kurewsko znany. Znany na całym jebanym kampusie. –Rozgadałeś wszystkim gdzie pracuję i teraz nawet kurwa w barze muszę użerać się z tymi napalonymi półgłówkami z kampusu!- warczę, wytykając go palcem, a on otwiera lekko usta, rozglądając się na boki, jakby szukał pomocy. Ale nikogo kurwa nie znajdzie, bo jesteśmy na kompletnym zadupiu. –To było jedyne miejsce, gdzie mogłam odpocząć od tych wszystkich seksistowskich, dwuznacznych komentarzy, a przez ciebie straciłam nawet to!
-Ale ja nie wiedziałem, ja nie chciałem, ja…
-Jesteś skończonym kretynem Tomlinson!- przerywam mu, podchodząc jeszcze bliżej, a on garbi się nieznacznie pod siłą mojego spojrzenia. –Mam ochotę cię… Cholera! Jesteś idiotą!- sapię, unosząc i opuszczając ściśniętą pięść, a Louis śledzi ją uważnym spojrzeniem, unosząc ręce w obronnym geście. –Co za gówno- warczę i z frustracją kopię kamyk leżący w trawie. Chłopak milczy przez chwilę, starając się ocenić sytuację. Gdy nie odzywam się już od jakiegoś czasu, sapiąc cicho i wlepiając wściekłe spojrzenie w pień dębu, decyduje się zabrać głos.
-Nie przeczę, że jestem idiotą- jego ton jest dziwnie cichy i spokojny, jakby mówił do dzikiego zwierza. Chociaż w sumie, nie pomylił się za bardzo. –I naprawdę nie chciałem nikomu o tym mówić, bo to nie mój interes, ale gdy tylko chłopacy zaczęli twój temat, jakoś samo tak mi się wymsknęło i tak wyszło- podnoszę na niego mordercze spojrzenie, a on uśmiecha się ostrożnie, jakby naprawdę było mu przykro. –Przepraszam, że przeze mnie musisz się z tym męczyć w pracy. Nie myślałem, że zaraz tam polecą i zaczną cię zaczepiać- z jego niemal szarych oczu bije taka skrucha, że mimowolnie czuję jak mięknę. Wzdycham i zakładam włosy za ucho. Jestem za dobra. Podnoszę na niego wzrok i widzę lekką ulgę na jego twarzy, gdy wściekłość znika z moich oczu.
-Jakoś przeżyję- mamroczę, wzruszając ramionami, a on uśmiecha się lekko i jego oczy znowu błyszczą jak u małego chłopca. Bez dwóch zdań wygląda na takiego, który uśmiechając się jak aniołek, za plecami robi potworne żarty innym.
-Był taki moment, że myślałem, że mnie uderzysz- wyznaje, a ja patrzę na niego, marszczę zirytowana brwi i ponownie wbijam spojrzenie w czubek trampka, którym ryłam w ziemi. Nie przeczę, że naprawdę chciałam to zrobić, ale bez przesady no. Nie jestem jakąś zabijaką.
-Nie lubię przemocy. Jest cholernie głupia. Nie używam jej i nie potrzebuję- mówię, a słysząc jego śmiech, patrzę na niego zaskoczona.
-Faktycznie. Wystarczy, że spojrzysz na ludzi tym swoim morderczym spojrzeniem i pewnie uciekają przed tobą gdzie pieprz rośnie- mrugam kilkakrotnie i nie mogę nic poradzić na lekki uśmiech pojawiający się na mojej twarzy. Chłopak ma rację.

***

Gdy przed szesnastą siedzę na parkingu, skulona na drewnianej ławeczce, czekając na Harrego, po raz kolejny klnę w duchu na tę cholerną pogodę. Parę dni temu było pięknie i ciepło, a potem jakby temperatura spadła gwałtownie o kilka stopni, żartując sobie z mojego wstrętu do zimowej kurtki. Czy wszyscy zawsze muszą być przeciwko mnie, nawet pogoda? Cholernie cudownie.
Szczęka zaczyna mi gwałtownie drżeć, więc poprawiam czapkę i chowam zmarznięte dłonie w kieszenie kurtki. W brzuchu burczy mi cicho, co tylko zwiększa moją irytację. Nie miałam nic w ustach od tych durnych wafli ryżowych parę godzin temu. Nie mam najmniejszej ochoty wracać do akademika, gdzie najprawdopodobniej natknęłabym się na Nialla, Izzy albo, co gorsza, Effie. A na łażenie po restauracjach albo fast foodach nie mam kasy. Cholera, mogłam nie kupować tych nowych książek w zeszłym tygodniu. Pewnie teraz miałabym pieniądze na jedzenie… Ale kurwa było warto.
Dostrzegam czarnego mustanga shelby z 67, gdy tylko wjeżdża na parking. Nie żeby to było jakoś specjalnie trudne. To cacko wyraźnie rzuca się w oczy na tle starych samochodów biednych studentów. Wsiadam do niego zanim Harry zdąży się choćby ruszyć, by otworzyć mi drzwi. Chłopak marszczy lekko brwi, ale uśmiecha się szeroko, a ja od razu czuję się jakoś lepiej. No ja pierdole.
-Cześć Jackie- wita mnie, ponownie używając tego zdrobnienia i przewiercając spojrzeniem błyszczących zielonych oczu, a ja jestem świadoma jak jeszcze nigdy moich zaczerwienionych policzków, czerwonego nochala jak u starego pijaka i załzawionych oczu od tego cholernego wiatru. Podczas, gdy ja wyglądam jak gówno, on prezentuje się cholernie gorąco. Biały T-shirt i rozpięta koszula w czerwoną kratę wystają spod brązowej kurtki z wełnianym kołnierzem. Włosy wydają się ciemniejsze w promykach zachodzącego słońca, a pierścienie błyszczą na jego długich palcach. Mrugam szybko, uśmiechając się krzywo pod nosem.
-Cześć Harry- zanim zdążę się zorientować, Harry nachyla się do mnie i szybko całuje w zimny policzek, który pod dotykiem jego ust, zaczyna się robić gorący. Cholera. Co jest ze mną nie tak?
-Myślałem o tobie- mówi, a ja prawie wykrzykuję, że ja o nim też. Co. Jest. Kurwa. Grane. –I o naszym wczorajszym pocałunku- dodaje ciszej, jego głos staje się niższy, a oczy ciemniejsze. Co ty wyrabiasz Styles? –Mam wrażenie, że tobie też się to podobało- zdecydowanie zmniejsza i tak już niewielką przestrzeń między nami, a wnętrze samochodu nagle mnie przytłacza. Czemu tu tak kurwa ciasno?
-Cóż, zdecydowanie było w tym coś… interesującego- przytakuję, a on marszczy lekko brwi. –Moglibyśmy już jechać? Nie chcę się znowu spóźnić- mamroczę, unikając jego wzroku, a on po chwili gapienia się na mnie w ciszy, zapala silnik.

***

-Dziękuję za podwózkę. Znowu. Naprawdę doceniam wszystko, co dla mnie zrobiłeś i jestem ci za to bardzo wdzięczna- mówię, odpinając pas i posyłając mu lekki uśmiech. Harry patrzy przed siebie ze zmarszczonymi brwiami, bębniąc palcami w kierownicę.
-Dlaczego to brzmi jak pożegnanie?- pyta nagle szorstkim tonem, a ja unoszę brwi, zdziwiona tak nagłą zmianą jego zachowania. Przez całą drogę co prawda milczał, zerkając na mnie co jakiś czas, jakby myślał nad czymś intensywnie. Ale teraz wyglądał na zdenerwowanego.
-Co? Chciałam ci tylko podziękować…
-Zachowujesz się, jakbyś nie miała zamiaru się ze mną widywać nigdy więcej- przerywa mi i tym razem to ja marszczę brwi, zirytowana jego dziwnym zachowaniem. Zaciska mocno szczękę, a ja besztam się za podziwianie jego urody. To nie jest na to najlepszy czas, idiotko.
-Słuchaj, muszę iść do pracy. Nie mam teraz czasu ani ochoty na bezsensowne sprzeczki z praktycznie obcym facetem- mówię i już wiem, że trafiłam w czuły punkt, gdy wciąga głośno powietrze, wreszcie na mnie patrząc. Jego zazwyczaj jasne oczy pociemniały, zaszyte mgiełką gniewu, a ciemne brwi spoczęły nisko nad nimi, tworząc dość mocne połączenie. Jakim cudem ktoś, kto potrafi się tak uroczo uśmiechać i chichotać może wyglądać tak groźnie?
-Jestem dla ciebie obcy?- pyta i nie daje mi odpowiedzieć, gdy kontynuuje, przyszpilając mnie tym cholernym spojrzeniem do fotela, który nagle stał się dziwnie zimny. –No tak. Przecież to zupełnie w twoim stylu: flirtowanie i obściskiwanie się z obcymi facetami. W końcu jesteś tą sławną Jack Black. Jak mogłem o tym zapomnieć- mówi, a każde jego słowo sprawia mi ból. Jestem tym tak bardzo zaskoczona, że nie jestem w stanie nic powiedzieć. Ale tylko przez chwilę. Rzucam mu pogardliwe spojrzenie i unoszę jedną brew.
-No właśnie. Jack Black nie ma serca- jeszcze chyba nigdy powiedzenie tych słów nie było dla mnie tak trudne. Harry zaciska pięści na kierownicy, aż bieleją mu kłykcie i wbija wzrok przed siebie, tak, że mogę doskonale zobaczyć jak przełyka ślinę.
-Bywaj Black.
-Żegnam Styles- kilka sekund po tych słowach idę do baru nie oglądając się za siebie. Przez chwilę nic nie słyszę, a potem ogłuszający ryk silnika i pisk opon przeszywa uliczkę, gdy Harry agresywnie włącza się do ruchu. Unoszę głowę i prostuję ramiona, chcąc dodać sobie trochę siły, bo nagle zrobiłam się dziwnie słaba.

***

Ciągłe spojrzenia Anta i dwuznaczne uśmieszki w moim kierunku doprowadzają mnie do szału i mam ochotę czymś w niego rzucić. Dzisiejszy dzień był wystarczająco męczący bez niego. Już nie pamiętam kiedy ostatni raz tyle się wydzierałam. Chyba pobiłam swój rekord. Jednak, gdy myślę, że nie może wkurzyć mnie jeszcze bardziej, podchodzi do mnie, gdy wycieram blat stołu w rogu sali.
-Jak tam twój chłoptaś? Widziałem, że ktoś cię podwiózł. To on prawda? Niezły ten jego mustang. Myślisz, że dałby mi się nim przejechać?- czuję jak dosłownie każdy mięsień w moim ciele napina się na jego słowa. Nosz cholera jasna, ile można?
Odwracam się do niego z wściekłą miną i rzucam w niego mokrą szmatką. Łapie ją w ostatniej chwili, zanim uderzy go w twarz i wytrzeszcza na mnie oczy. Pewnie myślał raczej, że każę mu spadać i z błogim uśmiechem rozpłynę się w myślach o Harrym. Ale to nie ja. To kurwa nie w moim stylu.
-TO NIE JEST MÓJ CHŁOPTAŚ!- warczę, a on aż się cofa. Jego broda prawie dotyka ziemi, gdy wymijam go i energicznym krokiem przemierzam salę, zostawiając go samego z tą durną miną i cholerną szmatką.

***

Okej Jack, ogarnij się. Przecież to nie pierwszy raz, gdy zostawiasz faceta po obiecującym początku. Zresztą, ile już miałaś tych początków? Nie sposób zliczyć. Robiłaś to tyle razy, że nabrałaś wprawy.
Jednak tym razem było inaczej. Coś nie tak. Nie mogę wyrzucić z głowy jego zranionych słów, zaciśniętej szczęki i gniewnych oczu. Może to dlatego, że nikt nigdy mnie jeszcze tak nie pociągał. Ale w końcu to Harry Styles, to normalne, że podoba się kobietom. Chcąc, nie chcąc, uległam jego atrakcyjności jak ta ostatnia idiotka, ale spokojnie, przejdzie mi jak tylko znajdę inny obiekt pożądania. A skoro już o tym mowa, Effie i reszta powinni być zadowoleni, że nie straciłam dziewictwa z Harrym. W końcu tak bardzo go nie znoszą. Teraz  muszę znaleźć do tego kogoś innego. Zajebiście.
Rakieta mruczy jak stary kocur, gdy parkuję na starym miejscu przed akademikiem. Zbieram swoje rzeczy i wysiadam, mocno trzaskając drzwiami, by je domknąć. Gdy przekręcam klucz w zamku, przez głowę przemyka mi pewna myśl. Może Megan Finley widziała też jak pokłóciłam się z Harrym i już rozgaduje to wszystkim, którzy chcą słuchać? Wcale by mnie to nie zdziwiło. Przynajmniej wszelkie plotki co do mojego wątpliwego romansu z Harrym zostaną w końcu rozwiane. Widziano nas kilka razy w swoim towarzystwie i cały kampus zbzikował. Bo oto dwóch największych podrywaczy na całej uczelni skończyło wreszcie razem. To śmieszne, że ktoś mógłby pomyśleć, że byłabym zdolna do normalnego związku. Harry pewnie dałby z tym radę, już niejednokrotnie bawił się w związki i randkowanie, ale nie ja. Nie kręcą mnie te gówna i nie mam zamiaru marnować na nie czasu. Faceci widzą mnie tylko, gdy im na to pozwalam. Zawsze mam całkowitą kontrolę nad wszystkim i nigdy nie pozwolę wejść sobie na głowę i nie zgodzę się na żaden cholerny związek. Nie jestem idiotką. Nie potrzebuję faceta, by przeżyć. Doskonale radzę sobie sama. Oni przydają się tylko czasem, gdy jestem znudzona i potrzebuję rozrywki.

7 czerwca 2017

8.


         Ostatnia godzina pracy ciągnie się w nieskończoność, gdy wycieram szklanki i kufle za barem. Z tego miejsca mam doskonały widok na całą knajpę. Nie zostało wiele klientów. Jedynie w głębi sali zajęte są dwa boksy, jakiś samotny koleś przy barze, na prawo ode mnie, popija smętnie swojego drinka, no i jest jeszcze on. Harry siedzi w boksie pod oknem, obracając szklankę z wodą w dużych dłoniach i śledząc każdy mój ruch z lekkim uśmiechem, odkąd wróciliśmy do środka. Zamówił jedynie wodę i siedzi tak od jakiś dwóch godzin. Mówiłam mu żeby wracał, ale on się upierał, twierdząc, że poczeka aż skończę. Idiota.
Zerkam na niego ukradkiem, a napotykając jego spojrzenie, uśmiecham się pod nosem. Jest tak na mnie skupiony, że nie zauważyłby nawet, gdyby ktoś się do niego przysiadł i zaczął coś mówić. Przygryzam wargę, patrząc na kufel, który poleruję już od dobrych pięciu minut.
-Gapicie się na siebie maślanym wzrokiem jak jakaś para nastolatków- mówi Tony, z głupim uśmiechem stając obok. Opiera się plecami o ladę, krzyżując ręce na piersi. Dureń.
-Zamknij się Ant- rzucam, nie podnosząc na niego wzroku. Chłopak się śmieje i zostawia mnie samą. No, nie całkiem samą. Czuję na sobie ciężar jego spojrzenia, gdy Liam kładzie mi wytatuowaną dłoń na ramieniu. Podnoszę na niego wzrok, unosząc nieznacznie brwi.
-Możesz już iść. I tak niedługo zamykam- oznajmia, a ja nie mogę ukryć szerokiego uśmiechu, gdy odkładam kufel i ręcznik na miejsce. –Ten biedak nie musi już dłużej na ciebie czekać- dodaje, wskazując głową na Harrego, a ja patrzę na niego zdumiona. Zerkam na Stylesa, a potem wracam wzrokiem do Liama, który śmieje się, widząc moje zaskoczenie. –No leć- popycha mnie lekko, gdy wciąż stoję zbaraniała.
-Dzięki- mówię w końcu, szczerząc się do niego i biegnę na zaplecze. Przebieram się tak szybko, jak jeszcze nigdy i, już zwarta i gotowa, wracam na salę, wzrokiem odnajdując boks Harrego. Jednak widząc tylko pustą szklankę i banknot na stoliku, marszczę brwi. Poszedł sobie? Ale przecież miał poczekać. Chciał poczekać. Trudno. Wzdycham i wychodzę, zupełnie nie rozumiejąc lekkiego ukłucia żalu, które pojawiło się w mojej piersi, gdy go nie znalazłam. Idiotka. Przecież ledwo go znam i nic nas nie łączy. I nie będzie łączyć. Nie bawię się w związki. Jestem Jack Black do cholery. W zamyśleniu sięgam po kluczyki do kieszeni kurtki, gdy naglę słyszę głos.
-Ten grat jest twój?- w jego tonie wyraźnie słychać rozbawienie, a ja nie potrafię ukryć zaskoczenia i lekkiej złości, patrząc na niego. On właśnie obraził moje autko.
-Hej, to wcale nie jest grat- marszczę brwi, a Harry patrzy jeszcze raz na czerwoną strzałę i chichocze. Rozluźniam się na ten dźwięk. –Myślałam, że sobie poszedłeś- mówię, a on poważnieje, podchodząc do mnie. Czuję się przy nim taka mała i krucha.
-Przecież mówiłem, że poczekam za tobą- przypomina, kładąc dużą dłoń na moim policzku i gładząc go delikatnie kciukiem. Mam ochotę drżeć i roztopić się pod jego dotykiem, ale tego nie zrobię. Bo jestem Jack Black do cholery! Patrzy mi w oczy, a mnie ogarnia jego zapach, gdy unosi drugą rękę. I już, gdy psychicznie jestem prawie gotowa ponownie poczuć ją na mojej talii, on łapie za moją kurtkę. Zdziwiona patrzę na nią, marszcząc brwi. –Widzę, że wreszcie mnie posłuchałaś- podnoszę wzrok, by zobaczyć jak się głupio uśmiecha.
-Ubrałam ją bo mi zimno, nie dlatego, że mi kazałeś- mówię, a mój głos wcale nie brzmi tak pewnie, jak chciałam żeby brzmiał. Niech to szlag.
-Jasne- uśmiecha się szerzej, a ja mam ochotę go uderzyć. Jednak zapominam co miałam zrobić, gdy łapie ją też drugą ręką i delikatnie zapina pod samą szyję, uważając, by nie uszczypnąć mojej brody. Potem sięga do moich kieszeni, wyciąga z nich rękawiczki i zakłada mi je, marszcząc brwi, gdy widzi wciąż odkryte palce. Patrzę na niego zdumiona, gdy zdejmuje swoją fioletową czapkę, tę samą, którą mu dopiero oddałam i ponownie zakłada ją na moją głowę. Uśmiecha się, podziwiając swoje dzieło. –Tak lepiej- stwierdza, a ja nie mogę przestać szczerzyć się do niego jak skończona idiotka kurwa mać. Jestem jebaną Jack Black! Harry łapie mnie za rękę i prowadzi przez parking do jego czarnego mustanga zaparkowanego pod barem. Przez chwilę po prostu idę, rozkoszując się tym miłym uczuciem, ale zatrzymuję się nagle, gdy coś do mnie dociera.
-A Rakieta?- pytam głupio, a on ogląda się na mnie, unosząc brwi.
-Co takiego?- pyta, a zdziwienie miesza się z rozbawieniem na jego twarzy. Peszę się lekko i wbijam wzrok w czubek trampka, grzebiący w kałuży.
-No, mój samochód- mamroczę niewyraźnie i widzę jak zagryza wargi, by ukryć uśmiech. –Nie mogę go tu zostawić.
-Przecież nic mu się nie stanie- mówi i ciągnie mnie do swojego auta. Zatrzymuję się ponownie po kilku krokach.
-A jak jutro dotrę do pracy?- unoszę brew, a chłopak wzrusza ramionami.
-Podwiozę cię- mówi po prostu, a ja przez chwilę szukam powodu, dla którego miałabym na to nie przystać. Jednak nie mogę nic znaleźć. Cholera, robię się przy nim miękka. –Chodź do samochodu, strasznie tu zimno- jego słowa formują się w biały obłok, potwierdzając to, co mówi. Wzdycham i w końcu się poddaję. Jestem cholerną idiotką.

***

Czuję jak przyjemne ciepło rozchodzi się po moim ciele, gdy Harry podkręca ogrzewanie. Zimne palce wciskam pod uda, co Harry komentuje krzywym uśmiechem. Pokazuję mu język i wyglądam przez okno. Normalnie po pracy zasypiam na siedząco, a jazda w ciepłym samochodzie pogłębia to znużenie, ale nie tym razem. Jestem jakoś dziwnie pobudzona i sama nie wiem czy to przez te krzyki w alejce za barem czy Harry tak na mnie działa. Ale jestem mu wdzięczna za te wszystkie miłe gesty, które otrzymałam z jego strony. Gdy pomyślę sobie jak ten Harry różni się od Harrego Stylesa, o którym wszyscy mówią, chce mi się śmiać. Czasem trudno mi pamiętać, że to wciąż ta sama osoba. Ale to nic dziwnego. Pewnie gdybym opowiedziała Effie jak zrobił mi śniadanie, gdy się u niego obudziłam następnego dnia albo jak ubrał mnie na parkingu za barem, pewnie by się opluła z wrażenia i nie chciałaby w to uwierzyć.
-O czym tak myślisz?- pyta tym swoim niskim głosem, a ja oglądam się na niego. Zerka na mnie z uśmiechem i wykonuje ruch ręką, jakby chciał ją położyć na moim udzie. Waha się i w końcu kładzie ją na gałce zmiany biegów.
-O niczym- mamroczę i przygryzam wargę, nie chcą się przyznać, że myślałam o nim. Jeszcze nie oszalałam. Jak już mówiłam, nie jestem pierdoloną idiotką. Jestem Jack Black. Zatrzymujemy się na światłach i Harry nagle ciągnie mnie za brodę, a ja muszę wypuścić wargę spomiędzy zębów.
-Mówiłem ci żebyś tak nie robiła- przypomina, marszcząc lekko brwi, gdy wpatruje się w moje usta. Naglę czuję dziwną suchość w gardle i dłonie mnie aż świerzbią, by wpleść palce w jego włosy.
-Niby dlaczego?- pytam cicho, wbijając palce w fotel pod moimi udami. Harry marszczy brwi mocniej i wygląda naprawdę groźnie, ale przy tym pociągająco jak nigdy.
-Bo nie mogę wtedy myśleć- wyznaje, a je nie mogę nic poradzić na to, że znowu przygryzam wargę. Jest tak, jakbym zamiast mózgu miała jakąś ciepłą papkę. Widzę jak Harry przełyka ślinę i nachyla się do mnie, a ja jestem tak bliska złamania mojej świętej zasady, że zaczyna mi się kręcić w głowie. Nie mogę nawet kurwa drgnąć, gdy łapie mnie za szyję i ciągnie w swoją stronę. Nasze wargi są już prawie złączone, gdy nagle głośny klakson z tyłu sprawia, że podskakuję na fotelu i odsuwam się od niego. Harry wzdycha i rusza, mocno zaciskając szczękę, co widzę po jego mocno zarysowanej żuchwie. Ja pierdole. Kurwa mać. Co to do chuja było? Właśnie prawie całowałam się z Harrym Stylesem w jego jebanym samochodzie! Samochodzie! Myślałam, że potrafię się opanować, ale przy nim to takie trudne! Czy on musi być tak przystojny? No czy kurwa musi? Przecież ja nigdy nie całuję się w samochodzie do cholery jasnej!

***

Harry parkuje przed akademikiem, a ja cicho odpinam pas. Oboje milczymy, nie patrząc na siebie. Przygryzam wargę, ale zaraz ją puszczam, uświadamiając sobie co robię. Zerkam na niego, by upewnić się czy tego nie widział, w tym samym momencie, co on zerka na mnie. Uśmiechamy się do siebie, a ja szybko odwracam wzrok, patrząc na swoje dłonie. Jego fotel cicho trzeszczy, gdy się porusza, a ja spoglądam na niego, by zobaczyć jak nachyla się do mnie. Jestem tak zaskoczona, że pozwalam mu przyciągnąć się do siebie. Ale tylko na początku. Delikatnie odpycham go od siebie, a on warczy niezadowolony, że ponownie mu się nie udało. Puszcza mnie i przeczesuje włosy, patrząc na mnie z lekką irytacją, której nie jest w stanie ukryć. Tłumię głupi uśmiech i kręcą głową.
-Jest jakiś dzienny limit nieudanych pocałunków? Jeśli tak, to go przekroczyłem- krzywi się, a ja prawie się śmieję. Muszę się teraz skupić. To bardzo istotne.
-Ja nie robię takich rzeczy. Nigdy nie całuję się w samochodzie- mówię poważnie, a on patrzy na mnie, marszcząc lekko brwi w zamyśleniu i krzywiąc szczękę.
-A bez języczka?- pyta z nadzieją, a ja kręcę głową. Harry wzdycha i przejeżdża dłonią po brodzie, łapiąc dolną wargę palcem wskazującym i kciukiem. Widząc to, po raz pierwszy od kiedykolwiek, jestem na siebie wściekła za wymyślenie tej cholernej zasady. Kogo w ogóle obchodzą jakieś durne zasady? Przecież to Harry Styles, jego zasady nie obowiązują! –W takim razie…- mamrocze i wysiada z auta. Zdumiona patrzę jak go obchodzi, otwiera drzwi z mojej strony i wyciąga do mnie rękę. Pozwalam sobie pomóc, wytrącona z równowagi jego zachowaniem i staję naprzeciw niego. Zamyka drzwi i przyciska mnie do nich, oplatając ramionami w talii, a ja tracę nagle oddech. –Jesteśmy jeszcze w samochodzie?- pyta, unosząc brwi, a ja, niezdolna wypowiedzieć ani słowa, kręcę tylko głową. Harry uśmiecha się i kładzie dłoń na moim policzku. –Tak myślałem- mówi i bez ostrzeżenia złącza nasze usta. Serce wali mi w piersi jak oszalałe, a ja wplatam odruchowo palce w jego włosy, przyciągając go bliżej, przez co mruczy w moje wargi. Jego zapach przenika każdą komórkę mojego ciała, a ciepłe usta napierają przyjemnie na moje. Żołądek wywraca mi fikołka, gdy czuję jego język na moim. Mózg przestaje mi funkcjonować i przez chwilę obawiam się, że bezpowrotnie zmienił się w ciepłą papkę, ale język Harrego wyrzuca te myśli z mojej głowy. Jakie myśli? Cholera, nie wiem. Harry przyciska mnie mocniej do auta, całkowicie pozbawiając tchu. Tym razem naprawdę jęczę i czuję jak się uśmiecha. O kurwa. Jego dłonie wędrują wzdłuż mojego ciała i niechcący lekko gryzę jego wargę, gdy łapie moje uda i ciągnie w górę. Oplatam go ciasno nogami w pasie, a nasze wargi wreszcie są na jednym poziomie. Moje tętno wariuje i czuję takie gorąco, że mam ochotę się rozebrać. Usta dosłownie mnie bolą, ale nie mam najmniejszego zamiaru przestać. Jeszcze nikt nigdy nie doprowadził mnie do takiego stanu tylko pocałunkiem. A całowało mnie wiele osób, naprawdę wiele. Ja pierdole.
Po cholernie długim czasie odsuwamy się od siebie i gdybym tylko mogła złapać oddech, zaczęłabym kurwa skomleć. Harry pomaga mi delikatnie stanąć na nogi i przyciska czoło do mojego. Przez chwilę milczymy, dysząc ciężko, a nasze gorące oddechy tworzą parę pomiędzy nami. Ożeż ty w mordę. Dłonie opieram na jego piersi i przez rozpiętą kurtkę potrafię wyczuć szybkie bicie serca. Unoszę kąciki ust i w końcu patrzę na niego. Policzki ma zarumienione, włosy potargane, usta nabrzmiałe, a oczy błyszczące. Pewnie wyglądam podobnie. Uśmiecha się do mnie, a urocze dołeczki pojawiają się w jego gorących policzkach.
-Do czterech razy sztuka- mówi, a ja nie mogę przestać się szczerzyć. Co za idiotka. –Męczyło mnie to odkąd nam dzisiaj przerwano- wyznaje, odgarniając mi włosy za ucho. Milczę, patrząc jak śledzi wzrokiem swoje palce na mojej skórze. –Cholera, męczyło mnie to odkąd zobaczyłem jak śpisz w moim cholernym łóżku- prostuje, w końcu patrząc mi w oczy, a ja przygryzam wargę, ale nie mogę jej utrzymać przez szeroki uśmiech, wpływający na moje usta pod jego spojrzeniem.
-I pomyśleć, że chciałam tylko poderwać twojego kumpla- wzdycham, a on się śmieje. Mogę tego kurwa słuchać w nieskończoność. Mierzymy się jeszcze przez chwilę wzrokiem w milczeniu, gdy on bawi się moimi włosami. Jest tak cholernie przystojny. W końcu przyciska ciepłe usta do mojego czoła i mnie puszcza.
-Pa, Jackie- po raz drugi używa mojego imienia, a ja nie mogę przestać się uśmiechać. No kurwa mać.
-Pa, Harry- tym razem to on się szczerzy, zanim wsiada do auta. Co tu się dzieje? Przygryzam wargę i odprowadzam wzrokiem jego samochód, dopóki nie znika mi z oczu. Potem z westchnieniem chowam ręce w kieszenie kurtki i idę w stronę wejścia. To nie w moim stylu. To zupełnie nie w moim stylu. Nie podoba mi się to. Co tu się właśnie odkurwiło?