27 lipca 2017

15.



         Budzę się nagle, wyrwana ze snu przez dziwne buczenie w pobliżu ucha. Marszczę brwi i przytulam się mocniej do poduszki. Jest cholerna niedziela. Mogę sobie pospać dłużej na litość boską. Zacieśniam uścisk i nagle czuję coś dziwnego. Zupełnie jakby poduszka była ciepła i się poruszała. Wciąż z zamkniętymi oczami przesuwam rękę wyżej, a ona zaczyna drżeć i znajomy chichot dociera do moich uszu. Co do chuja? Otwieram oczy i prawie wrzeszczę, gdy odkrywam, że przytulam się do pleców Harrego. Odskakuję od niego, w ostatniej chwili ratując się przed upadkiem na podłogę.
Co tu się dzieje? Co on robi w moim łóżku? Dlaczego jest rozebrany?! Czy ja właśnie straciłam dziewictwo i nawet tego nie pamiętam?!
Spanikowana patrzę na siebie, ale uspokajam się trochę, gdy widzę, że wciąż jestem w piżamie. To jednak niczego nie wyklucza. Zawsze mogłam się ubrać. Unoszę nieznacznie kołdrę i zaglądam pod nią. Harry ma na sobie spodenki Nialla, które są mu trochę przyciasne, ale idealnie podkreślają jego tyłek. Przygryzam wargę, gapiąc się na niego. Czyli do niczego nie doszło. Byłabym idiotką, kochając się z Harrym w moim pokoju, gdy w każdej chwili Effie może tu wparować.
-Znowu gapisz się na mój tyłek- szybko opuszczam kołdrę na dźwięk jego głosu, który z rana jest jeszcze niższy niż zazwyczaj. Patrzę na niego, gdy piąstkami przeciera sennie oczy i uśmiecham się niewinnie. Z tymi rozczochranymi włosami wygląda cholernie uroczo. –Dzień dobry Jackie- mamrocze, posyłając mi leniwy uśmiech, a ja bezmyślnie go odwzajemniam, wciąż gapiąc się na niego. Półnagi Harry Styles w moim łóżku. Calutki mój.
-Dzień dobry Harry- odpowiadam, przeciągając się z zamkniętymi oczami, ale nagle zamieram. Marszczę brwi i patrzę na Harrego, jak przeczesuje ręką włosy i sprawdza godzinę na budziku przy łóżku. Dlaczego do cholery jasnej byłam dużą łyżeczką? Nie, wróć. Dlaczego w ogóle się do niego przytulałam?
Sięgam po telefon z szafki nocnej, nachylając się nad Harrym, co jemu się wyraźnie podoba. Wywracam oczami na jego głupi uśmiech i patrzę na ekran. 10:15. Cholera. Effie może tu w każdej chwili przyjść. Zrywam się z łóżka i podbiegam do szafy. Wyciągam z niej w pośpiechu ubrania, a Harry śledzi mnie wzrokiem z łóżka, uśmiechając się pod nosem. Rzucam w niego jego koszulą w kratę, a on nie zdąża jej złapać i ciuch ląduje na jego twarzy.
-Jak wrócę masz być ubrany- jęczy coś w odpowiedzi, ale zupełnie nie zwracam na to uwagi i wychodzę z pokoju. Jeśli Effie będzie szybsza ode mnie, mam przesrane.

***

Gdy po szybkim prysznicu wracam do pokoju, Harry śpi na łóżku. Wciąż półnagi. No co za dureń.
Biorę poduszkę z łóżka Effie i rzucam nią z całej siły w chłopaka. Ten budzi się, mamrocząc coś z niezadowoleniem. Wywracam oczami i zamykam drzwi na klucz. Jeśli ruda wróci, będziemy mieli parę sekund więcej na wymyślenie ostatnich słów przed śmiercią. Cudownie.
-Mówiłam ci, że masz się ubrać- napominam go, a on ponownie jęczy, zakrywając twarz poduszką. Marszczę brwi, podchodząc do niego. –Jak wróci Effie, urwie mi łeb- zabieram mu kołdrę, a on przebiera przez chwilę nogami, niezadowolony. Co za pajac. Dźgam go palcem w goły brzuch, a on mruczy coś w poduszkę i nagle przyciąga mnie do siebie, zanim zdążę jakoś zareagować. Spadam na niego, a on oplata mnie ciasno ramionami, uniemożliwiając jakikolwiek ruch. No kretyn no. Wiercę się, a on tylko przytula mnie mocniej, jakbym była jakimś jebanym pluszowym misiem. Ten facet naprawdę robi ze mną co mu się żywnie podoba. –Jeśli zaraz mnie nie puścisz, zacznę krzyczeć- marszczę brwi, ale moje groźby nie robią na nim żadnego wrażenia. Opuszczam głowę na jego klatę kompletnie zrezygnowana. Effie mnie udusi. A to będzie tylko i wyłącznie jego wina.
Harry czując, że przestałam się mu opierać, przewraca się razem ze mną na łóżku tak, że teraz to ja leżę pod nim, przyszpilona do materaca jego ciężarem. Patrzę na niego zdumiona, gdy nachyla się do mnie i gładzi czubkiem nosa mój rozgrzany policzek. Łaskocze mnie przy tym długimi rzęsami i chichoczę. To naprawdę miłe uczucie. Dziwne, ale prawdziwe. Nagle całuje mnie w usta, przerywając śmiech. Robi to nadzwyczaj delikatnie, zupełnie inaczej niż kiedykolwiek wcześniej i przez chwilę nie mogę uwierzyć, że to ten sam Harry. Nagle groźba rychłej śmierci z rąk tej małej, rudej wariatki przestaje mi przeszkadzać. Niech sobie wchodzi do pokoju i robi co chce. Mam to w nosie.
W końcu, gdy chłopak dostaje to, czego chce, odsuwa się z zadowolonym uśmieszkiem, za który bym mu pewnie przywaliła, gdybym zamiast mózgu nie miała ciepłej papki. Ja pierdole.
-Teraz mogę wstać- mruczy, całuje mnie jeszcze raz w usta i, jak gdyby nigdy nic, podnosi się. Patrzę w osłupieniu jak zbiera swoje rzeczy z podłogi, nawet nie myśląc, by ruszyć się z łóżka. –Idę wziąć prysznic. Zaraz wracam- zerka na mnie, a gdy widzi, że otwieram usta, by wyjaśnić mu jak dojść do łazienki, uśmiecha się szelmowsko. –Znam drogę- no tak. W końcu to Harry Styles. Niewykluczone, że zna ten akademik lepiej ode mnie.

***

W sekundzie, gdy biorę Iphona i klucze Harrego z szafki, drzwi się otwierają, a ja oglądam się, mając nadzieję ujrzeć jego lokowaną głowę. Ale sztywnieję, gdy zamiast zielonych oczu i głupawego uśmiechu widzę rude fale i bluzkę w kwiatki. Kurwa mać.
Prawie wpadam na szafkę, a Effie patrzy na mnie dziwnie, ziewając. Dłonie z jego rzeczami chowam za plecami i posyłam jej promienny uśmiech. Unosi brew i podchodzi do radia, włączając je. Akurat nadają wiadomości. Dlaczego Harry musi mieć tak wielki telefon? Ta cegła ledwie mieści się w mojej dłoni. A chciałabym zauważyć, że mam dość długie palce. Chociaż chwila, dłonie Harrego są jeszcze większe, więc to sporo wyjaśnia.
-Gdzie zniknęłaś wczoraj z Harrym?- pyta, siadając przy biurku, zgarniając lusterko i wyciągając tusz do rzęs z kosmetyczki. Wzruszam ramionami, patrząc na jej odbicie. Cholera.
-Poszłam go odprowadzić- patrzę jak Effie w skupieniu maluje rzęsy, otwierając przy tym lekko usta. Nie pomyślałam o tym. Dlaczego o tym nie pomyślałam? Ah, tak. To pewnie przez ten ponad stu osiemdziesięcio centymetrowy rozpraszacz, który nie pozwalał mi normalnie myśleć od wczorajszego wieczoru.
-Serio? Strasznie długo to trwało. Jeszcze z pół godziny siedziałam z Niallem w pokoju zanim poszliśmy do niego- mruczy, podziwiając w lusterku swoje dzieło. Gdy uznaje, że wygląda dobrze, odwraca się do mnie z pytającą miną. Cholera, cholera, cholera. Czy ona zawsze musi być taka spostrzegawcza? Niall za słabo ją rozprasza. Może powinnam odbyć z nim przyjacielską pogawędkę na ten temat. To mogłoby zdecydowanie ułatwić mi życie.
-Taaa, gadaliśmy jeszcze przez jakiś czas na parkingu- rzucam niby od niechcenia, gdy ona świdruje mnie spojrzeniem. Zerkam ukradkiem na drzwi. Harry może w każdej chwili wrócić. Kurwa mać, mam przejebane. Zachowaj spokój Jackie.
I, gdy już myślę, że mi się udało, ona musi wszystko popsuć.
-Jack, co ty masz pod obojczykiem?- pyta, marszcząc brwi, a ja patrzę na nią zaskoczona. Spuszczam wzrok na swój dekolt i prawie klnę, widząc ciemnofioletowy ślad. Jebany Styles zrobił mi malinkę! Cholera, musiał się naprawdę mocno przyssać. Nawet nie zdawałam sobie z tego sprawy. Szybkim ruchem podciągam dekolt białej koszulki na ramiączkach i zasłaniam się rozpiętą koszulą w kratę.
-Musiałam się uderzyć w pracy- mamroczę, a ona marszczy brwi bardziej, wietrząc podstęp. Ale zanim zdąży mnie o coś osądzić, zabieram swoją skórzaną torbę na ramię i kurtkę. –Muszę coś załatwić. Widzimy się później!- dosłownie wybiegam z pokoju i wpadam na Harrego, który unosi brwi na mój widok.
-Co jest…
-Spadamy stąd!- syczę i ku jego większemu zdumieniu, ciągnę go za sobą, pędząc korytarzem akademiku, jakby sam diabeł mnie gonił. Chociaż w sumie ta dwójka zbyt wiele się nie różni.

***

-To gdzie jedziemy?- Harry patrzy na mnie z pytającą miną, wkładając kluczyki do stacyjki. Wzruszam ramionami, ukradkiem rozglądając się dookoła i upewniając się, że nigdzie na horyzoncie nie widać rudej czupryny. Przezorny zawsze ubezpieczony.
-Gdziekolwiek biedny student może zjeść coś dobrego- mamroczę, stwierdzając, że jesteśmy bezpieczni. Na razie. Sama nie wiem dlaczego wizja powiedzenia o Harrym Effie tak mnie przeraża, ale staram się tego uniknąć. Po tej małej wariatce nigdy nic nie wiadomo.
Chłopak patrzy na mnie jeszcze przez chwilę, a potem wyjeżdża z parkingu. Jego duża dłoń ląduje na moim udzie, a ja tłumię głupi uśmiech. Ten facet traktuje mnie jak swoją własność, dlaczego do cholery ja nic z tym nie robię?
-Znam dobre miejsce.

***

Rozglądam się z powątpiewaniem po małym barze, w którym siedzi już parę osób. Kanapa ze sztucznej skóry trzeszczy, gdy siadam wygodniej, a laminowane menu oślepia mnie odbijanymi promieniami słońca. Przez chwilę śledzę wzrokiem ruch dużych wiatraków pod sufitem, a potem patrzę na ladę, na której wystawione są różne muffinki i ciasta pod szklanymi kloszami. Podłoga w biało-czarną kratkę jest ślizga jakby ktoś przesadził z woskowaniem. Patrzę na Harrego, który czyta menu, nucąc pod nosem jakąś wesołą melodię i wystukuje rytm długimi palcami na metalowym stoliku. Idę za jego śladem i z zadowoleniem spostrzegam, że ceny są iście studenckie. Oby tylko jedzenie było zjadliwe.
Zaraz odkrywam dlaczego podłoga jest tak ślizga, gdy podjeżdża do nas kelnerka. Wbijam oszołomiony wzrok w jej białe wrotki na kolorowych kółkach i prawie przewracam solniczkę, gdy widzę, że jej kolorowy uniform składający się z krótkiej, falbaniastej spódniczki, białego fartuszka i koszuli z bufiastymi rękawami to jeszcze nic w porównaniu z tym, co ma na głowie. Jakaś czapka lub raczej dziwny rodzaj kasku w kształcie głowy wiewiórki. Gapię się oniemiała na kelnerkę-wiewiórkę, podczas gdy Harry uśmiecha się szeroko na jej widok, jakby wcale nie wyglądała jak pierdolony mutant.
-Witamy w Barze pod leśną dziuplą. Nasze orzechy nie są trudne do zgryzienia!- tym razem przerażenie na mojej twarzy musi być widoczne gołym okiem, ale żadne z tych dwojga nie zwraca na to najmniejszej uwagi. –Co wam podać?
-Dwa razy powiększona porcja naleśników, raz kawa i raz gorąca czekolada- gigantyczna wiewiórka notuje zamówienie w zeszyciku, o ironio, ołówkiem z gumką w kształcie wiewiórki. Czy może być jeszcze dziwniej?
-Jasne. Już się robi!- woła entuzjastycznie, jakby paradowanie w przebraniu wiewiórki w niedzielny poranek było spełnieniem jej marzeń. Zresztą, są różne fetysze.
Na odchodnym sypie nas kolorowym konfetti w kształcie żołędzi i odjeżdża, a ja unoszę wysoko obie brwi, widząc puchaty ogon przyczepiony z tyłu jej spódniczki.
Po co w ogóle pytałam.
-Nie to sobie wyobraziłam, gdy powiedziałeś, że znasz dobre miejsce- mówię, a Harry patrzy w końcu na mnie, unosząc brwi. Widząc moją wystraszoną minę, uśmiecha się szeroko, sprawiając, że to miejsce wydaje się mniej dziwne. Cholera, przysięgam, że tak jest.
-Mają najlepsze naleśniki jakie kiedykolwiek jadłem- wyjaśnia, a ja rzucam kolejne niepewne spojrzenie na wiewiórczy ogon na spódniczce kelnerki. –A te kelnerki są całkiem zabawne- kiwam głową, zgadzając się z nim.
-I pomyśleć, że narzekałam na swoją pracę- patrzę na niego, a on chichocze w ten uroczy sposób, opierając czoło na pięści. Gdy to robi, jego ramiona drżą nieznacznie, a ja kolejny raz podziwiam jak szerokie i umięśnione są. Marszczę brwi, dostrzegając ciemny punkt na jego szyi. Nachylam się do niego, odginając kołnierzyk rozchełstanej koszuli żeby lepiej widzieć. Ciemnofioletowa malinka razi mnie po oczach jak latarnia morska. A niech mnie. Czy ja to zrobiłam? Cholera, chyba tak.
 Harry milczy, wyciągając do mnie rękę i odchylając rozpiętą koszulę. Zatrzymuje wzrok na moim dekolcie, a ja doskonale wiem na co patrzy już bez jego głupawego uśmieszku. Odsuwam się, wyrywając koszulę z jego dłoni i czując irytujące ciepło na policzkach. Spuszczam głowę, błogosławiąc rozpuszczone włosy, które napuszyły się odrobinę, zostawione do wyschnięcia same sobie.
Gdy czuję się bezpieczna na tyle, by stwierdzić, że nie zdradzą mnie te durne rumieńce, podnoszę na niego wzrok. Patrzy na mnie, wspierając łokcie na stole i gładząc usta kciukiem i palcem wskazującym. Cholera jasna. Czy on musi to robić w miejscu publicznym? Czy bycie tak seksownym nie jest czasem zabronione? Nie? A powinno.
-Co się gapisz?- fukam, krzyżując ręce pod biustem z wojowniczą miną. On przygląda mi się jeszcze przez chwilę w milczeniu w ten sposób. Oh, walić go.
-Podobają mi się twoje włosy- mówi, wspierając brodę na ręce, a ja unoszę brew. Dzisiaj są wyjątkowo napuszone i skręcone, bo nic z nimi nie robiłam. Nie przepadam, gdy takie są. Zazwyczaj smaruję je różnymi odżywkami, by się mniej kręciły i bardziej przypominały fale. Dzisiaj są sprężynkami. Zdmuchuję jedną wyjątkowo natrętną z twarzy. –Są naprawdę urocze- dlatego zazwyczaj nie pokazuję się tak poza akademikiem. Przecież Jack Black nie może wyglądać uroczo, bo na bycie uroczym nie lecą wszyscy faceci. Oni raczej wolą, gdy laska jest seksowna i gorąca. A i tak nie mam łatwo, bo z moimi rysami twarzy wyglądam na młodszą niż jestem. W dodatku, gdy się uśmiecham ponoć wyglądam uroczo jak cholera, niezależnie czy mam na sobie seksowną sukienkę czy dresy. Możliwe, że to częściowo przez te dołeczki w policzkach. Fantastycznie.
Moja wojownicza mina znika bezpowrotnie, gdy zerkam na niego spod rzęs, odrobinę nieśmiało, i zakładam kosmyk włosów za ucho. Patrzy na mnie jak urzeczony i nawet nie zauważa kelnerki, która przywozi nasze zamówienie. Drga, jakby wytrącony z transu i uśmiecha się zamyślony do gigantycznej wiewiórki. Pakuję w usta kawałek naleśnika, by nie zacząć się na tym zastanawiać. Jeszcze tego mi brakowało.
Unoszę brwi, odkrywając, że naleśniki są całkiem zjadliwe. Coś niesamowitego.
-I jak?
-Bałdzo dobłe- mamroczę, wpychając w usta kolejną porcję, a Harry parska śmiechem.

***

Po zjedzeniu najlepszych naleśników w moim życiu i sprzeczce kto ma zapłacić, którą nawiasem przegrałam, Harry wyciągnął mnie do parku, który znajdował się po drugiej stronie ulicy. Mimo, że to niedzielne popołudnie i jest naprawdę chłodno, całkiem spoko ludzi wybrało się na spacer. Pewnie jasne promyki słońca wyciągnęły ich wszystkich z domów.
W pośpiechu naciągam fioletową czapkę na głowę, gdy chłód gryzie mnie w uszy, prawdopodobnie dopełniając dzisiejszy cholernie uroczy wygląd. Nawet koszulka z trochę większym dekoltem nie jest w stanie tego naprawić. Cholera jasna.
Harry zerka na mnie i uśmiecha się krzywo, widząc moje poczynania. Pokazuję mu język, poprawiając wełniany szal na szyi. Podczas, gdy ja jestem ubrana jakby zima już przyszła, on paraduje w rozchełstanej koszuli i rozpiętej kurtce. Idiota skończony. Szarpię go za kurtkę, zmuszając by się zatrzymał. Unosi brwi, obserwując jak ze skupieniem zapinam jego bomberkę, co okazuje się o wiele trudniejsze niż myślałam. W końcu zapinam go pod samą szyję i odsuwam się, zadowolona. Nie będzie mnie pouczał o cieplejszej kurtce, gdy sam paraduje rozebrany. Hipokryta jeden.
Harry uśmiecha się szeroko, a ja udaję, że tego nie widzę i ruszam przed siebie. Dogania mnie po chwili, co, zgaduję,  z jego długimi nogami nie jest żadnym problemem. Patrzę w bok na chłopaka rzucającego kolorowe frisbee. Jego rozradowany pies wyskakuje w powietrze i łapie je w pysk bez najmniejszego problemu. Biegnie do pana, merdając ogonem, dumny, że mu się udało. Zawsze chciałam mieć psa. Takiego dużego, wyglądającego groźnie, ale lubiącego przytulanki. Ale jakoś nigdy nie miałam takiej możliwości. Teraz w akademiku też mogę o tym zapomnieć. Wyrzuciliby mnie na bruk, gdyby się dowiedzieli, że w pokoju przetrzymuję mastiffa albo jakiegoś doga. Piwo i inne tego typu rzeczy dało się łatwo przemycić, bo są małe i nie hałasują. Z psem mógłby być już problem. Poza tym, Effie boi się większych zwierząt. Ponoć jak była mała, wielki pies jej ciotki skoczył na nią i spadła przez to ze schodów. Może dlatego jest taka walnięta, bo, gdy spadała, uderzyła w głowę. I to dość mocno.
Nagle czuję jak Harry obejmuje mnie ramieniem, i zerkam na niego. Co to ma znaczyć? Patrzy przed siebie, a lekki uśmiech błąka się na jego różowych ustach. Wolną rękę wcisnął w kieszeń brązowej kurtki. Nagle cała chęć, by go zbrukać i zrzucić jego rękę z ramion znika gdzieś bezpowrotnie. Cholera, nie potrafię mu odmówić. Dlatego na wszystko mu pozwalam. Zresztą, coś mi mówi, że nawet, gdybym zaprotestowała, on dalej robiłby co chciał. Co jest ze mną cholera nie tak?
-Dzisiaj znowu będziesz mogła bezkarnie gapić się na mój goły tyłek przed bite dwie godziny- marszczę brwi, patrząc na niego i dopiero po chwili uzmysławiam sobie, że mówi o zajęciach z malarstwa. Faktycznie, zupełnie o tym zapomniałam. Większość prac nie jest jeszcze skończona, więc Harry będzie musiał pozować również dzisiaj. Nie żebym narzekała czy coś.
-Tak, ja i kilkanaście innych osób- przypominam, a on uśmiecha się i kręci głową, jakby ta perspektywa nie była ani trochę przerażająca. Dla niego pewnie nie. Zdążyłam zauważyć, że lubi swoją nagość i wcale się z tym nie kryje. Ciekawe czy Zayn też pozowałby tak chętnie, gdybym wtedy nie zasnęła i przegrałby zakład. Coś mi mówi, że nie do końca. Ale przyznam, że chętnie namalowałabym jego portret. Może niekoniecznie taki, do którego pozowałby zupełnie nago, ale fajnie byłoby uwiecznić jego uderzającą urodę na płótnie. Przygryzam wargę, starając się przywołać jego dokładny obraz w głowie. Jednak szczegóły się rozmazują i rezygnuję. To nie to samo, co malowanie z modelem.
-Nad czym tak myślisz?
-Chciałabym namalować portret Zayna- dopiero, gdy Harry patrzy na mnie z ukosa ze zmarszczonymi brwiami, dociera do mnie, że powiedziałam to na głos. Kurwa mać. Harry zatrzymuje się w miejscu, stając naprzeciwko mnie z tą groźną miną.
-Zayna? Dlaczego?- pyta, a ja przez chwilę badam jego twarz w milczeniu. Cholera jasna. Chyba mam popsute połączenie między językiem a mózgiem. Spuszczam głowę, rumieniąc się lekko. No ja pierdole, znowu.
-Bo ma interesującą urodę- mamroczę, nie wiedząc jak ująć to w inny sposób. Bo on jest kurwa piękny, Harry. Chcę namalować Zayna, bo jeszcze nie widziałam tak pięknego człowieka. Nigdy w całym, dwudziestoletnim życiu.
Czuję jego zimne palce na brodzie i już po chili patrzę mu w oczy. Zieleń, do której zdążyłam już przywyknąć stała się nieco ciemniejsza. Pewnie normalny człowiek by tego nie zauważył, ale ja mam trochę doświadczenia jeśli chodzi o kolory.
-Jego tyłek nie jest nawet w połowie tak boski jak mój- mówi zupełnie poważnie, a ja parskam i odpycham jego rękę od  twarzy. Nie wątpię.
Wywracam oczami i łapię go za ramię, ciągnąc do przodu. Ustępuje po chwili.
-Nie chcę malować jego tyłka- marszczę brwi, a on zerka na mnie z ukosa z pogodniejszą miną, unosząc brew. Patrzę mu w oczy, nie mogąc ukryć uśmiechu. –Mówię serio. Chodziło mi raczej o… twarz- mamroczę. Harry jeszcze przez chwilę przygląda się mi w milczeniu, a potem wbija wzrok w dróżkę, kiwając głową.
-Ta, jestem facetem, a nawet ja widzę, że jest cholernie przystojny.
-To jakieś popieprzone! On jest tak piękny, że wydaje się nierealny!- rzucam oburzona, a Harry śmieje się na potwierdzenie moich słów. Trochę mi ulżyło, bo już zaczynałam myśleć, że jestem jakaś nienormalna. Ale jak się okazuje, Zayn jest kurewsko przystojny nie tylko dla mnie. Nawiasem, skąd się tacy biorą? Przecież to nienormalne żeby tak wyglądać! Przez takich jak on kobiety mają zawyżone oczekiwania i później faceci o zwyczajnie przeciętnej urodzie nie mają u nich szans. To nie fair Malik, bardzo nie fair.

***

Wchodzimy do winy, a metalowe drzwi zasuwają się za nami. Harry chciał się przebrać przed zajęciami z malarstwa, więc wstąpiliśmy do niego po drodze. Opieram się o zimną ścianę, wbijając wzrok w czubki trampek. Ostatni raz, gdy jechałam tą windą, Harry zachowywał się jakby chciał mnie przelecieć tu i teraz. Zagryzam wargę, przypominając sobie jak prawie straciłam kontrolę, gdy przyszpilił mnie do ściany. Aż trudno uwierzyć, że to było tylko tydzień temu. Zerkam na niego ukradkiem i unoszę brwi. Patrzy w miejsce, gdzie wtedy staliśmy, a lekki uśmiech błąka się na jego ustach. Czyżby myślał o tym samym? Uzyskuję odpowiedź na to pytanie, gdy spogląda na mnie, zagryzając wargi.
Cholera, on myśli o tym samym.
Winda zatrzymuje się w idealnym momencie, a ja wyskakuję z niej, z dala od jego kosmatych myśli. I od moich kosmatych myśli. Idę korytarzem trochę pewniej niż ostatnio i zatrzymuję się przed odpowiednimi drzwiami. Gdy Harry szuka kluczy w kieszeni, unikam wzrokiem złotego numeru. On oczywiście musi to zauważyć i chichocze, przyprawiając mnie o jebane deja vu. Fantastycznie. Wchodzę za nim do środka i patrzę jak zdejmuje kurtkę i rzuca ją razem z kluczami niedbale na ladę w kuchni.
-Daj mi chwilę- mamrocze, znikając za drzwiami sypialni, a ja wolę nie patrzeć w tamtą stronę. Ostatnie czego teraz potrzebuję to przywoływanie tych wszystkich obrazów z poprzedniego tygodnia.
Rozglądam się po mieszkaniu, stwierdzając, że nie zmieniło się zbyt wiele. Może przybyło trochę brudnych naczyń w zlewie, a notatki i pootwierane książki zniknęły z ławy w salonie. Wolnym krokiem podchodzę do szafki pod wiszącą na ścianie plazmą i biorę do ręki ramkę ze zdjęciem. Jest na niej Harry, trochę młodszy niż teraz, obejmujący ramionami dwie kobiety. Obie mają długie ciemne włosy i są bardzo ładne. Cała trójka uśmiecha się do zdjęcia, a w ich roziskrzonych oczach i uśmiechach jest coś znajomego. Mimo, że Harry ze zdjęcia jest młodszy o parę lat, a na jego ramionach nie ma śladu tatuaży, wciąż jest wyższy od kobiet. Jego włosy są krótsze i mocniej się kręcą. Wygląda na zwykłego, miłego chłopca i gdybym go wtedy znała, w życiu bym nie powiedziała, że wyrośnie na takiego wytatuowanego, groźnie wyglądającego przystojniaka. Chociaż jedno się nie zmieniło. Urocze dołeczki w jego policzkach rażą po oczach za każdym razem, gdy się uśmiechnie. –Co robisz?- podskakuję w miejscu, słysząc jego głos. Patrzę jak wyciąga z szafy czarny długi płaszcz i wciąga na stopy brązowe buty. Przez chwilę napawam się jego widokiem, zastanawiając jak to możliwe, by ktoś wyglądał tak dobrze w zwykłych czarnych spodniach i koszulce w czerwono-czarne paski. Wzruszam ramionami i ponownie spoglądam na zdjęcie.
-Byłeś uroczym smarkaczem- mówię, uśmiechając się, a on podchodzi do mnie. Zerka ponad moim ramieniem na zdjęcie i unosi brew.
-Nadal jestem uroczym smarkaczem- wybucham śmiechem na jego słowa i odkładam ramkę na miejsce. Harry łapie mnie za rękę i ciągnie do wyjścia. –Chodź bo się spóźnimy- unoszę brwi, wciąż rozbawiona, próbując dotrzymać mu tempa.
-Przecież bez głównego modela nie zaczną- zauważam, gdy wchodzimy do windy. Chłopak wciska odpowiedni przycisk i chwilę później czuję nieprzyjemne szarpnięcie. Nigdy jakoś szczególnie nie lubiłam wind, ale lepsze to niż wdrapywanie się na trzecie piętro po schodach. –Poza tym, gdybyś się tyle nie przebierał, już dawno bylibyśmy na miejscu.
-Taki wygląd wymaga czasu- podnosi dumnie głowę, a ja lustruję go wzrokiem, unosząc brew.
-Przecież twoja garderoba składa się tylko z czarnych spodni, kilku koszulek i koszul w kratę. Nie rozumiem co ci tak długo zajęło- mówię, a on patrzy na mnie oburzony. Pokazuję mu język.
-Nieprawda- krzyżuje ręce na szerokiej piersi, a ja ponownie unoszę brew. –Mam też jedną parę dżinsów- parskam śmiechem i kręcąc głową wyciągam go z windy. Harry próbuje zrobić obrażoną minę co raczej marnie mu wychodzi, bo wciąż uśmiecha się pod nosem, ale doceniam starania. Tyle, że my naprawdę możemy się spóźnić. Ostatnio jakoś nie mogę być na czas. Albo się spóźniam albo przychodzę za wcześnie. Nic pośrodku. Może to najwyższa pora, bym zaczęła zwracać większą uwagę na stary zegarek na moim nadgarstku. Możliwe.

***

Wbiegamy do sali, robiąc przy tym sporo zamieszania, a wszyscy zebrani wbijają w nas zaskoczone spojrzenia. Pewnie zasapana Jack Black i Harry Styles odziany tylko w niebieski szlafrok wpadający nagle do pracowni malarskiej to niecodzienny widok.
Chrząkam, odgarniam włosy i kiwam głową profesorowi Galvinowi, który poprawia okulary w okrągłych oprawkach, zsuwające mu się z nosa. Kolorowe bransoletki na jego nadgarstku dzwonią cicho, przerywając grobową ciszę. Zerkam na Harrego i widzę jak wygładza szybko szlafrok, który rozchełstał się odrobinę przy biegu. Dostrzega moje spojrzenie i posyła promienny uśmiech, dodając otuchy. Zupełnie jakbym to ja miała się zaraz rozebrać przed tłumem gapiów. Co za facet. Odwzajemniam gest i oboje w milczeniu zajmujemy swoje miejsca. Profesor Galvin podchodzi do przestarzałej wieży stereo i już po chwili w pracowni rozbrzmiewa jakaś spokojna melodia. Szybko pozbywam się kurtki i czapki, rzucając je gdzieś w kąt i zakładam płócienny fartuch, poplamiony kolorową farbą w kilku miejscach. Sięgam po swoje płótno, które stało tu bezpiecznie przez tydzień, oparte o ścianę i umieszczam je na stelażu. Patrzę na szkic nagiego Harrego, oglądającego się przez ramię. Zerkam ponad płótno i z lekkim zawrotem głowy odkrywam, że Harry stoi już na swoim miejscu, zupełnie nagi, nie licząc miski z owocami, którą trzyma na wysokości krocza. Cóż, zdążyłam się odzwyczaić od tego widoku.
Mrugam kilkakrotnie i rozglądam  się ukradkiem po pracowni. Ten jakże piękny widok na męskiej części studentów nie robi większego wrażenia, ale gorzej jeśli chodzi o dziewczyny. Część wciąż patrzy na niego zbyt długo, by uznać, że tylko odwzorowują jego wizerunek. Jedna z nich jest wyjątkowo natrętna i po prostu gapi się na Harrego, nawet nie zawracając sobie głowy szkicowaniem. Z rosnącą irytacją odkrywam, że to ta blondynka, która chciała do niego zagadać tydzień temu po zajęciach. Marszczę brwi, patrząc na nią groźnie, a ona, czując na sobie czyjeś spojrzenie, odrywa wreszcie rozmarzone spojrzenie od klaty Harrego i rozgląda się nieobecnym wzrokiem po pracowni. Jednak napotykając mój wzrok, spala lekkiego buraka i zaczyna szkicować jakby od tego zależało jej życie. Nawet nie zerka przy tym na Harrego, by sprawdzić, czy robi to dobrze. Chociaż przypuszczam, że napatrzyła się już dość, by móc malować z pamięci. Idiotka.
Prycham cicho pod nosem, kręcąc głową i wracam spojrzeniem do Harrego. Zamieram na chwilę, odkrywając, że patrzy na mnie z głupawym uśmieszkiem. Cholera, czy on wszystko widział? Zresztą, kto kazał mu się obracać? Przecież jeśli ma stać do mnie tyłem, to niech stoi tyłem i się nie rusza do cholery! Chowam się za płótnem, wyciągając pędzel i przygryzając wargę. Boże, jestem skończoną idiotką.

***

Kiedy już od dziesięciu minut mieszam różne odcienie zieleni, starając się otrzymać identyczny kolor jak tęczówki Harrego, sapie zirytowana. Ile można? Do cholery jasnej, tu jest jakieś trzydzieści różnych odcieni zielonego, przecież gdzieś musi być ten kolor! Odrzucam kolejną tubkę z zieloną farbą, a chłopak, który akurat podszedł po czysty pędzel, posyła mi dziwne spojrzenie. Marszczę brwi, gryząc w zamyśleniu wargę. Czy ten palant musi mieć taki nietypowy kolor oczu? Skąd ja mam niby wytrzasnąć taką farbę? Jakby mokry mech wpadający miejscami w jasnoniebieski. Zachciało mu się zakładać, kurwa mać. Założę się, że z oczami Zayna nie miałabym takiego problemu.
Kładę ręce na biodrach i jestem tak zajęta własnymi myślami, że nawet nie zauważam, że jakaś palantka podeszła do mojej palety i zaczęła na niej mieszać swoje farby. Na litość boską, ile można?!
-Co ty…- wypuszczam całe powietrze z płuc, gapiąc się na kolor, który powstał po zmieszaniu jej farby z resztką odcieni zielonego, które tam już były. To ten kolor. To ten idealny kurwa kolor. Kolor oczu Harrego! Dziewczyna podnosi na mnie wzrok zdziwiona, jakby dopiero teraz mnie zauważyła. Zerka na moją paletę i otwiera usta, by przeprosić, ale nie daję jej na to szans, bo porywam wymieszany kolor i pędzę do swojego płótna. Ostrożnie rozsmarowuje farbę w odpowiednim miejscu i uśmiecham się szeroko, zadowolona z efektu. Cudownie. Odsuwam się o pół kroku, podziwiając obraz w całości. Całkiem, całkiem. Jeszcze chwila i będzie gotowy. Wycieram ręce brudne od farby w płócienny fartuch, ale to na niezbyt wiele się zdaje, bo on nie jest wcale dużo czystszy.
Wzdycham, rozglądając się po pracowni i ze zdziwieniem stwierdzam, że jestem jedną z niewielu osób, które zostały. Cóż, oni z pewnością nie szukali tak długo każdego koloru. Zerkam na profesora Galvina, który jak zawsze chrapie w swoim słomianym fotelu, co jakiś czas poruszając stopą przez sen. Spokojna muzyka uspokaja go odrobinę za bardzo. Uśmiecham się krzywo pod nosem i sięgam po odpowiedni pędzel. Wbijam wzrok w paletę, szukając interesującego mnie odcienia. Waham się i przygryzam drewnianą końcówkę pędzla. Który będzie lepszy?
Podnoszę wzrok na Harrego, śledząc miękką linię jego umięśnionych pleców i szerokich ramion. Zatrzymuję się chwilę dłużej na ciemnych włosach i marszczę brwi. Sztuczne oświetlenie pracowni sprawia, że wydają się ciemniejsze niż w parku, gdy oświetlało je popołudniowe słońce. Ten jaśniejszy z odrobiną białego powinien pasować. Mimowolnie przenoszę wzrok na jego twarz i z zaskoczeniem odkrywam, że mi się przypatruje. Uśmiecha się lekko, a ja przygryzam mocniej pędzel i wbijam wzrok w jego szyje, gdzie ciemnofioletowa malinka razi mnie po oczach. Cholera.
Patrzę na swoje płótno i zagryzam wargę. Jackie, jesteś idiotką. Sięgam po fioletowy i wyciskam odrobinę na paletę. Tak mocno się do niego wtedy przyssałam, że nie sądzę, by ten ślad zszedł zbyt szybko. Zresztą, mój nie wygląda dużo lepiej. Nadal nie rozumiem jakim cudem prawie w ogóle tego nie czułam. Dobra, rozumiem, że wypiłam prawie pięć piw, ale bez przesady. To niemożliwe żebym była aż tak znieczulona. Wzdycham. Nie dość, że malinka, to zrobiona jeszcze w samochodzie. Jak chyba do końca zwariowałam. Jeszcze tydzień temu nawet przez myśl by mi nie przeszło, by zrobić coś takiego, a teraz proszę, robię to bez mrugnięcia okiem. To jakieś popieprzone. Będę musiała wyciągnąć z szafy stary golf i zapinać koszule pod samą szyję albo podwędzić Effie trochę podkładu. Używa go rzadko, więc nie powinna się zorientować zbyt szybko, jeśli w ogóle. Wcześniej używała go częściej, ale potem pojawił się Niall z tym jego „uwielbiam twoje piegi” i biedny stary fluid poszedł w odstawkę.
Ostatni ruch pędzlem i obraz skończony. Przygryzam wargę, sprawdzając, czy nie wymaga jakichś poprawek. O dziwo nie. Zadowolona z siebie odkładam paletę i pędzel i rozglądam się dookoła. Wszyscy już poszli, a jedyną osobą w pracowni jestem ja. I zupełnie goły Harry. No i profesor Galvin chrapiący w kącie, ale znając życie jego drzemka potrwa jeszcze dłuższy czas, więc równie dobrze moglibyśmy być sami. Cholera, nawet nie zauważyłam, gdy wszyscy wyszli. Musiałam faktycznie mocno odpłynąć.
Nie zarejestrowałam nawet, że Harry zszedł z podwyższenia na środku sali i jadł teraz banana z miski, którą się zakrywał, ubrany już w szlafrok, opierając się o stolik z farbami naprzeciwko mnie. Patrzył na mnie uważnie, śledząc każdy ruch. Zerkam na duży zegar na ścianie i ze zdziwieniem odkrywam, że jest 16:20, czyli dwadzieścia minut temu powinnam skończyć. Cóż, całkiem możliwe, że spóźnię się dziś również do pracy. Liam mnie zabije. Znowu.
Biorę wszystkie pędzle i podchodzę z nimi do małego zlewu w rogu pracowni. Kolorowa woda spływa w kanał, gdy płuczę wszystkie przyrządy. I właśnie myję ręce, gdy nagle…
-Faktycznie dobrze odwzorowałaś mój boski tyłek. Jakbym patrzył w lustro- oglądam się na Harrego i z przerażeniem odkrywam, że ogląda mój obraz, wciąż jedząc tego cholernego banana. –To naprawdę niesamowite- podchodzę do niego, czując jak ręce zaczynają mi się trząść. Cholera jasna, Harry Styles ogląda mój obraz. W dodatku obraz, na którym jest on sam. Może być jeszcze gorzej? Odrywa wzrok na chwilę od obrazu, by posłać mi szeroki uśmiech. Spuszczam głowę, modląc się, by móc zapaść się pod ziemię. Pewnie powinnam spodziewać się tego, że skoro pozował mi przez bite kilka godzin będzie chciał zobaczyć wynik końcowy, ale jakoś wolałam nie dopuszczać do siebie tej myśli. –Masz talent- nie odrywam wzroku od czubka mojego trampka, którym grzebię w dziurze w pomarańczowym linoleum. Już chyba wolę migdalić się w aucie. To przynajmniej jest przyjemniejsze.
-Taaa- przeciągam bez krzty entuzjazmu. Cholera, dlaczego podłoga nie może się tak po prostu rozstąpić i wchłonąć mnie do tych jebanych czeluści? Wszystko lepsze niż komplementujący mój obraz Harry Styles.
-Namalowałaś nawet malinkę- zauważa, dotykając jej bezwiednie. Przygryzam wargę, kiwając nieznacznie głową. Ta, jakoś tak wyszło. Po prostu malowałam to, co widziałam. A tej jebanej malinki nie da się nie zobaczyć. Kurwa mać. –Co się teraz stanie z tym obrazem?- pyta nagle, a ja patrzę na niego, wzruszając ramionami.
-Mają zrobić jakąś wystawę w podrzędnej galerii- mamroczę, a on kiwa głową w zamyśleniu. Ale chwilę później jakby dociera do niego sens moich słów i wytrzeszcza na mnie oczy.
-Wystawa w galerii? Chcesz powiedzieć, że obcy ludzie będą się gapić na cały tuzin moich nagich obrazów?
-W zasadzie to jest ich więcej niż tuzin. I tak, tak właśnie będzie- mamroczę, marszcząc brwi. –Nikt ci o tym nie powiedział?- Harry kręci głową z lekko wystraszoną miną, a ja uśmiecham się krzywo na ten widok. No proszę. Czyli jednak są jakieś granice jego pewności siebie. –A dlaczego pytasz?- chłopak jeszcze przez chwilę patrzył na mój obraz z tą wystraszoną miną zanim spojrzał na mnie.
-Oh, po prostu się zastanawiałem czy mógłbym ten jeden wziąć- Że kurwa co? –Jeśli się na to zgodzisz, oczywiście. To twój obraz- dodaje szybko, widząc tym razem moją zlęknioną minę. Przeczesuje ręką włosy, uśmiechając się nerwowo, gdy wciąż się na niego gapię, nic nie mówiąc. Chwila, moment. Czy Harry Styles chce zabrać ten obraz do domu? Obraz namalowany przeze mnie? Czy to są kurwa jakieś żarty?
-Tak, jasne. W końcu do niego pozowałeś. Poza tym, co miałabym z nim zrobić?- mówię, a on chichocze i kiwa głową. No nie wiem, na przykład powiesić go nad łóżkiem i gapić się na niego do końca mojego kurwa życia. Na przykład.
Patrzymy na siebie, szczerząc zęby przez dłużą chwilę, zanim do mnie dociera, że się kurwa spóźnię do pracy.
-Cholera- wyrywa mi się i pędzę się ubrać. Harry patrzy na mnie z uniesionymi brwiami, gdy wciągam czapkę. –Za pół godziny muszę być w barze- wyjaśniam, rozglądając się lekko spanikowana po pracowni w poszukiwaniu mojego telefonu, który jak na złość gdzieś zaginął. Chłopak wyciąga go z kieszeni szlafroka, a ja czuję ogromną ulgę. Sama nie wiem co gorsze, zgubienie telefonu, czy ponowne spóźnienie się do pracy. Minęłyby lata zanim byłoby mnie stać na kupno nowego. Podbiegam do Harrego, chcąc odebrać zgubę, ale on nagle cofa rękę. Patrzę na niego, unosząc brwi. Naprawdę nie mam czasu na żadne gierki.
-Podwiozę cię- mówi, a ja kręcę głową. Nie ma mowy. Wystarczy, że woził mnie cały dzień. I tak jest dla mnie za miły. W życiu mu się za to wszystko nie odwdzięczę. Harry unosi dłoń z telefonem wysoko poza moim zasięgiem, uśmiechając się głupio. Nosz cholera. Staję na palcach, starając się go dosięgnąć, ale to na nic. Ten gnojek jest za wysoki. Kurwa mać. Krzyżuję ręce na piersi, patrząc na niego spod zmarszczonych brwi. –Myślałem, że się spieszysz- szczerzy do mnie bezczelnie zęby. Oh, co za dureń. Niech się wali, on i ten jego idealny uśmiech z uroczymi dołeczkami w policzkach.
-Dobra- wzdycham ciężko, jakbym zgadzała się na wyjątkowo nieprzyjemną depilację woskiem okolic bikini przez wyjątkowo nieprzyjemną niemiecką kosmetyczkę, a nie na podwózkę do pracy wozem Harrego Stylesa. Co jest ze mną nie tak? Ah, no tak. Nie mam pieniędzy żeby oddać mu za paliwo. Ani pieniędzy ani kurwa żadnego wyboru. Czy ten facet zawsze musi dostawać to, czego chce?
-Grzeczna dziewczynka- chwali mnie, podając w końcu telefon, a ja biorę go od niego, posyłając kolejne mordercze spojrzenie. Znalazł się, gentleman pierdolony. Chociaż nie jestem pewna, czy to jeszcze podchodzi pod gentlemana. Mi to raczej pasuje na skończonego dupka.

***

Tym razem Harry nie ubierał się Bóg wie jak długo i jakimś cudem równo o 17 zaparkował na małym parkingu za barem. Pojęcia nie mam jak to zrobił, bo byłam więcej niż pewna, że i tak się spóźnię. Może tak przystojnych facetów nie obowiązują niektóre przepisy i dlatego zdążyliśmy. Nie wiem, ale jestem kurewsko zadowolona, że tym razem uniknęłam ochrzanu od Liama. Chociaż jego ochrzany i tak nie były najgorsze, bo to w końcu Liam. Jednak wolałabym ich tak czy siak unikać. One raczej mi nie pomogą w zdobyciu podwyżki.
Szybko całuję Harrego w policzek i wyskakuję z samochodu zanim zdąży mnie zatrzymać. Posyłam mu jeszcze szeroki uśmiech i znikam za drzwiami. Wiem, że liczył na coś więcej, ale tym razem nie dostanie czego chce. Nie ma tak dobrze.
Przebieram się szybko w uniform i wychodzę na salę. Liam idzie za mną i staje za ladą, wycierając kufle.
-Faktycznie, fajny ten mustang- mówi, szczerząc się do mnie głupio. Wywracam oczami, ale nie mogę nic poradzić na szeroki uśmiech na mojej twarzy.
-Spadaj- rzucam tylko, zgarniając tacę, a on wybucha śmiechem. Oh, wal się Payne.

17 lipca 2017

14.



         Jakoś koło pierwszej po południu do pokoju wparowuje Effie z rozanielonym wyrazem twarzy, który zaraz znika, gdy dostrzega półżywą blondynkę na jej łóżku. Przyniosłam jej jakieś dresy z jej pokoju i zaciągnęłam pod prysznic, bo strasznie śmierdziała wódką, ale to nie zdało się na zbyt wiele. Pomalowałam jej nawet rzęsy, ale wielkie cienie pod oczami i szary kolor twarzy wciąż były widoczne. Niedbała kitka na czubku głowy i wyraz agonii na twarzy jednoznacznie mówiły co Izzy teraz przeżywa. Mianowicie: potwornego kaca.
Effie wciąż ubrana w tę oszałamiającą kieckę i czarny płaszcz, gapi się na nią jakby blondynka właśnie zniosła jajo w jej łóżku.
-Co się stało?- pyta ruda, nie odrywając oczu od wraku człowieka na jej łóżku. Ciągnę łyk herbaty i wzruszam ramionami, mimo, że Effie w ogóle na mnie nie patrzy.
-Wypiła wczoraj trochę za dużo- wyjaśniam, poprawiając okulary na nosie i przerzucając kolejną stronę książki, którą Harry wczoraj tak oglądał. Wydałam na nią swoje ostatnie pieniądze, ale cholera, warto było.
Izzy jęczy coś, zakrywając twarz poduszką, a ruda patrzy w końcu na mnie, licząc na dalsze wyjaśnienia. Nieczęsto widzi się Izzy w tak złym stanie. Ostatnio spiła się tak mocno, gdy dowiedziała się, że ten dupek ją zdradza. Wtedy było z nią naprawdę źle. Ale jakoś z tego wyszła i sytuacja nie powtórzyła się nigdy potem. Aż do teraz.
-Chyba każdy facet na imprezie przynosił jej drinki, a ona to wszystko wypiła. I tak wygląda nieźle zważając na to, ile tego było- mruczę, rzucając jej spojrzenie znad gigantycznego kubka. Effie przez chwilę wygląda jakby chciała coś powiedzieć, ale w końcu wzdycha i siada wyczerpana przy biurku. Odkładam książkę na bok, starannie wkładając zakładkę w miejscu, w którym skończyłam i patrzę na nią wyczekująco. Ta udaje, że nie dostrzega moich znaczących spojrzeń, gdy zdejmuje płaszcz, szpilki i długie kolczyki. –No więc? Jak było?- pytam, a ona wzdycha, związując włosy w niedbałego koczka.
-Wspaniale- mówi na wydechu, a z każdą chwilą uśmiech na jej ustach się pogłębia. Z lekkim uśmiechem patrzę jak tanecznym krokiem podchodzi do szafy i przebiera się w ciasne dżinsy i bluzę swojego chłopaka. –Restauracja była cudowna, a jedzenie doskonałe. Jedliśmy, śmialiśmy się i tańczyliśmy. Potem poszliśmy na romantyczny spacer brzegiem Tamizy i podziwialiśmy gwiazdy. Później Niall zabrał mnie do siebie, gdzie…- urywa, patrząc na mnie niepewnie. Chrząka, tracąc na chwilę wątek. Parskam śmiechem. Spodziewałam się, że ich randka zakończy się w taki właśnie sposób. –Bawiłam się wspaniale. Niall przez cały czas traktował mnie jak księżniczkę. Tak bardzo go kocham!- po raz kolejny wzdycha rozmarzona, siadając na swoim łóżku, ku niezadowoleniu Izzy, która mamrocze coś niezrozumiałego, poruszając się pod kołdrą. Effie olewa ją zupełnie, wspominając ubiegłą noc. Kręcę głową z uśmiechem. Niall naprawdę ją uszczęśliwia. A ona uszczęśliwia Nialla. Czyli wszystko u nich gra.
Nagle coś brzęczy, a ruda z szerokim uśmiechem porywa swój telefon i odczytuje wiadomość. Po wyrazie jej twarzy jestem skłonna twierdzić, że to od farbowanego blondasa. Wzdycham i spoglądam na zeszyt z rysunkami, leżący na szafce przy łóżku. Uśmiecham się nieznacznie, przypominając sobie wczorajszą noc. Pierwszy raz przyprowadziłam chłopaka do swojego pokoju. Nie było tak źle jak myślałam. W sumie, było całkiem przyjemnie. Zwłaszcza, gdy się ze mną żegnał…
-A jak było na imprezie?- z zamyślenia wyrywa mnie głos Effie, a ja zdaję sobie sprawę, że gładzę palcami usta. Mrugam kilkakrotnie, opuszczając rękę. Cholera.
-Normalnie- wzruszam ramionami. –Dużo ludzi, głośna muzyka, domowe drinki.
-A był ktoś ciekawy?- patrzę na nią, mając wrażenie, że to pytanie kryje znacznie więcej niż się wydaje. Unoszę brew, kręcąc głową, gdy Effie zerka na mnie, niby od niechcenia, sprawdzając coś w swoim telefonie.
-Nie- kręcę głową, nie przerywając kontaktu wzrokowego. Ruda zerka na mnie zbyt często znad swojej komórki, bym mogła wierzyć, że nie interesuje jej zbytnio moja odpowiedź. –Spotkałam tylko paru znajomych, członków bractwa, które organizowało imprezę, jak się później dowiedziałam- mówię, a ona posyła mi długie spojrzenie zanim całkowicie skupi się na smsowaniu ze swoim chłopakiem. Chyba zdałam test. Swoją drogą, ciekawe jak tam Louis z tą jego dziewczyną. Mam nadzieję, że udało mu się ją poderwać, bo byłabym zła, gdyby się okazało, że przerwano nam z Harrym bez sensu. W sensie przerwano w rozmowie, bo do niczego by nie doszło. Cholera, do niczego.

***

Wciąż siedzimy w pokoju, gdy dostaję wiadomość od jakiegoś numeru z informacją o kolejnej imprezie. Jednak nikt nie wykazuje jakichkolwiek chęci, a Izzy zagrzebuje się głębiej w łóżku, gdy o tym mówię. Trudno.
-To może kino?- pytam, gapiąc się bez sensu w sufit, kolejny raz licząc świecące w ciemności gwiazdki, które tam przykleiłam. Próbowałam znaleźć nam jakieś zajęcie, bo wizja siedzenie i nic nie robienia przez cały dzień choć kusząca, nie podobała mi się za bardzo.
-Nie. Grają teraz same tandetne filmy akcji- mamrocze Effie z drugiego łóżka, dyndając głową w dół i przeglądając jakiś magazyn. Wzdycham, kładąc ręce pod głowę.
-Kręgle?- proponuję, ale zaraz zmieniam zdanie. –Cholera, nie mam kasy- krzywię się. Nadal nie żałuję. Te książki były warte każdej ceny. Widok Harrego oglądającego te książki był wart każdej ceny…
Zaraz, co?
-Po prostu zostańmy tutaj. Zadzwonię po Nialla, obejrzymy jakiś film czy coś i będzie fajnie- słyszę jej głos i wzdycham. Doskonale wiem jak skończy się to wspólne oglądanie. Izzy jest wrakiem, więc nawet jeśli wyściubi nos z prześcieradeł to tylko po to, by się wysikać albo napić, a Niall i Effie będą się obściskiwać zanim film na dobre się zacznie. I zostanę sama jak ten palec. Nie znoszę oglądać filmów w samotności, bo zawsze, gdy jest jakaś zabawna albo smutna scena, lubię spojrzeć na resztę i sprawdzić, czy na nich też to tak działa. A, gdy jestem sama, to traci cały urok. Jednak nie widzę żadnych lepszych perspektyw dla dzisiejszego wieczoru, więc chyba pozostaje mi tylko jedno.
-Dobra- wzdycham i słyszę jak ruda stuka szybko po ekranie, zapewne pisząc do Nialla. –Ale pod warunkiem, że Horan przyniesie piwo.
-Stoi- zgadza się Effie, a ja uśmiecham się z satysfakcją. Z piwem w ręku jakoś to zniosę. Co prawda, alkohol w akademiku jest zabroniony, ale Niall ma już doświadczenie w szmuglowaniu trunku. I to całkiem spore. Zdążył nauczyć się tego i owego przez te dwa ubiegłe lata studiów. W pewnych rzeczach nabrał nawet mistrzostwa i jestem mu naprawdę wdzięczna za przekazanie tej wiedzy mnie. Przydaje się częściej niż chciałabym się do tego przyznać. Ale w końcu to studia do cholery. Jesteśmy młodzi, szaleni i spragnieni wrażeń. Jeśli nie teraz jest czas na takie rzeczy, to kiedy?

***

Ktoś puka kilkakrotnie do drzwi, a ja już wiem, że to Horan z moim piwem, gdy Effie rzuca się by otworzyć. Wciąga chłopaka do środka i całuje go prosto w usta. Ten szczerzy się do niej, poprawiając na ramieniu plecak, który brzęczy cicho w znajomy sposób. Piwko!
Szerzę zęby w uśmiechu, zrywam się z łóżka i podbiegam do chłopaka. Ten śmieje się, otwierając ramiona. Dureń myśli, że tak cieszę się na jego widok. Wymijam chłopaka i otwieram jego plecak. Uśmiecham się szerzej na widok browarów.
-Cudownie- mruczę do siebie, a Niall zerka na mnie przez ramię.
-Ciebie też miło widzieć Jack.
-Tak, tak. Daj mi moje piwo- żądam, a on śmieje się ponownie i kręci głową. Zdejmuje plecak i rozdaje wszystkim po jednym, otwierając po kolei. Biorę swoje i ciągnę łyk jakbym nie piła od tygodnia. Siadam na podłodze po turecku opierając się plecami o moje łóżko i włączam laptopa.
-A tej co?- podnoszę wzrok na Horana, który dopiero teraz zauważył Izzy. Nie dziwię się. Spod kołdry wystają tylko końcówki jej blond włosów.
-Kac morderca- rzucam, przeszukując sieć. Chłopak kiwa w zrozumieniu głową i siada obok mnie, ciągnąc za sobą swoją dziewczynę, która od razu przytula się do niego. –Okej, co wolicie?- podsuwam im laptopa i od razu wywiązuje się dyskusja na temat filmu. I, gdy Horan zaczyna się uginać pod Pamiętnikiem Effie mój telefon zaczyna wibrować. Z ekranu szczerzy się do mnie głupio Święta Trójca, tuląc mnie do siebie. Nieznajomy numer nie jest dla mnie nowością, bo w moim przypadku zdarza się to dość często. Otwieram wiadomość bez większego zainteresowania, popijając piwo i prawie wypluwam je na Nialla, gdy czytam jej treść.

Masz jakieś plany na wieczór?
H.

Cholera jasna. To niemożliwe. H? H jak Harry? Harry w sensie Styles? Zastanawiam się chwilę czy znam jakiegoś innego H, ale nic nie przychodzi mi do głowy. To musi być on. Jebany Harry Styles. Tylko skąd on wziął mój numer? No tak. To Harry Styles. Zdobycie nawet mojego numeru nie mogło być dla niego zbyt trudne.
Mrugam kilkakrotnie, zerkając na sprzeczającą się parę. Żadne z nich nie zauważyło, że właśnie przeżyłam atak serca. Tym lepiej.

Film z przyjaciółmi i nielegalne piwo.

Zresztą, co go obchodzą moje plany na wieczór? Może też słyszał o tej imprezie i chciał wiedzieć czy tam idę? Całkiem możliwe. Ale nie idę tam, więc nie ma szans żebyśmy się spotkali. Więc nie będę musiała się z niczego tłumaczyć Effie. Cholera, ja w ogóle nie muszę się jej z niczego tłumaczyć. Przecież jestem dorosła, a ona nie jest moją matką.

Będę za chwilę.
H.

Tym razem krztuszę się piwem, a tamta dwójka przestaje się kłócić. Okej, może jednak będę musiała się jej tłumaczyć. Kurwa mać. Co ja mam teraz zrobić? Przecież nie mogę mu tak po prostu napisać żeby spadał na drzewo. To Harry Styles do cholery jasnej. Poza tym, był dla mnie przez cały czas taki miły, więc nie mogę zachować się jak ostatnia suka. To byłoby bardzo niemiłe z mojej strony. I chcę żeby tu przyszedł… Znaczy, moje hormony chcą. Tylko jak ja to wyjaśnię dziewczynie, która nienawidzi go do żywego odkąd prawie straciłam z nim dziewictwo? Cholera.
-Wszystko okej?- Effie patrzy na mnie z troską, gdy wycieram usta wierzchem dłoni. Kiwam głową i chrząkam, oczyszczając gardło. Patrzę na nią niepewnie. Przecież ona mnie kurwa zabije. I jego też. Ja pierdole. Myślałam, że mam cholernego fuksa, gdy Izzy się schlała i dostała takiego kaca, że praktycznie nie ma z nią kontaktu. Dzięki temu nieunikniony sąd nade mną przeciągnął się trochę w czasie. A teraz? A teraz miałam jakieś piętnaście minut, by przygotować psychicznie tę rudą wariatkę do siedzenia przez dłuższy czas w jednym pokoju z chłopakiem, z którym planowałam stracić dziewictwo. I, z którym o mały włos straciłam dziewictwo, tak nawiasem.
Zerkam na Nialla, który patrzył na mnie, unosząc brwi. Obejmuje swoją dziewczynę silnym ramieniem. On mnie obroni, gdy zrobi się źle, prawda?
-Mój znajomy przyjedzie tu za chwilę. Macie coś przeciwko?- pytam, stwierdzając, że walenie prosto z mostu nie jest najlepszym rozwiązaniem w tej sytuacji. Cholera, wszystko tylko nie to. Oboje kręcą głowami, a ruda uśmiecha się znacząco, unosząc brwi.
-A co to za znajomy?- pyta, sądząc pewnie, że to jakiś facet, którego wreszcie do siebie dopuściłam. Ale jest w błędzie. Jest w cholernym błędzie. To jebany Harry Styles. Którego pewnie zaszlachtuje łyżeczką, gdy tylko przekroczy próg tego pokoju. Ja pierdole.
-To…- urywam, wbijając wzrok w butelkę. Zaczęłam zdzierać etykietkę z nerwów. Co jest kurwa grane. –To Harry.
-Jaki Harry?- pyta Effie, marszcząc brwi. Nie skumała w przeciwieństwie do jej chłopaka, który wytrzeszczył oczy, zerkając na nią niepewnie. On też wie co nastąpi, gdy odpowiem na to pytanie. Pierdolona apokalipsa. Kurwa mać.
-Harry Styles- mamroczę cicho, ale nie dość cicho, by ruda mnie niedosłyszała. Podnoszę na nią wzrok i wszystko dzieje się cholernie szybko. Widzę jak najpierw wytrzeszcza oczy w wyrazie głębokiego zdumienia, ale zaraz marszczy brwi i zaciska szczękę, gdy dociera do niej, ze nie żartowałam.
-Co?- fuka, a ja widzę, jak Niall zaciska na niej ramię. Uwielbiam go za to. Posyłam mu wdzięczne spojrzenie, wiedząc, że kupił mi kilka dodatkowych sekund na ewakuację. Ewakuację z pokoju, akademika, kurwa z planety. –Przecież mówiłaś, że już z nim nie rozmawiasz- cedzi przez zęby, a ja dosłownie widzę jak wszystko się w niej kotłuje. Cholera.
-Nie. Mówiłam ci, że się z nim pokłóciłam- przypominam jej, a gdy widzę, że zaraz wybuchnie, nie daję jej dojść do słowa. –On wcale nie jest taki zły! Nie znasz go, a osądzasz, bazując na tych durnych plotkach! Daj mu szansę- prawie ją błagam, ale ona jakby mnie nie słyszała. Kurwa. –Ja też nie mam zbyt dobrej opinii i doskonale wiesz jak bardzo prawda różni się od tych wszystkich plotek- wyciągam największy argument i wstrzymuję powietrze na kilka długich sekund, gdy dostrzegam wahanie w jej zielonych oczach. –Jest naprawdę miły i wcale nie przypomina Harrego Stylesa, o którym tyle słyszałaś- zapewniam ją, a ona w końcu wymięka, wzdychając i rzucając mi spojrzenie spode łba.
-Dobra- fuka, krzyżując ręce na piersi, a ja uśmiecham się pod nosem. Udało się, muszę być w tym naprawdę dobra, że zdołałam ją przekonać. Horan rzuca mi szybkie spojrzenie pełne uznania, a ja szczerzę się do niego, dumna z siebie. Kurwa, udało mi się.
Biorę zasłużony łyk piwa, który odrobinę traci na smaku, gdy uzmysławiam sobie, że to jeszcze nie koniec. Muszę powiedzieć Effie o wczoraj, bo jeśli wyszłoby to przypadkiem podczas rozmowy, mogłoby się źle skończyć. Ja mogę źle skończyć. Cholera jasna. Odstawiam piwo na szafkę i biorę telefon i tusz do rzęs. Para patrzy na mnie pytająco.
-Wczoraj podwiózł Effie i mnie do domu z imprezy. I pomógł mi zanieść jej zwłoki do pokoju, gdy zasnęła w jego aucie- mówię na jednym wydechu, a gdy widzę jak ruda wytrzeszcza na mnie oczy podbiegam do drzwi i znikam na korytarzu.

***

Napięcie w pokoju wzrasta gwałtownie,  gdy rozlega się pukanie. Effie wbija wzrok w podłogę, Niall posyła mi podnoszący na duchu uśmiech, a Izzy przekręca się na łóżku w drzemce. Ostawiam piwo i gramolę się do drzwi. Otwieram je i cały trud rozmowy z Effie wynagradza mi ten widok.
Harry opiera się ramieniem o framugę, w wolnej ręce trzymając tę zamszową torbę na ramię, którą woził w samochodzie. Ciemne dżinsy opinają jego długie nogi, czerwona koszula w kratę jest rozchełstana pod szyją, ukazując fragment jaskółczych tatuaży. Srebrny wisiorek w kształcie papierowego samolociku komponuje się idealnie z licznymi pierścieniami na jego zgrabnych palcach. Zamszowa kurtka z wełnianym kołnierzem zniknęła na rzecz grubej, brązowej bomberki. Uśmiecha się, świecąc zębami i dołeczkami w policzkach, gdy przewierca mnie tymi zielonymi ślepiami.
-Cześć- mówi po prostu, a ja szczerzę się do niego głupio, gapiąc się na niego jak idiotka. Tym razem nie mogę wykręcić się alkoholem, bo nie wypiłam nawet połowy swojego piwa. Cholera. Taki przystojny…
-Cześć- witam się i jestem cholernie zadowolona z obcisłych dżinsów, które na sobie mam, bo mój tyłek wygląda w nich nieziemsko. Dzięki krótkiemu, fioletowemu sweterkowi i długiemu warkoczowi jestem urocza bardziej niż zwykle. Przekonałam się o tym, gdy zobaczyłam błysk w jego oczach.
Nachyla się do mnie i już myślę, że pocałuje mnie przy wszystkich w usta, gdy on cmoka mnie w policzek. Wpuszczam go do środka i zamykam za nim drzwi. Jego spojrzenie najpierw spoczywa na łóżku Effie, gdzie śpi Izzy, a gdy dostrzega blond pasma wystające spod kołdry, na jego twarzy pojawia się wyraz zrozumienia. Potem dostrzega Nialla i Effie, patrzących na niego z lekkim podziwem z podłogi. W końcu pierwszy raz widzieli z bliska Harrego Stylesa.
-To Effie i Niall. Niall i Effie to Harry- przedstawiam ich sobie, a oni wymieniają się uprzejmymi uśmiechami. Nawet ruda zdobywa się na coś na kształt uśmiechu. Każdy wymięka przy Harrym Stylesie.
-Przyniosłem prowiant- mówi Harry, otwierając swoją torbę, a ja dostrzegam w niej kolejne piwa i przekąski. Jak miło. Uśmiecham się do niego i ciągnę za sobą na podłogę. Siada po mojej lewej, a ja jestem wdzięczna w duchu Horanowi, że zajął miejsce z mojej drugiej strony. Effie nie mogła siedzieć za blisko Harrego. To mogłoby być dla niej zbyt wiele jak na pierwszy raz. –Więc, co oglądamy?- pyta brunet, obejmując mnie ramieniem, a ja jestem tak zaskoczona, że zapominam języka w gębie i nie mogę mu odpowiedzieć. Tamta dwójka najwyraźniej to zauważa bo mnie wyręcza.
-Pamiętnik- rzuca Effie, patrząc na niego wyczekująco i czekając aż zacznie się krzywić i narzekać jak każdy normalny facet. Na przykład Horan, on skrzywił się na sam tytuł filmu, ale jest zbyt wpatrzony w swoją dziewczynę, by kontynuować sprzeczkę. Ja zresztą też krzywię się nieznacznie, zdając sobie sprawę, że przez następne kilka godzin będę musiała oglądać film, do którego oglądania Effie zmusiła mnie wcześniej co najmniej trzy razy. Może przynajmniej obecność Harrego utemperuje nieco tych zboczeńców i nie będą się tak jawnie obściskiwać. Oby.
-Oh, dawno go nie widziałem- oglądam się na Harrego, unosząc brwi, a on uśmiecha się, wciąż patrząc na rudą, która nie dostrzegając cienia niezadowolenia na jego przystojnej twarzy, wraca do przytulania się do Horana.
W końcu chłopak patrzy na mnie, a widząc moje zdziwienie, uśmiecha się szerzej i otwiera piwo, które przyniósł. To znaczy, że oglądał go już wcześniej? Że co proszę? Kim ty jesteś?

***

Wystarczy pół godziny romantycznych podchodów dwójki zakochanych w filmie, by Effie i Niall przysnęli, całkowicie tracąc kontakt z rzeczywistością. Wiedziałam, że tak będzie. Cóż, więcej piwa dla mnie.
Uśmiecham się z zadowoleniem, biorąc kolejny duży łyk. Harry najwyraźniej też zauważył, że zostaliśmy sami na pokładzie, bo obejmuje mnie mocniej, przysuwając bliżej siebie. Chowam głupi uśmiech w szyjce butelki przed jego spojrzeniem. Cholera jasna.
Okej, fajnie, że nie muszę oglądać sama, bo szczerze tego nie lubię. Jeszcze fajniej, że mogę oglądać to z Harrym. Ale dlaczego ten facet musi na mnie tak dziwnie działać? Przy nim czuję, że tracę kontrolę, a tego nie lubię. Choć akurat w tym przypadku nie wydaje się to takie złe… Cholera, Jackie, czy ty siebie słyszysz?
-Chyba zostaliśmy sami- szepcze w moje ucho, a ja dostaję gęsiej skórki, gdy czuję jak blisko jest. Przełykam ślinę, starając się opanować szalejące hormony. Kurwa mać. Zerkam ponownie na śpiącą Świętą Trójcę i wracam wzrokiem do ekranu laptopa. Film miga mi przed oczami, ale nie potrafię się na nim skupić. Zapach Harrego i jego bliskość skutecznie mieszają mi w głowie.
-Chyba tak- przytakuję równie cicho, nie chcąc zbudzić śpiącej pary. Chociaż, pewnie gdybym ich obudziła, Harry odsunąłby się trochę, pozwalając mi myśleć. Tyle, że nie jestem pewna, czy ja tego chcę. Znaczy, moje hormony na pewno nie. Marszczę brwi, chwytając się pierwszej lepszej myśli. –Serio oglądałeś to już wcześniej?
-Tak. Kilka razy- marszczy brwi, zaskoczony tak nagłą zmianą tematu. Nie takiej odpowiedzi się spodziewałam. Myślałam raczej, że jakimś cudem domyślił się, że to był pewnego rodzaju test, który nawiasem zdał śpiewająco. Spodziewałam się wszystkiego, ale na pewno nie tego, że mówił prawdę.
-Cóż. To… nietypowe- mamroczę, a on wciąż patrzy na mnie w ten sam sposób, nie odsuwając się choćby na milimetr. Z całych sił staram się skupić na filmie, ale moje wysiłki są całkowicie zbyteczne. Mój mózg powoli zmienia się w ciepłą papkę. Zajebiście.
-Nietypowe?
-No wiesz, niezbyt wielu facetów może się pochwalić, że widziało ten film chociaż raz- mieszam piwem w butelce, starając się skupić na czymkolwiek innym niż on. Ale to cholernie trudne, zwłaszcza, gdy łapie mój warkocz i gładzi go między palcami.
-To źle, że już go widziałem?- pyta, a ja czuję jak wpatruje się w mój profil, gdy wbijam wzrok w migający ekran. Nie jestem nawet w stanie rozróżnić migających kształtów. Kurwa mać
-Nie, to po prostu… nietypowe- powtarzam, unikając jego spojrzenia jak ognia. Nie ufam sobie na tyle, by spojrzeć w jego stronę. Jest zbyt przystojny, a jego wzrok zbyt hipnotyzujący. Wolę nie myśleć co Effie by nam zrobiła, gdyby się obudziła w nieodpowiednim momencie.
Harry chyba zauważa, że ze wszystkich sił staram się na niego nie patrzeć, bo podnosi mnie i sadza z jego drugiej strony, przerzucając moje nogi przez jego tak, bym wciąż mogła patrzeć na film. Szkoda, że straciłam nim zainteresowanie już jakiś czas temu. Prawą rękę kładzie na moim udzie, a lewą ponownie mnie obejmuje, przysuwając bliżej siebie. Zaciskam dłonie na butelce, nie wiedząc co z nimi zrobić. Okej, może jestem dobra w całowaniu i innych takich rzeczach i wtedy doskonale wiem co zrobić z rękami, ale, gdy chodzi o zwykłe przytulanie, jestem beznadziejna. Nie mam zbyt dużego doświadczenia w takich sprawach. W przeciwieństwie do Harrego, który spotykał się z wieloma dziewczynami w pełnym tego słowa znaczeniu. Ja nie spotykałam się jeszcze z nikim w pełnym tego słowa znaczeniu.
-Coś ty taka spięta?- mruczy i zaczyna gładzić moje plecy dłonią przez co spinam się bardziej. Cholera jasna. Zerkam na niego, przybierając kamienny wyraz twarzy.
-Wcale nie jestem spięta- kłamię, a on śmieje się cicho, doskonale wiedząc jaka jest prawda. Walony Harry Styles. Chłopak unosi brew, uśmiechając się krzywo pod nosem.
-Krępuję cię?- pyta, a ja wytrzeszczam na niego oczy, prawie oblewając się piwem. Co prawda zdołałam zapanować nad piwem, ale oblałam się czymś innym. Jebanym wściekle czerwonym i piekącym rumieńcem. Cholera jasna.
Wytrzeszczam oczy na chłopaka, który wciąż uśmiecha się w ten durny sposób i gapi na moją czerwoną twarz, doprowadzając mnie tym niemal do irytacji.
-Co? Nie! Nie krępujesz mnie!- wyrzucam z siebie zbyt szybko, a on zaczyna rechotać. Dupek jeden. Przecież Harry wcale mnie nie krępuję! Do cholery jasnej, ja prawie uprawiałam z nim seks, dlaczego miałby mnie krępować? Krępują mnie te całe pierdolone przytulanki. Nigdy nie byłam w tym dobra. Zresztą, po co to komu? Jakoś wytrzymałam bez tego dwadzieścia lat i nic mi nie jest. Jestem zupełnie normalna, jak widać. –Zamknij się, bo ich obudzisz- syczę na niego, a on opiera głowę na materacu łóżka i śmieje się dalej. Piorunuję go spojrzeniem, ale na niezbyt wiele się to zdaje. Zerkam z niepokojem w bok, upewniając się, że reszta wciąż smacznie śpi. Niall pochrapuje cicho z głową opartą o materac, tak jak Harry, a Effie zawinęła się w kłębek w jego ramionach jak jakaś gigantyczna wiewiórka. Patrzę z niepokojem jak ruda wierci się na podłodze, mamrocząc coś z zamkniętymi oczami. Cholera, zaraz się obudzi.
Nie myśląc zbyt wiele, zakrywam jego rechoczące usta ręką, a on milknie nagle, zaskoczony.
-Zamknij się idioto- powtarzam, marszcząc brwi, a on gapi się na mnie tymi zielonymi ślepiami. Ponownie oglądam się na rudą, a gdy widzę, że wciąż śpi, wypuszczam powietrze z płuc. Jeszcze tego mi brakowało, żeby Effie rzucała w nas wściekłym spojrzeniem za każdym razem, gdy Harry spróbuje się do mnie zbliżyć. Już wystarczyła mi jej kwaśna mina, gdy objął mnie ramieniem.
Nagle czuję mokre ciepło na wnętrzu dłoni i oglądam się na Harrego, wytrzeszczając oczy. Czy ten dureń właśnie…
-Czy ty mnie właśnie polizałeś?- pytam cicho, a wesołe iskierki w jego oczach potwierdzają moje przypuszczenia. –Cholera, Harry!- syczę, wycierając mokrą rękę w jego koszulę. Ten szczerzy się zadowolony, dumny, że jego podstęp się udał. –Jesteś stuknięty- marszczę brwi, ale jego uśmiech jest tak zaraźliwy, że nie mogę długo się opierać. Uśmiecham się, spuszczając wzrok na butelkę piwa w moich dłoniach. To już druga. Tak sobie myślę, że może nie powinnam pić w obecności Harrego, bo potem robię dziwne rzeczy. W sumie fajny pomysł i wydaje się dość prosty. Ale tylko w teorii, bo w praktyce trochę gorzej…
Nagle dziwny pomysł pojawia się w mojej głowie i odstawiam piwo na bok, podnosząc wzrok na bruneta. Wygląda na lekko zdziwionego, ale nie protestuje, gdy nachylam się do niego. Zamyka oczy i rozchyla lekko usta, licząc na pocałunek, gdy łapię jego twarz w obie dłonie, by nie mógł się cofnąć. A wtedy przejeżdżam językiem od jego szczęki aż po czoło.
-Jackie!- jęczy, a ja wybucham śmiechem, odsuwając się od niego. Patrzę zadowolona jak wyciera twarz o ramię, posyłając mi oburzone spojrzenie. Ale w końcu sam nie wytrzymuje i parska, łapiąc się za nasadę nosa i kręcąc głową. –Jesteś stuknięta- powtarza moje słowa, a ja się do niego tylko szczerzę. I kto to mówi panie Styles.

***

Napisy końcowe już dawno przestały migać na ekranie, ale żadne z nas nie rusza się z miejsca. Wciąż jest wcześnie, a Święta Trójca nie obudziła się nawet na chwilę. Tym lepiej.
Jakoś łatwiej było mi znieść ten film po raz kolejny, czując silne ramię Harrego owinięte wokół mnie i jego dużą dłoń na moim udzie. Tak tylko mówię. Śmiał się dokładnie w tych samych momentach co ja, kręcił głową dokładnie w tych samych monetach co ja i wywracał oczami dokładnie w tych samych momentach co ja. Wiem, bo sama sprawdzałam.
Opieram głowę na jego ramieniu, marszcząc brwi. Dlaczego ja mu w ogóle pozwalam obejmować się w taki sposób?
-Film się skończył- mówi, gdy jego oszałamiająca spostrzegawczość daje o sobie znać. O kurde, faktycznie. Nie zauważyłam tego wcześniej. Dzięki za info Harry.
-Co teraz robimy?- pytam, nie mając najmniejszej ochoty podnieść głowy. Łapię jego wisiorek w kształcie papierowego samolociku w palce i obracam go powoli, a zimny metal chłodzi moją skórę. Harry dopija swoje piwo, a ja śledzę zafascynowana wzrokiem jego Jabłko Adama poruszające się na jego szyi. Odstawia pustą już butelkę na bok, a ja liczę w myślach ile ich już jest. Osiem, nie licząc tych do połowy opróżnionych przez Nialla i Effie. Wypiłam cztery piwa. Serio musiałam być spragniona… Momencik, czy ja niedawno nie mówiłam czegoś o nie piciu przy Harrym?
-Mam pewien pomysł- mruczy, odsuwając mnie nieznacznie i wpijając się ciepłymi ustami w moją szyję. Zaciskam dłonie na jego szerokich barkach, czując dziwne mrowienie spływające w dół kręgosłupa. Zamykam oczy, gdy jego wargi wędrują wzdłuż mojej szczęki, zostawiając gorące ślady. Mimowolnie moje myśli wędrują tydzień wstecz, przywołując wszystkie obrazy z jego sypialni. Na jeden cholerny moment zupełnie zapominam, że nie jesteśmy sami. Otwieram oczy, odsuwając się od niego na bezpieczną odległość. Cholerne piwo. –Co się stało?- Harry unosi brwi, patrząc na mnie pytająco. W półmroku panującym w pokoju jego oczy wydają się być czarne. Ciemne linie tatuaży na jego ramionach nikną w mroku. Przełykam ślinę, starając się nie myśleć o tym jak bardzo przystojny jest.
-Oni wciąż tu są- przypominam mu szeptem, a on ogląda się na śpiącą parę i wzdycha, opuszczając trochę ramiona. Przeczesuje ręką włosy, jakby machinalnie i zerka na mnie niepewnie, jakby nie wiedział co teraz zrobić. Bo faktycznie jesteśmy trochę w dupie. Nie możemy zostać tutaj, nie ryzykując, że głośniejszym dźwiękiem kogoś obudzimy, nie możemy iść do pokoju Izzy, bo mimo, że jej współlokatorka pewnie wybyła na kolejną imprezę, dziwnie bym się tam czuła bez nich, nie możemy iść do Nialla, bo jego współlokator pewnie zabawia się tam właśnie teraz ze swoją dziewczyną. Nie ma też opcji żeby jechać do Harrego albo w ogóle gdzieś jechać, bo jesteśmy już po kilku piwach.
Nagle w głowie świta mi pewien pomysł i wstaję, zgarniając pozostałe browary. Harry patrzy na mnie, unosząc brwi.
-Ubieraj się- mówię, a on unosi brwi wyżej, uśmiechając się pod nosem.
-Jesteś pierwszą dziewczyną, która każe mi to zrobić.

***

Ogrzewanie w mustangu szumi cicho, a radio wygrywa jakąś nową piosenkę. Ciągnę kolejny łyk piwa, siadając wygodniej na tylnym siedzeniu. W końcu opieram się o drzwi i wyciągnięte nogi kładę na kolanach Harrego, który unosi brew, ale nic nie mówi. Uśmiecham się z satysfakcją, odczuwając poziom komfortu, z którego jestem zadowolona. Sobota, piwko, wypasiony samochód, Harry Styles jako podnóżek. Żyć nie umierać. Kto by pomyślał, że tak skończę? Na pewno nie ja.
Patrzę na przystojniaka, siedzącego jakiś metr ode mnie, popijającego swoje piwo i zaciskającego ciepłą dłoń na moich skrzyżowanych kostkach. Pierścienie na jego długich palcach lśnią, odbijając lampy parkingowe i blade światło księżyca. Podziwiam jego profil i mocno zarysowaną szczękę, widoczną nawet w tym słabym świetle. Piąte piwo? Powinnam je odstawić albo najlepiej wylać żeby potem nie świrować. Powinnam…
Powinnam?
-Mamy dzisiaj rocznicę- nie jestem pewna czy to z zimna czy to przez jego niski głos dostaję gęsiej skórki na ramionach. Patrzy na mnie, rażąc tym cholernym uśmiechem i dołeczkami w policzkach. Unoszę brwi, poprawiając jego czapkę na głowie. Sam mi ją założył, znowu. –Dokładnie tydzień temu miałem cię w moim łóżku- obniża głos jeszcze bardziej, a ja wbijam w niego spojrzenie. Dopiero tydzień? Tyle się od tego czasu wydarzyło, że mam wrażenie, że to było wieki temu. Z kolei jeśli chodzi o gapienie się na nagi tyłek Harrego to mam wrażenie, że minął aż tydzień. Chociaż nie, jutro będzie tydzień. Widziałam go jeszcze w niedzielę podczas dodatkowych zajęć z malarstwa. Faktycznie. Choć to wciąż zbyt długa przerwa. –I dokładnie tydzień temu zasnęłaś w moim łóżku, zanim zdążyłem cokolwiek zrobić- mówi, a ja z nieznajomych powodów zaczynam chichotać. Chociaż nie, całkiem możliwe, że to przez to piwo.
Harry odstawia swoją butelkę i łapie za moje nogi tuż pod kolanem. Przyciąga mnie do siebie, a ja ślizgam się na skórzanym siedzeniu, wciąż chichocząc. Nie przestaję nawet, gdy sadza mnie na sobie okrakiem, zaciskając dłonie na moich udach. Harry robi ze mną co chce, jakbym była jego własnością, a ja mu na to pozwalam. Jakoś mi to nie przeszkadza i naprawdę nie mogę przestać chichotać jak idiotka. Patrzę na niego z góry, uśmiechając się.
-Cześć- chichoczę, a on unosi kąciki ust ku górze, rozbawiony.
-Cześć- wznosi ręce i naciąga mi czapkę na uszy. Po raz trylionowy wybucham niepohamowanym chichotem. Ja naprawdę nie wiem, co się dzieje. Znowu tracę nad sobą kontrolę. Jebane piwo.
Harry chyba czyta mi w myślach, bo zabiera mi butelkę i kładzie obok swojej. Marszczę brwi, patrząc na niego badawczo. Bo oto właśnie Harry Styles, największy kobieciarz na całej uczelni, zabiera mi piwo, widząc, że jestem już trochę wstawiona. Swoją drogą, dziwne, że jego jeszcze w ogóle nie wzięło. Najwyraźniej ma naprawdę mocną głowę. Biedak.
-Jak to możliwe?- pytam, zanim zdążę ugryźć się w język, a on patrzy na mnie pytająco.
-Co takiego?- pewnie gdyby nie to piwo, w życiu nie zdobyłabym się na odwagę, żeby powiedzieć coś takiego. Mimo, że jestem Jack Black.
-Że tak bardzo różnisz się od tego Harrego Stylesa, o którym tyle słyszałam- chłopak marszczy brwi, przypatrując mi się przez chwilę w milczeniu. Zagryza wargi i wygląda jakby się nad czymś zastanawiał. I już myślę, że mi nie odpowie, gdy się odzywa.
-Nie wszystkie plotki mówią prawdę- patrzy mi w oczy, a ja widzę jak całe rozbawienie znika z jego twarzy. Rozumiem, że to zdanie kryje w sobie więcej niż się wydaje.
No proszę, czyli nie jestem jedyna. Aż trudno uwierzyć, że to spotkało też pana Stylesa. Nagle spływa na mnie nieuzasadniona ulga, gdy dociera do mnie, że Harry wcale nie jest taki zły, jak o nim mówią. W sumie, wiedziałam o tym, odkąd obudziłam się w jego mieszkaniu tydzień temu i zrobił mi śniadanie. Nikt tak miły nie może być zły. Uśmiecham się krzywo pod nosem, spuszczając wzrok i kiwając głową.
-Wiem coś o tym- gdy ponownie na niego patrzę, obrzuca mnie uważnym spojrzeniem zielonych oczu. Próbuję w nich znaleźć jakieś zwątpienie, ale dostrzegam tylko ciekawość. Harry uśmiecha się do mnie, a ja odwzajemniam gest, czując się dziwnie lekka. Jak dotąd jedynymi osobami z uczelni, które wiedziały, że te wszystkie plotki o Jack Black są stekiem bzdur wyssanym z palca była Święta Trójca. Nie sądziłam, że ktoś jeszcze może dowiedzieć się prawdy, a już na pewno, że tą osobą będzie Harry Styles. –Czyli nie kochałeś się w basenie z Amandą Dixon podczas brunchu charytatywnego w domu jej rodziców?- Harry unosi brew, uśmiechając się pod nosem.
-A czy ty potrafisz zwinąć się w precla i zaliczyłaś całą uniwersytecką drużynę rugby podczas jednej imprezy?- wybucham śmiechem w odpowiedzi. W precla? Słyszałam o szpagacie i mostku, ale precla jeszcze nie było.
Czy to znaczy, że Harry jest normalnym facetem, wcale nie dupkiem, i mogę stracić z nim dziewictwo, nie narażając się przy tym Effie? Cholera, nie sądziłam, że sprawy przybiorą taki obrót. Jak tak dalej pójdzie, dostanę od rudej nawet błogosławieństwo. Nie myślałam, że dożyję tej chwili.
-Szkoda. To mogłoby być ciekawe- mruczy, marszcząc brwi w zamyśleniu, a ja wciągam głośno powietrze i uderzam go w ramię ze śmiechem. Harry szczerzy się do mnie i przesuwa dłonie na moje biodra, a potem wyżej na plecy. Zafascynowana patrzę jak jego świecące oczy ciemnieją, gdy przyciąga mnie do siebie. Nachlam się do niego, opierając ręce na fotelu po obu stronach jego głowy. Dlaczego mu na to pozwalam? Zanim chociaż zdążę nad tym pomyśleć, przyciskam usta do jego ciepłej szyi. Pod wargami potrafię wyczuć jego tętno, które przyspiesza z każdym pocałunkiem, co zachęca mnie jeszcze bardziej. Zasysam mocno skórę jednocześnie napierając na jego krocze. Harry wbija palce w moje biodra, biorąc głośny oddech. –Dobrze, że nie mam dresów- mruczy, a ja przerywam na moment i wybucham śmiechem. Chłopak to wykorzystuje i całuje linię mojej szczęki, schodząc coraz niżej. Odchylam głowę do tyłu i zamykam oczy, gdy całuje szyję i zatrzymuje się na dekolcie. Jednocześnie jego duże dłonie wędrują pod mój sweter, gładząc plecy. Zagryzam wargę i wbijam palce w skórzany fotel, gdy zasysa delikatną skórę tuż nad prawą piersią. Kurwa mać.
Co ja właśnie robię? Co my właśnie robimy? Migdalimy się w pierdolonym samochodzie! Samochodzie! Odpycham go od siebie, a on jęczy wyraźnie niezadowolony.
-Przecież się nie całujemy- zauważa i próbuje się ponownie do mnie zbliżyć, ale mu na to nie pozwalam. Patrzy na mnie z wyrzutem, a ja posyłam mu twarde spojrzenie. Nie działają na mnie jego szczenięce oczka. Dobra, może i działają, ale nie tak, jak on by tego chciał. –Dobra. To jedziemy do mnie?- pyta, a ja marszczę brwi, patrząc na niego jak na skończonego idiotę.
-Przecież piłeś.
-Bezalkoholowe- szczerzy się do mnie głupio, a ja unoszę brew. Zaraz, co? Harry podnosi swoją butelkę i pokazuje mi ją. Faktycznie bezalkoholowe.
Moment, czy ten palant próbował mnie upić? Marszczę brwi, krzyżując ręce na piersi.
-Czy ty próbowałeś mnie upić?- pytam, robiąc groźną minę, a on traci odrobinę pewności siebie. Co za dureń.
-Nie kazałem wypić ci tych wszystkich piw- unosi ręce w obronnym geście, a ja piorunuję go spojrzeniem. –Poza tym, muszę jakoś wrócić do mieszkania- zauważa, a ja przygryzam wargę, odwracając wzrok, zła na siebie. Bo to, że się trochę wstawiłam to tylko i wyłącznie moja wina. Cholera jasna. –Chyba, że chcesz mnie przenocować. Nie miałbym nic przeciwko- dodaje cicho, a ja zerkam na niego, gdy uśmiecha się niewinnie. Parskam, kręcąc głową. Ten facet jest niemożliwy.
-Ale moja współlokatorka miałaby- mówię, a on marszczy brwi, nie rozumiejąc. –Powiedzmy, że nie ufa ci za bardzo- Harry prycha na te słowa i robi minę jakby zupełnie nie pojmował jak można mu nie ufać. Uśmiecham się na ten widok i w przypływie bezmyślności, wyciągam rękę i przeczesuję jego ciemne włosy. Czerpię z tego dziwną satysfakcję i on chyba też, wnioskując po jego szerokim uśmiechu. Właśnie takie włosy powinien mieć facet, żeby kobieta miała za co ciągnąć.
-Wciąż to robisz. Ciągle bawisz się moimi włosami- zauważa, a ja mrugam kilkakrotnie, patrząc na moją dłoń w jego włosach. Możliwe. Wzruszam lekko ramionami.
-Po prostu to lubię- chłopak uśmiecha się krzywo i kiwa głową.
-Tak, ja też.

***

Gadaliśmy tak chyba bez końca, a tematy nam się nie kończyły. Zaskakujące jak dobrze mi się z nim rozmawia. I pewnie rozmawiałabym jeszcze dłużej, gdybym nie usłyszała jak spiker w radiu zaczyna odczytywać wiadomości, twierdząc, że jest czwarta rano. Patrzę na zegarek na jego nadgarstku i mrugam oszołomiona. Rzeczywiście, nawet nie zauważyłam kiedy to zleciało. Siedzieliśmy w tym samochodzie od bitych pięciu godzin. Zerkam na Harrego i dopiero teraz dostrzegam zmęczenie na jego twarzy. Gramolę się z jego kolan, a on patrzy na mnie zaskoczony.
-Już późno, znaczy wcześnie… powinieneś już jechać- mówię i próbuję się nie skrzywić, gdy mój tyłek spotyka się z lodowatą skórą siedzenia. Harry marszczy brwi i sięga po mnie, chcąc ponownie na sobie posadzić. Powstrzymuję go, kręcąc głową. –Mówię serio Harry. Jest czwarta rano- on jakby mnie nie słyszał. Gramoli się do mnie, próbując opleść ramionami.
-To co- sapie, gdy w końcu udaje mu się mnie objąć i sadza mnie w poprzek siebie. Opiera głowę o zagłówek i przymyka oczy. Wzdycham i szturcham go w ramię. Jak dziecko.
-Przecież widzę, że jesteś zmęczony.
-Wcale nie jestem zmęczony- mamrocze niewyraźnie, a ja wywracam oczami. Chłopak zaczyna wolniej oddychać, a ja wiem, że jeśli czegoś zaraz nie zrobię, on zaśnie. Cudownie.
-Harry!- dźgam go w bok, a on w końcu otwiera oczy, patrząc na mnie. Przeciera je sennie piąstkami, a wygląda przy tym tak uroczo, że na chwilę zapominam co miałam zrobić. –Przecież nie możesz spać w samochodzie.
-Nikt mi nie zabroni- widzę, że z trudem utrzymuje otwarte oczy, gdy wolno podnosi powieki. Cholera, nie może w takim stanie wracać do domu. Przecież ten kretyn zaśnie za kierownicą. Wzdycham i wyplątuję się z jego ramion.
-Wstawaj, wracamy do pokoju- mówię, a on patrzy na mnie nieprzytomnie.
-Już nie stoi, ale zawsze możesz się postarać żeby wrócił na miejsce- mamrocze, a ja parskam i prawie siłą wyciągam go z samochodu. Wyciągam kluczyki ze stacyjki i zamykam auto. Harry dosłownie wiesza się na mnie i coś mi mówi, że to nie przez senność. Zboczeniec.
 Prowadzę go do pokoju, modląc się w duchu żeby się na nikogo nie natknąć. Ktoś mógłby wracać teraz z imprezy, a widząc mnie prowadzącą nieprzytomnego Stylesa do pokoju, mógłby pomyśleć dziwne rzeczy i nowe plotki gotowe. Tego wolałabym uniknąć.
Otwieram drzwi i zaraz zamykam je na klucz. W akademiku nigdy nic nie wiadomo. Rozglądam się po pokoju i z zadowoleniem odkrywam, że Święta Trójca gdzieś zniknęła. Pewnie Izzy wróciła do siebie żeby kontynuować umieranie, a Effie i Niall poszli do blondasa. Wspaniale.
Patrzę na Harrego, stojącego pośrodku pokoju z zamkniętymi oczami i bujającego się na wszystkie strony świata. Wzdycham i podchodzę do szafy, grzebiąc w rzeczach rudej. Gdzieś powinna mieć ciuchy Nialla. Znajduję tylko jego krótkie spodenki, ale powinny się nadać. Rzucam je chłopakowi, a on łapie je w ostatniej chwili, marszcząc brwi.
-To Nialla. Jedyne męskie jakie mam- Harry rzuca im ostatnie nieufne spojrzenie i tak po prostu zaczyna się rozbierać. Wywracam oczami, zgarniam swoją piżamę i robię to samo, zasłaniając się drzwiami dużej szafy. Gdy wciągam przydużą koszulkę przez głowę, drzwi się zamykają, a ja patrzę z wyrzutem na Harrego. Szczerzy się głupio, krzyżując ramiona na piersi, a ja z dużym zadowoleniem odkrywam, że ma na sobie tylko te spodenki, które są mu odrobinę przyciasne, tak nawiasem. Niall jest od niego trochę mniejszy.
Przez chwilę gapię się na jego gołą klatę, a potem wymijam i wchodzę do łóżka. Harry podchodzi do mnie i już chce się wślizgnąć obok, gdy zabieram mu kołdrę.
-O nie, spadaj na tamto- wskazuję na łóżko po drugiej stornie pokoju, a on patrzy na nie, marszcząc brwi.
-Nie ma mowy- fuka i zupełnie ignorując moje protesty, pakuje mi się do łóżka. Rzucam mu wkurzone spojrzenie, a on uśmiecha się sennie, układając wygodnie. Cholera, dlaczego to łóżko musi być tak małe? Staram się zachować bezpieczną odległość, ale nie mogę przesunąć się na tyle, by go nie dotykać i nie spaść na podłogę. Kurwa mać. W końcu Harry rozwiązuje problem małej przestrzeni, przekręcając mnie na bok i przytulając się do moich pleców. Wzdycham, już wyobrażając sobie co zrobi Effie, gdy wparuje rano do pokoju. Mam ochotę kopnąć Stylesa w krocze, gdy oplata ręką mój brzuch, przyciągając bliżej siebie. Ale nagle odkrywam, że czuję się całkiem wygodnie. Co jest kurwa grane? –Dobranoc Jackie- mamrocze i po chwili czuję jego usta na moim karku. Drżę zupełnie mimo woli, co on musiał zauważyć, zważając na to jak blisko mnie leży. Cholera.
-Dobranoc Harry- szepczę i chwilę później słyszę jego równy oddech.