27 sierpnia 2017

17.



         Dzisiejszy dzień nie wydaje się wcale taki zły i humor dopisuje mi od samego rana. W moim przypadku to dość nietypowe. Sama nie wiem dlaczego tak się dzieje. Teoretycznie powinnam być wykończona, bo pisałam z Harrym jakoś do czwartej rano, ale dziwnym trafem, gdy zadzwonił budzik byłam bardzo rześka i zupełnie wyspana. Nie mam pojęcia jak to działa, ale chcę tak codziennie. Normalnie siedem godzin snu mi nie wystarcza i rano naprawdę mam problem z wstaniem i ogólnie nastrój do dupy i lepiej wtedy mnie nie wkurzać. Ale dziś czuję się wspaniale. A spałam tylko trzy godziny. To jakieś czary.
Uśmiecham się i z zadowoleniem ciągnę kolejny łyk mojej ulubionej gorącej czekolady, która rozgrzewa mnie przyjemnie od środka. Nawet lodowaty wiatr i paskudna pogoda, która z każdym dniem jest gorsza nie jest w stanie popsuć mi humoru. Fioletowa czapka zdaje się dziś cieplejsza niż zazwyczaj.
-Boże, Effie, wyglądasz strasznie- mówi Izzy, obrzucając rudą zmartwionym spojrzeniem. Ta patrzy na nią z wyrzutem. –Bez urazy, ale serio. Widziałaś się dzisiaj?
-Jasne, że widziałam!- fuka Effie, wyraźnie poirytowana. Zerkam na nią z uśmiechem, który jakoś nie chce zejść z mojej twarzy. –Nie spałam pół nocy, bo Jack romansowała z kimś do rana i nie mogłam zasnąć przez te ciągłe wibracje i jej durne chichoty!- dziewczyna miota we mnie rozjuszonym spojrzeniem, ale nie potrafię się tym przejąć. Mam zbyt dobry humor. Izzy unosi brwi, patrząc na mnie pytająco, na co wzruszam nonszalancko ramionami, biorąc kolejnego łyka.
-Nie przeczę- i zanim blondynka zdąży zbombardować mnie milionem pytań na temat tajemniczego chłopaka, z którym romansowałam, podchodzi do nas jak zawsze wesoły Niall.
-Hej wam- wita nas szerokim uśmiechem, który blednie odrobinę na widok jego dziewczyny. Cienie pod jej oczami są bardzo wyraźnie, mina wyraźnie wkurzona, a wzrok wyraźnie mówiący, że potrzebuje kofeiny. Dużej dawki kofeiny. –Stało się coś?
-Jack się stała!- wybucha ruda, wskazując na mnie oskarżycielsko ręką. Horan patrzy zdziwiony najpierw na mnie, później na Izzy, a na końcu na swoją dziewczynę, która skrzyżowała ramiona na piersi, łypiąc na nas wściekle znad swojej cholernie mocnej kawy. Posyłam zbaraniałemu chłopakowi promienny uśmiech, a blondynka macha tylko ręką, dając mu do zrozumienia, że nie ma sensu się w to zagłębiać. I pewnie ma rację.

***

Podczas wykładów Effie nie odzywa się zbyt wiele. W sumie to milczy i jeśli nie rzuca mi morderczych spojrzeń, to pochrapuje, ośliniając ławkę. Cóż, starałam się być naprawdę cicho, ale nie mogłam nic poradzić na te wszystkie żarty Harrego, które tak strasznie mnie bawiły. Nie wiem jak, ale chłopak ma jakiś talent do rozbawiania mnie tymi bezsensownymi dowcipami. Od hamowania śmiechu wciąż boli mnie gardło, serio. Więc i tak byłam dość cicho.
-… i wtedy ten dupek Dean jej powiedział, że on nie chce tego dziecka i ma spadać na drzewo. Rozumiecie to? Jak można być aż takim gnojkiem?- prycha Izzy, kończąc swój dziesięciominutowy wykład o jakimś tam serialu. Niall kręci z przejęciem głową, przeżuwając swoją kanapkę z kurczakiem, Effie chrapie głośniej, ośliniając sobie notatki, a ja wzdycham, zerkając na telefon. Milczy od dłuższej chwili. Ciekawe co Harry może teraz robić? Pewnie też ma przerwę na lunch, tak jak większość studentów. Możliwe, że siedzi gdzieś z kumplami i nad jedzeniem gadają o ostatniej imprezie i pijanych laskach tańczących w stanikach na stole. Słyszałam, że dały niezły pokaz. Tylko słyszałam, bo akurat wtedy byłam zamknięta na piętrze w jednym pokoju z Harry Stylesem…
-Jack, co ty się wciąż tak gapisz na ten telefon?- mrugam kilkakrotnie, wyrwana z zamyślenia. Podnoszę wzrok na Horana, który wreszcie przeżuł swoją kanapkę i mógł normalnie mówić. Takich momentów podczas lunchu nie było zbyt wiele. Ten chłopak wciąż miał coś w ustach. –Nigdy tak nie miałaś, a od rana praktycznie nie rozstajesz się z nim na krok- otwieram usta by się jakoś wykręcić, gdy nagle dociera do mnie, że faktycznie tak było. Cholera. Zamieniam się w jakąś zakochaną idiotkę. I to niby dlaczego? Przecież Harry i ja nie jesteśmy parą. I nigdy nie będziemy.
-Ta, wybacz. Tak jakoś wyszło- mówię, wzruszając ramieniem i uśmiechając się lekko. –To jak wykłady?- unoszę brew, patrząc na chłopaka, a on przez chwilę milczy, prześwietlając mnie wzrokiem. Jakby oczekiwał, że zaraz powiem, że w sumie mam to gdzieś i zacznę znowu wgapiać się w ten durny telefon. W końcu chyba uznał, że naprawdę wróciłam i uśmiecha się promiennie.
-Całkiem spoko jak na razie. Robiłem z Graysonem zawody na technologii dźwięku kto wybeka całe abecadło. Byłem przy N i już myślałem, że wygram, gdy podszedł do nas ten nowy profesor z niebieskimi włosami i wybekał całe abecadło. Już dawno tak głośno się nie śmiałem- rechocze, ja parskam śmiechem, a Izzy wywraca tylko oczami. Raczej nie lubi, gdy chłopacy bekają, zupełnie się przy tym nie kryjąc, ale mnie to jakoś nigdy nie przeszkadzało. Swego czasu robiłam nawet z Niallem i Effie zawody kto głośniej beknie. Rudej to raczej nie wychodzi, ale się nie poddaje, trzeba jej oddać. Za to ja jestem całkiem niezła i można powiedzieć, że dorównuję pod tym względem Horanowi. A to faktycznie wyczyn.
Nagle coś wibruje i wzrok wszystkich wędruje do mojej komórki. Oprócz Effie, która nadal smacznie śpi. Na ekranie pojawia się jedna literka, na widok której coś przewraca się w moim brzuchu. H.
-Odpisz- mówi nagle chłopak, a ja podnoszę na niego wzrok, unosząc brew. Izzy kiwa głową, przygryzając swoją bagietkę. Jednak ja chowam telefon do torby i uśmiecham się do nich szeroko.
- To może poczekać. Ten bekany alfabet bardzo mnie zainteresował. Opowiedz mi o tym więcej- żądam, wspierając łokcie na stole, a Niall parska śmiechem. Blondynka rzuca mi zadowolone spojrzenie, a ja posłałam jej lekki uśmiech. W końcu Święta Trójca jest tylko jedna.

***

Gdy zjedliśmy, Niall jakimś cudem obudził swoją dziewczynę na tyle, by móc ją odprowadzić na kolejne zajęcia, a Izzy popędziła na wykłady z pisarstwa, udałam się na ławeczkę w opuszczonym korytarzu, który rzadko ktoś odwiedzał. Była naprzeciwko wielkiego okna wychodzącego na jakiś zapomniany kawałek zieleni. Miałam jeszcze jakieś pół godziny do kolejnego wykładu, a nie miałam najmniejszej ochoty iść już do sali. Dlatego usiadłam na ławeczce z zadowoleniem odkrywając, że w pobliżu nie ma żywej duszy i wyciągnęłam swój szkicownik. Wbijam wzrok w czystą kartkę, starając się jakoś pozbierać myśli. Macham krótkim ołówkiem między placami, zagryzając wargę. Jestem tak zamyślona, że nawet nie zauważam, że ktoś do mnie podchodzi.
-Jack? Miło cię znowu widzieć- podnoszę zaskoczona głowę i mimowolnie rozciągam usta w szerokim uśmiechu na widok chłopaka. Siada obok mnie na ławeczce.
-Cześć Zayn. Co słychać?- chłopak obdarza mnie porażającym uśmiechem, a ja przypominam sobie, by oddychać normalnie. Może z biegiem czasu przyzwyczaję się do jego urody i będę mogła przy nim oddychać , nie martwiąc się o atak serca? Szczerze mówiąc wątpię.
-Zniknęłaś na tej imprezie. Nie mogłem cię potem znaleźć- mówi, a ja zmuszam mózg, by zaczął pracować. Czy to w ogóle normalne, by być aż tak pięknym? Pytam serio, bo jeszcze nigdy nikogo takiego nie widziałam. Nigdy.
-Ta, jakoś tak wyszło- mamroczę, wbijając wzrok w białą kartkę. Może to dlatego, że przez bite kilka godzin gawędziłam sobie z Harrym Stylesem o życiu w pokoju Louisa na piętrze. Może.
-Louis mi mówił, że miałaś dobre towarzystwo, więc w sumie nie szkodzi- podnoszę na niego zdziwiona wzrok, a on widząc moją minę, wybucha śmiechem. Okej, jeśli kiedykolwiek pomyślałam, że on nie może być piękniejszy, byłam głupia i naiwna. Śmiejący się Zayn jest tak kurewsko piękny, że patrzenie na niego dosłownie boli. Kurwa mać.
-Louis to straszna gaduła- wzdycham, a on z rozbawieniem kiwa głową. Nagle zauważa szkicownik na moich nogach i unosi brwi.
-Rysujesz?
-Tak… to, znaczy trochę, ale…
-Mogę coś zobaczyć?- unoszę brwi i już prawie się zgadzam, gdy przypominam sobie mój ostatni rysunek. Półnagi Harry. Jasna cholera, przecież Zayn to jego kumpel, on nie może tego zobaczyć. Nikt nie może tego zobaczyć!
Kręcę głową, przytulając do piersi otwarty zeszyt, a Zayn ponownie chichocze, najwyraźniej rozbawiony moim zachowaniem. Boże, kiedy ten szok minie? Ja naprawdę chciałabym myśleć przy nim o czymś innym.
-Okej, rozumiem- unosi ręce, kiwając głową jakby naprawdę rozumiał. Bo może tak jest.
Nagle do głowy przychodzi mi szalona myśl i przygryzam wargę, patrząc na niego badawczo. Chłopak unosi brew, dostrzegając zmianę w moim zachowaniu.
-Mogę cię narysować?- pytam, tylko odrobinę nieśmiało, a Zayn unosi też drugą brew, wyraźnie zaskoczony. Pewnie nie tego się spodziewał. Choć z jego twarzą to powinna być jedyna rzecz, której powinien się spodziewać. Cholera, on powinien być do tego przyzwyczajony.
-J-jasne- duka w końcu, a ja uśmiecham do niego szeroko. –Ale ten rysunek mi pokażesz- dodaje szybko, a ja wzdycham i kiwam głową, zgadzając się. Brzmi sprawiedliwie.
Siadam do niego twarzą i przez chwilę patrzę w milczeniu na jego rysy. Już nie dostrzegam Zayna tylko piękne linie i krzywizny, które chcę narysować. Gdy przykładam ołówek do kartki, szkic jakby sam zaczyna się pojawiać, a ja wreszcie czuję jak moje myśli się uporządkowują i, że mam nad wszystkim kontrolę. Nareszcie.
-Wiesz- podejmuje po chwili ciszy, wiercąc się trochę na ławce. Podnoszę na niego wzrok, by narysować kształt ust. –Nikt nigdy wcześniej mnie nie rysował i nie do końca wiem, co powinienem teraz robić- mamroczę, a ja z wrażenia aż na chwilę przestaję rysować, patrząc na niego zbaraniała. Zayn marszczy lekko brwi, nie rozumiejąc mojego zachowania. –To źle?
-Żartujesz?- pytam w końcu, a on kręci niepewnie głową. –Nikt nigdy cię nie rysował? Ale że serio?- chłopak ponownie kręci głową, wciąż nie rozumiejąc o co mi chodzi. Jak to w ogóle możliwe? Przecież z taką twarzą ludzie powinni na każdym kroku prosić go, by zapozował do rysunku. Nieustannie. –To dziwne- mruczę, wracając do rysowania.
-Dlaczego dziwne?- ponownie podnoszę na niego wzrok, ale tym razem tylko na chwilę, by uchwycić te kości policzkowe. Gdyby tylko Michał Anioł go zobaczył… Biedaczek pewnie by ześwirował.
-Bo…- urywam, gdy prawie mówię, że ma cholernie piękną twarz. Nie, ja jeszcze nie zwariowałam. –Masz naprawdę interesującą urodę- dukam, spuszczając wzrok na kartkę. Przecież mu nie powiem, że jest kurwa piękny. Jestem Jack Black do cholery.
Gdy ponownie podnoszę na niego wzrok, uśmiecha się szeroko, aż jasne słońce na zewnątrz wydaje się przy nim blaknąć. Jak to się dzieje?

***

Ostatnie poprawki i portret Zayna jest gotowy. Rzucam na niego szybkie spojrzenie i unoszę wzrok na chłopaka, który od razu obdarza mnie szerokim uśmiechem.
-Gotowe- mówię, a on przysuwa się bliżej i zagląda do szkicownika. Unosi wysoko brwi i bierze ode mnie zeszyt. Nie spuszczam z niego oka, pilnując, by nie przewracał strony. Jebany Styles.
-Wow- słyszę w końcu. –To jest naprawdę niesamowite- rzuca mi zaskoczone spojrzenie, ale zaraz wraca do gapienia się na szkic. Przygryzam wargę, zakładając kosmyk włosów za ucho. Kątem oka dostrzegam, że chce przewrócić kartkę, by zobaczyć inne rysunki, ale reaguję w mgnieniu oka i wyrywam mu szkicownik zanim zdąży zauważyć, że narysowałam jego półnagiego kumpla. Ja pierdole. Przyciskam zeszyt do piersi, czując szalone bicie serca. Zayn patrzy na mnie zdziwiony, a ja posyłam mu niewinny uśmiech.
-To tylko zwykłe bazgroły- mamroczę i w tym samym momencie, gdy on kręci głową i otwiera usta, by coś powiedzieć, spoglądam na stary zegarek na moim nadgarstku. Cholera, nie zostało mi zbyt dużo czasu, by dotrzeć na wykłady. Kurwa mać, znowu. –Muszę już lecieć- podrywam się na równe nogi, zbierając swoje rzeczy, a zdziwiony Zayn po chwili do mnie dołącza. –Dzięki za portret- uśmiecham się do niego ostatni raz i ruszam pędem przed siebie.
-Nie ma za co. Na razie Jack!- woła za mną, a ja unoszę w biegu rękę, kiwając mu. Zanim zniknę za zakrętem, słyszę jeszcze jak krzyczy: -Następny zabieram ze sobą!- jasne.

***

Opieram się o ścianę przy drzwiach do damskiej toalety, śledząc wzrokiem ciemną czcionkę. To była kolejna z tych książek, przez które aktualnie jestem spłukana. Nadal uważam, że było warto.
Effie była tak padnięta i tak głęboko przekonana, że jestem jej coś winna za tę nieprzespaną noc, że uparła się, bym za nią poczekała i zawiozła ją do akademika, gdzie, zapewne, zamierza się zdrzemnąć. Niall niestety nie mógł jej odwieźć, bo po wykładach miał wuef, a jego troskliwa dziewczyna nie mogła pozwolić na to, by jej chłopak z jej powodu opuszczał zajęcia. Horan oczywiście chciał zrezygnować z kosza, w końcu jego dziewczyna jest ważniejsza, ale ruda się nie dała. Przypomniała sobie, że kończę tylko godzinę wcześniej niż ona i mogę ją odwieźć. Dlaczego Izzy nie ma samochodu? Wtedy moje życie byłoby o wiele łatwiejsze.
Dlatego stałam teraz pod damskim kiblem, czekając aż Effie i Izzy, która też skończyła już wykłady, skończą opróżniać pęcherze i pindrzyć się przed lustrem, bym mogła wreszcie wrócić do siebie i w spokoju poczytać. No właśnie, w spokoju.
-Dlaczego mi nie odpisałaś? Mam zacząć myśleć, że wymieniasz sprośne smsy z innymi facetami?- książka prawie wypada mi z rąk, gdy w uchu słyszę niski głos. Cholera jasna. Patrzę z wyrzutem na Harrego, a on opiera się ramieniem o ścianę po mojej lewej, odgradzając drogę ucieczki. Unosi nieznacznie ciemną brew, uśmiechając się krzywo pod nosem. Co za palant.
-Miałam inne rzeczy na głowie- mruczę, obrzucając go obojętnym spojrzeniem. Harry uśmiecha się szerzej na moje słowa, a ja wracam do czytania. Inne rzeczy, czyli gadanie o bekanym abecadle z Niallem, rysowanie Zayna i udawanie, że jestem dobrą studentką. Tja.
Nagle chłopak wyrywa mi książkę z ręki i zamyka ją, nie odrywając ode mnie wzroku. Marszczę brwi, patrząc na niego zdenerwowana. Nawet nie włożył zakładki!
-Ja to czytałam!- fukam, ale on oczywiście nic sobie z tego nie robi. Nachyla się do mnie tylko bardziej, zmniejszając i tak już małą odległość pomiędzy nami. Wkładam naprawdę dużo wysiłku w to, by nie zmienić wyrazu twarzy. Jebany Styles.
-Więc masz czas żeby czytać książkę, ale nie masz czasu żeby mi odpisać?- przewierca mnie spojrzeniem zielonych oczu, a ja na chwilę zapominam języka w gębie. Dlaczego w sumie jestem na niego zła? –Czuję się zaniedbany- mówi, wyginając usta w podkuwkę, a ja mrugam zdziwiona i parskam śmiechem, zanim zdążę się powstrzymać. Szlag.
I dokładnie w tej sekundzie drzwi łazienki stają otworem, a ja wpadam na Harrego, zaskoczona. Cholera jasna, na śmierć zapomniałam o tych dwóch w kiblu. Kurwa mać.
Harry szczerzy się do mnie, wyraźnie zadowolony, że stoję tak blisko, wspierając ręce na jego piersi, a ja patrzę wielkimi oczami na Izzy i Effie, które zamarły w pół kroku, wbijając w nas wzrok. Izzy wygląda na zaskoczoną, a Effie na poirytowaną nieco mocniej niż wcześniej. Aż dziwne, że to w ogóle możliwe.
-Witam panie- Harry obdarza je szerokim uśmiechem, jakby sytuacja nie była ani trochę dziwna. Blondynka odwzajemnia gest, będąc pod wyraźnym wrażeniem siły jego uśmiechu. Z bliska robi jeszcze większe wrażenie. Z kolei Effie jakby odrobinę się rozpogadza, ale możliwe, że się przewidziałam. Bo nie jestem pewna czy nawet uśmiech samego Harrego Stylesa mógłby tego dokonać.
-Idziemy?- mruczy ruda, robiąc parę kroków naprzód i rzucając mi zmęczone spojrzenie. Zgadzam się w stu procentach z Izzy. Wygląda paskudnie.
-Jasne- mamroczę, odsuwając się od Harrego. Blondynka i Effie ruszyły już korytarzem zostawiając mnie w tyle i tylko Izzy obraca się co parę kroków, rzucając nam ciekawskie spojrzenia. Jednak chłopak nie chce dać mi jeszcze spokoju, więc łapie za mój nadgarstek i przyciąga do siebie. Podnoszę na niego wzrok, unosząc brew, a on szczerzy do mnie bezczelnie zęby. –Muszę iść- przypominam mu, a on w końcu wzdycha, poddając się. Nie mam pojęcia na co liczył, ale się zdecydowanie przeliczył. Jednak zanim Harry mnie puszcza, nachyla się i całuje w czoło. Mrugam kilkakrotnie, oszołomiona tym nagłym i bardzo delikatnym gestem.
-Do zobaczenia Jackie- obrzuca mnie ostatnim spojrzeniem i odchodzi, zostawiając zbaraniałą przy tych durnych drzwiach od łazienki. Patrzę w ślad za nim i dopiero po chwili orientuję się, że on wciąż ściska moją książkę w rękach. No chyba nie.
-Hej, a moja książka?!- wołam za nim, a on obraca się, obrzucając mnie kolejnym, krzywym uśmieszkiem. Co za koleś.
-Oddam ci ją, gdy będziesz grzeczna!

***

Przez całą drogę do akademika Izzy szczerzyła się do mnie z tylnego siedzenia, co ja starannie ignorowałam. Effie za to patrzyła wciąż w jeden punkt, zmuszając się by nie zasnąć. Mam wrażenie, że te ciągłe drzemki działały na nią jeszcze gorzej. Ale w końcu dotarłyśmy do pokoju, a gdy ruda przekroczyła próg, zdjęła buty, kurtkę, rzuciła je w kąt i wczołgała się do łóżka, gdzie od razu zasnęła. Przysięgam. Rzucam jej krzywe spojrzenie, rozpinając kurtkę. Izzy stoi tuż za mną, przebierając w miejscu nogami i dam sobie rękę uciąć, że ten durny uśmiech wciąż widnieje na jej twarzy. Boże, co za ludzie. Odwracam się wreszcie do niej, unosząc brew. Może, gdy okażę jakieś zainteresowanie to się wygada i da mi spokój. Może.
-Razem wyglądacie tak uroczo! Para idealna!- piszczy, prawie podskakując w miejscu, ale jedno szybkie spojrzenie w stronę łóżka rudej wystarczy, by odrobinę utemperować jej zapał. Siadam na łóżku, kładąc torbę na ziemi obok. Blondynka staje przede mną, nie przestając się tak uśmiechać. Na litość boską.
-Niby kto?- pytam bez większego zainteresowania, zerkając na telefon. Powinnam dać mu tę satysfakcję i w końcu odpisać? Pewnie nie, ale dupek ma moją książkę i Bóg jeden wie kiedy raczy mi ją oddać. Jeśli w ogóle. A wolałabym ją odzyskać, w końcu wydałam na nią swoje ostatnie pieniądze.
-Ty i Harry!- wyrzuca z siebie przyciszonym głosem, a ja zerkam na nią znad komórki. Że co? -Naprawdę do siebie pasujecie.
-Ale ty wiesz, że my nie jesteśmy razem?- unoszę brwi, a ona wywraca oczami na moje słowa, siadając obok. Oczywiście, że wie, ale jakoś nie przywiązuje do tego zbyt wielkiej uwagi. Oczywiście.
-Moglibyście być najsławniejszą parą na całej uczelni. Każdy by was znał. Boże, razem wyglądacie tak pięknie!- rzucam jej dziwne spojrzenie, doskonale wiedząc, że tłumaczenie kolejny raz jak jest naprawdę nie ma sensu. Gdy Izzy sobie coś ubzdura, nie ma siły żeby wybić jej to z głowy. Fantastycznie.
I dokładnie w tym momencie telefon w mojej dłoni zaczyna wibrować, a ja skupiam na nim całą swoją uwagę, mimo, że blondynka wciąż rozpływa się nad moim nieistniejącym związkiem z Harrym Stylesem.
Nadal jesteś niegrzeczną dziewczynką i mi nie odpisujesz.
H.
Uśmiecham się krzywo pod nosem. A to gnojek. Jeszcze mi będzie wypominał. Zupełnie jakby należała mu się moja uwaga. Powinien się cieszyć, że w ogóle odczytuję jego wiadomości. Pod tym względem naprawę tratuję go wyjątkowo.
To ty jesteś niegrzeczny. Zabrałeś moją książkę.
Odpisując mu, zdaję sobie sprawę, że daję mu dokładnie to, czego chce, ale ja naprawdę muszę odzyskać tę książkę. No i, głupio przyznać, naprawdę lubię wymieniać z nim smsy, nawet te sprośne. A to coś nowego.
Myślałem, że dziewczyny lubią niegrzecznych chłopców.
H.
Czasem tęsknię za tym rumieniącym się Harrym, który był zażenowany nieistniejącym bałaganem w jego aucie.
A chłopcy niegrzeczne dziewczyny.
Wysyłam wiadomość i mój wzrok automatycznie wędruje do godziny na ekranie. 15:30. Powinnam się już zbierać do baru. Cholera. Ponownie zgarniam swoje rzeczy i zaczynam się ubierać. Pokazuję Izzy na migi, że jadę do pracy, ale ona jakby mnie nie widziała, pochłonięta swoimi marzeniami o Harrym i o mnie. Świruska.
W biegu odczytuję jeszcze wiadomość.
Osobiście preferuję te lekko sprośne.
H.
Boże, co za głupek. Parskam śmiechem i odpalam silnik, a Rakieta warczy zadowolona.

***

Gdy zmęczona po pracy wracam do akademika, zastaję Effie, która na mój widok podrywa się z łóżka gwałtownie, jakby poparzyło jej tyłek. Unoszę brwi, zdziwiona jej zachowaniem.
-Niall cię w końcu namówił żebyście spróbowali od tyłu?- pytam, a ona tylko wywraca oczami, wręczając mi do ręki moją sportową torbę. Momencik, co tu się dzieje?
-Nie- mamrocze, zakładając włosy za ucho i spoglądając nerwowo na godzinę w jej telefonie. –Ale jeśli chcesz być dobrą przyjaciółką i mu to umożliwić, wyniesiesz się na tę noc z pokoju- mój zmęczony mózg wolno przetwarza jej słowa i docierają do mnie jedynie częściowo.
-Serio chcesz się zgodzić żeby ci wsadził w…
-Nie to jest teraz najważniejsze. Musisz zniknąć na jedną noc. Proszę?- przerywa mi, szczerząc do mnie zęby i próbując wyglądać słodko i niewinnie jakby właśnie przed chwilą nie rozważała seksu analnego z jej chłopakiem. Co się dzieje z tym światem?
-A nie mieliście nocować u Nialla?- staram się ze wszystkich sił wyrzucić wiadomy obraz pojawiający się w mojej głowie. Ruda kręci energicznie głową, a jej zdenerwowanie rośnie z każdą chwilą.
-Jego współlokator wszystko pomylił i przyprowadził do nich swoją dziewczynę. Nie mamy wyjścia- posyła mi zdesperowane spojrzenie, błagając bym zrozumiała.
-A gdzie ja mam spać?- marszczę brwi, bo średnio spodobał mi się ten pomysł. Myślałam, że jak zwykle po pracy będę mogła wziąć gorący prysznic a potem się wyspać we własnym łóżku, ale jak widać nie można mieć wszystkiego.
-U Izzy. Mówiła, że nie ma problemu i, że jej współlokatorka i tak mówiła, że nie wraca na noc- czy dzisiaj jest jakiś Dzień Spania w Nie Swoim Łóżku czy co? Effie błaga mnie spojrzeniem, zagryzając wargę, a ja w końcu wzdycham i zarzucam torbę na ramię. Jestem za dobą przyjaciółką, by psuć ich bujne życie seksualne.
-No dobra- wzdycham, a ona piszczy i rzuca się na mnie, cmokając w policzek. –Ale nie chcę potem słyszeć ani słowa, że „nie możesz siedzieć” albo „robienie kupy wprawia cię w dyskomfort”- cytuję efekty uboczne seksu analnego, które przeczytałyśmy jakiś czas temu na jakiejś stronie internetowej. Effie lubi być przygotowaną, a ja byłam po prostu ciekawa.
-Nie martw się. Jesteś najlepsza Jack, kocham cię- wyrzuca z siebie z ogromnym uśmiechem, a ja macham na nią ręką, chwytając klamkę.
-Wisicie mi z Niallem dużą pizzę- ruda kiwa energicznie głową na moje słowa, zapewniając, że dostanę swoje jedzenie i dosłownie wypycha mnie siłą na korytarz. A gdy się odwracam, by życzyć jej powodzenia, zamyka mi drzwi przed nosem. Unoszę brwi. Milutko.
Ponownie wzdycham, poprawiając na ramieniu sportową torbę i idę korytarzem do pokoju Izzy. Gdy ciągnę za klamkę, a ona nie ustępuje, zaczynam walić w drzwi. Jestem naprawdę zmęczona, a jedyne o czym marzę, to prysznic i łóżko.
Gdy po kilku minutach intensywnego dobijania się do drzwi i dzwonienia do blondynki, wiem, że jestem w dupie. Izzy zasnęła, a to znaczy, że obudzi się dopiero za kilka godzin. Zajebiście. Co ja mam teraz niby zrobić?
Wzdycham i odwracam się na pięcie, by wrócić do pokoju i wyjaśnić wszystko Effie, gdy dostrzegam Nialla, który z szerokim uśmiechem na ustach podchodzi do naszych drzwi, nawet mnie nie zauważając. Jest cały podekscytowany i widać, że ledwie może ustać w miejscu. Po chwili ruda otwiera mu i dosłownie wciąga go do środka, od razu przechodząc do rzeczy. Cudownie. Gdzie ja mam teraz spać?
Nagle do głowy przychodzi mi szalony pomysł i jest na tyle szalony, że przez chwilę rozważam czy to na pewno dobry pomysł. Ale w końcu stwierdzam, że to moje jedyne wyjście i chcąc nie chcąc, ruszam w stronę parkingu. Po prostu fantastycznie.

***

Wślizgnęłam się do środka budynku, akurat, gdy jakiś przygarbiony facet wychodził ze swoim buldogiem na spacer. Nie wydawał się zdziwiony widokiem młodej dziewczyny, która w nocy z torbą na ramieniu chodzi do jego budynku. Pewnie sąsiedzi zdążyli się do tego przyzwyczaić. Taaa.
Wciskam w windzie trzecie piętro i wbijam wzrok w podłogę. Mam nadzieję, że nie przyjmuje akurat kogoś innego i będę mogła przenocować. Wystarczy mi kanapa w salonie. Serio.
Zagryzam wargę, gdy winda się zatrzymuje i wychodzę na korytarz. Idę przez chwilę w ciszy po bordowym dywanie na korytarzu, ponownie zastanawiając się jakim cudem go na to wszystko stać. Po chwili już stoję pod ciemnymi drzwiami ze złotym numerem. C69. Dlaczego dobór numeru mieszkania wcale mnie nie dziwi?
Tym razem przygryzam wnętrze policzka i pukam trzykrotnie w ciemne drewno drzwi. Cholera jasna, co ja najlepszego wyrabiam? Czy mnie już do końca pojebało? Nie powinno mnie tu być. Nie wiem co sobie myślałam, ale zmęczenie zdecydowanie nie służy podejmowanym przeze mnie decyzją.
I już mam się odwrócić i uciec gdzie pieprz rośnie, gdy drzwi nagle stają otworem, a do moich uszu dobiega znajomy głos.
-Jackie?
Kurwa mać.

7 sierpnia 2017

16.



         Biała pingpongowa piłeczka wędruje w górę i w dół, gdy Niall w skupieniu odbija ją czerwoną rakietką. Śledzę ją wzrokiem, tylko jednym uchem przysłuchując się opowieści Effie o jej wspaniałym trenerze od jogi. Odkąd miała z nim swoje pierwsze zajęcia jakieś dwa miesiące temu, co tydzień w poniedziałek przy lunchu wysłuchujemy jaki to pan Wu jest cudowny. Swoją drogą nie rozumiem skąd to nazwisko, skoro ten facet z Azją ma tyle wspólnego co McDonalds. Koleś ma złociste włosy, wybielane zęby, którymi błyszczy na prawo i lewo, wyginając się w dziwny sposób, całkiem pokaźne mięśnie i pomarańczową opaleniznę. A jego obcisłe legginsy w krzykliwe wzory cholernie uwydatniają jego zadek, który swoją drogą jest całkiem niezły, ale w życiu tego nie przyznam, tak rażą po oczach, że nie można ich nie zauważyć nawet z drugiego końca sali. Niall na początku wkurzał się na te wszystkie ochy i achy jego dziewczyny, ale przestał, gdy sam spotkał pana Wu i na własne oczy przekonał się, że trener jogi jest najmniej męskim facetem stąpającym po ziemi. Co prawda, krążą plotki, że jest zupełnie hetero, a kilka osób utrzymuje nawet, że widziało jak flirtował z jakąś kobietą w kawiarni, ale coś trudno mi w to uwierzyć, gdy widzę te jego legginsy. O zgrozo.
 Osobiście byłam na tylko jednych zajęciach z jogi. Mianowicie tych pierwszych. W tym roku musimy zaliczyć wuef, więc trzeba chodzić na różne takie pierdoły. Izzy wybrała pilates, więc to chyba logiczne, że joga wydawała mi się mniejszym złem. Jednak po pierwszych zajęciach diametralnie zmieniłam zdanie, gdy zobaczyłam krągły tyłek pana Wu machający mi tuż przed nosem i, gdy na następny dzień nie mogłam się zwlec z łóżka, bo wszystko mnie cholernie bolało. Dlatego zrezygnowałam z tego cholerstwa, a, że musiałam jakoś zaliczyć wuef, zapisałam się na ostatnie zajęcia, gdzie było jeszcze miejsce. Mianowicie: ćwiczenia siłowe. Co prawda jeszcze mnie tam nie było, bo przez dobre dwa tygodnie załatwiałam całą papierkową robotę związaną ze zmianą zajęć (normalnie zajęłoby to o wiele krócej, ale mnie niespecjalnie się spieszyło), a potem najzwyczajniej w świecie nie miałam na to siły ani czasu.
-Już nie mogę się doczekać dzisiejszego treningu. Po nim zawsze czuję się taka spełniona i mam wrażenie, że mogę więcej!- kiwnęłam głową, patrząc na białą piłeczkę, która akurat spadła na ziemię, gdy Niall nie zdołał jej odbić. Trzydzieści siedem razy, całkiem nieźle Horan. –Jack, serio powinnaś w końcu iść na swoje zajęcia. Chcesz zaliczyć wuef czy nie? Później możesz mieć przez to jakieś problemy- posyłam chłopakowi spojrzenie pełne uznania, a on szczerzy się w odpowiedzi.
-Jasne- rzucam, na nowo skupiając się na piłeczce. Jeden, dwa, trzy, cztery, pięć, sześć, siedem… Mnie to nigdy nie wychodziło, z wielkim trudem dobijałam do dziesięciu. Piętnaście to już w ogóle cud. To wcale nie wydaje się trudne, ale w rzeczywistości jest cholernie trudne.
-Poważnie Jack, unikasz ich już dwa miesiące. To strasznie dużo nieobecności. Dwie godziny treningu w tygodniu nic ci nie zrobią- wzdycham, odrywając wreszcie wzrok od podbijanej piłeczki i patrzę krzywo na rudą. Marszczy lekko brwi i rzuca mi zmartwione spojrzenie znad swojej sałatki.
-No właśnie. Skoro i tak mam już dużo nieobecności, to kolejne dwie nie zrobią większej różnicy- wzruszam ramionami, Horan rechocze, łapiąc piłeczkę w locie, a Effie gromi mnie spojrzeniem. Żeby jakoś szybko zmienić temat i uniknąć morderczych spojrzeń przyjaciółki, spoglądam na tę drugą, grzebiącą w milczeniu w swoich naleśnikach. Izzy i milczenie? Coś tu jest nie tak. –A ty coś taka milcząca?- blondynka patrzy na mnie wielkimi, niebieskimi oczami jakby widziała mnie po raz pierwszy. Mruga zdziwiona i wzrusza nonszalancko ramionami, ponownie wbijając wzrok w rozciapkane naleśniki na jej talerzu.
-Zdaje ci się- mamrocze, a ja aż wymieniam zdziwione spojrzenie z Niallem, bo na Effie wolę na razie nie patrzeć. Coś tu zdecydowanie jest nie tak. Przysuwam się do dziewczyny, nachylając nad stołem.
-Okej. Gadaj- ponownie podnosi na nas wielkie oczy, a widząc, że wszyscy otaczamy ją ciasnym kółkiem, oczekując wyjaśnień, wzdycha zrezygnowana i opuszcza ramiona.
-Bo… na tej piątkowej imprezie poznałam takiego chłopaka- urywa i spogląda na nas niepewnie. Jednak widząc, że to nam nie wystarcza, ponownie wzdycha, wbijając wzrok w naleśniki. –Cudownie mi się z nim rozmawiało i był taki zabawny i uroczy, że bez wahania zgodziłam się iść z nim do jego pokoju… Ale tylko żeby porozmawiać, naprawdę!- dodaje szybko, doskonale rozumiejąc nasze milczenie i zszokowane spojrzenia. Chodzenie z obcymi facetami do pokojów na piętrze podczas imprezy nie było w stylu Izzy. Zupełnie. Za to w moim już może tak… -Tematy nam się nie kończyły i było naprawdę miło i już zaczynałam wierzyć, że spotkałam swojego Księcia, ale wtedy okazało się, że już ktoś jest w jego pokoju. Zamknął mi drzwi przed nosem, zanim zdążyłam zareagować. Przez chwilę się dobijałam i pytałam o co chodzi, sądziłam, że w środku są może jego jacyś znajomi albo coś. Ale potem usłyszałam damski głos i zrozumiałam dlaczego nie chciał mnie wpuścić do środka. Czekała tam już na niego jakaś inna laska- wyrzuca z siebie słowa jak karabin, a nam chwilę zajmuje zanim poskładamy to w całość. Unoszę wysoko brwi, zdziwiona. Zupełnie nie tego się spodziewałam. Myślałam, że jest taka cicha bo głupio jej, że tak się schlała i, że może jeszcze trochę męczył ją ten kac. Choć faktycznie, nawet na to ile wtedy wypiła, dwa dni kaca to zbyt wiele. Effie na szczęście zareagowała szybciej.
-Faceci to idioci kochana- obejmuje ją ramieniem, rzucając przepraszające spojrzenie Niallowi, który uniósł nieznacznie ciemne brwi, słysząc słowa swojej dziewczyny. Mrugam kilkakrotnie i kładę głowę na ramieniu blondynki.
-Ta. A tamten zdecydowanie nie był twoim Księciem- dodaję, a Izzy wzdycha po raz milionowy, ale posyła nam lekki uśmiech. Cóż, przejdzie jej niedługo. Po prostu wypiła trochę za dużo i zaczęło jej się coś wydawać. Mnie czasem też to się zdarza. Ostatnio nawet bardzo często. Marszczę brwi, gdy dociera do mnie głos rudej.
-To nie znaczy, że zapomniałam o twoich zajęciach Jack- cholera.

***

Wbiegam na ostatnią chwilę do sali, posyłając lekki uśmiech profesorowi Hawkinsowi. Macha na mnie ręką, jakbym była natrętnym owadem, marszcząc brwi, więc wzruszam ramionami i idę do jednego z ostatnich rzędów. Wbijam wzrok w podłogę, ze wszystkich sił starając się nie nadepnąć ani nie potknąć o walające się wszędzie torby. Cholerni studenci.
Zajmuję swoje miejsce z lekkim westchnięciem i schylam się do torby, by wyciągnąć z niej notatnik. Prawie piszczę, gdy słyszę w uchu cichy głos.
-Nie ładnie tak się spóźniać Jackie- patrzę w prawo na błyszczące radośnie zielone oczy i szeroki uśmiech z dołeczkami o mocy tysiąca słońc. Unoszę brwi, starając się uspokoić rozszalałe serce. No co za idiota.
-Po pierwsze: wcale się nie spóźniłam- syczę przyciszonym głosem, a on wciąż uśmiecha się, wyraźnie z siebie zadowolony. –Po drugie: czy ty zawsze musisz mnie straszyć?- chłopak tylko unosi brwi, robiąc minę niewiniątka, którym z pewnością nie jest. To Harry Styles do cholery. Nawet jeśli nie wszystkie plotki na jego temat są prawdziwe, nie jest żadnym świętym. Robił to i owo i wątpię, by tego żałował. Zresztą, wiem co nieco z autopsji. Moja buźka o anielskich rysach to tylko zmyłka. Serio.
-Nic na to nie poradzę, że tak na ciebie działam- mówi, unosząc ręce w obronnym geście, a ja mam ogromną ochotę czymś w niego rzucić. Długopisem, zeszytem, krzesłem, czymkolwiek. Co za palant. Ale oczywiście niczym w niego nie rzucam, tylko prycham i krzyżuję ręce na piersi, siadając prosto. A, gdy zerkam na niego, by cisnąć kolejnym zirytowanym spojrzeniem, nie potrafię kompletnie nic poradzić na zauważalne drganie w kącikach ust. Harry szczerzy do mnie zęby i porusza flirciarsko brwiami, przez co wygląda jak idiota bardziej niż zwykle. Parskam śmiechem i wbijam wzrok w kolorowe slajdy na tablicy, próbując się skupić na wykładzie profesora Hawkinsa. Przecież lubię te wykłady do cholery jasnej. W końcu nie są obowiązkowe i przyszłam na nie z własnej nieprzymuszonej woli od razu, gdy się o nich dowiedziałam. Czyli jakoś tydzień temu. Może gdybym częściej zwracała uwagę na powywieszane wszędzie ogłoszenia i zaglądała czasem na stronę internetową uczelni, byłabym z takimi rzeczami na bieżąco. Ale jakoś tak nie mam do tego głowy.
Jednak slajdy profesora Hawkinsa, mimo, że bardzo ładne, nie są w stanie utrzymać mojej uwagi zbyt długo. Spoglądam dyskretnie na Harrego, siedzącego po mojej prawej. Śledzę wzrokiem jego długie nogi wyciągnięte wygodnie do przodu. Ciemne spodnie opinają je ciasno i dam sobie rękę uciąć, że ma je nisko opuszczone, aż wystają znad nich bokserki. Czarne wysokie buty u kogoś innego pewnie wyglądałyby dziwacznie, ale na nim prezentują się denerwująco dobrze. No jasne. Zwykły czarny T-shirt odsłania większość tatuaży na jego silnych ramionach. Czerwona koszula w kratę wisi, przerzucona niedbale przez oparcie krzesła. Ten koleś ma jakąś obsesję na punkcie czarnych ciuchów. Lewy biceps rzuca się w oczy, gdy napina go machinalnie, opierając łokieć na ławce. Przez chwilę wbijam wzrok w wytatuowany na nim statek. Mówcie co chcecie, ale on wcale nie kojarzy się z łysawym, spoconym marynarzem. Patrzę na jego profil, gdy w skupieniu marszczy ciemne brwi i przygryza końcówkę ołówka. Jego wargi wydają się bardziej różowe niż zazwyczaj. Cholera, dziewczyny używają pomadek, by uzyskać taki kolor, a on po prostu tak ma, skubany. Linia szczęki jest mocno zarysowana i to jest tak cholernie seksowne, że nie mogę. Pierścienie błyszczą srebrem na jego zgrabnych palcach. Ciemne włosy ma zaczesane do tyłu, a ja odczuwam naglę przemożną chęć dotknięcia ich. Jack, ogarnij się. Szybko odwracam wzrok, zanim Harry zdąży zauważyć, że się na niego napalam. Jestem cholerną idiotką.

***

Nawet zbrukanie siebie w myślach nic nie dało i przez cały wykład spoglądałam co jakiś czas ukradkiem na Harrego. Równie dobrze mogłabym tam nie iść, bo i tak nie wiem o czym był. Ja pierdole. Co jest ze mną nie tak? Pewnie wszystko, bo, gdy już miałam wsiąść do auta i wrócić do akademika, by odpocząć trochę przed pracą, coś mnie tknęło i wzięłam torbę z  ciuchami leżącą tam od niespełna dwóch miesięcy i pognałam na siłownię. Od kiedy to ja tak słucham Effie? Nawet w sprawie Harrego udaje mi się idealnie robić wszystko wbrew jej woli i nie odczuwam przez to prawie żadnych wyrzutów sumienia. Chyba zaczynam mięknąć albo już do końca zwariowałam.
W każdym bądź razie, gdy tylko weszłam do szatni, ogarnął mnie silny zapach potu, mimo, że była damska. Cóż, dziewczyny się nie oszczędzały, jak czuć. Wcisnęłam się w te obcisłe, czarne legginsy, w których mój tyłek wygląda cudownie i sportowy stanik. Rzuciłam badawcze spojrzenie na inne dziewczyny w szatni, a widząc, że większość na takim stroju poprzestała, zmarszczyłam brwi. Wciągnęłam jeszcze koszulkę z obciętymi rękawami i zawiązałam na nogach adidasy. Mimo, że jestem Jack Black nie mam najmniejszego zamiaru paradować po siłowni w samym staniku, nawet jeśli to tylko ten sportowy. Po prostu nie.
Wchodzę na salę, rozglądając się niepewnie. W przestronnej pomieszczeniu wypełnionym ciężarami i różnymi sprzętami do ćwiczeń siłowych zgromadziła się już grupka studentów w strojach. Jedni bardziej, inni mniej umięśnieni. Ze zdziwieniem odkrywam, że jak na razie jestem jedyną dziewczyną. Cóż, może jeszcze przyjdą. Zerkam na duży zegar wiszący nad rzędem luster po jednej stronie i widzę, że za chwilę powinniśmy zaczynać. Na pewno przyjdą. Dziewczyny zawsze dłużej się przebierają. Staram się nie zwracać uwagi na ciekawskie spojrzenia, którymi jestem obrzucana ze wszystkich stron i przebieram nerwowo nogami, gdy dołącza do nas facet w średnim wieku. Ma dość imponujące mięśnie i łysą głowę, ale niski wzrost przełamuje wygląd groźnego osiłka. Na szerokiej piersi wisi srebrny gwizdek, a w wielkiej łapie ściska jakąś podkładkę z papierami. Wita się z nami i zaczyna odczytywać listę obecności. Zaczynam rozglądać się z rosnącym niepokojem. Gdzie reszta dziewczyn?
-Black…
-Jestem!- wołam szybko, nie dając mu dokończyć. Mężczyzna obrzuca mnie badawczym spojrzeniem i odhacza coś na kartce. Przełykam rosnącą w gardle gulę, gdy patrzę jak odkłada podstawkę na bok. Gdzie reszta dziewczyn?! Przecież nie mogę być jedyna! Cholera, nie mogę!
-Skoro mamy już wszystkich, zaczynamy. Najpierw mała rozgrzewka- trener klaszcze głośno wielkimi łapskami i nagle wszyscy się rozchodzą, widząc doskonale co mają robić. Tylko ja wciąż stoję w miejscu, gapiąc się na niego zbaraniała. Ten unosi nieznacznie brwi i wskazuje bez słowa na bieżnię w rogu. Kurwa mać, co ja tu robię?
Właśnie kończę pierwszy kilometr, gdy jakiś zasapany chłopak wbiega do środka, zginając się wpół, by wyrównać oddech. Rzucam krótkie spojrzenie na jego odbicie w lustrze przede mną, ale zaraz muszę przestać, gdy trener bestialsko zwiększa prędkość, a ja muszę się postarać żeby nadążyć.
-Przepraszam za spóźnienie, trenerze- sapie, a ja marszczę brwi. Cholera, skądś znam ten głos. Ja wiem, że słyszałam już naprawdę wiele męskich głosów i to nie powinno mnie dziwić, ale ja naprawdę znam ten głos. Jednak jest zasapany i zachrypnięty po biegu i brzmi jakoś dziwnie. Pozwalam sobie na chwilę ponownie spojrzeć na odbicie chłopaka, ale odkrywam, że nie ma go w progu. –Coś mi wypadło, ale już jestem- nie myśląc zbyt wiele, patrzę w prawo, gdzie stoi trener. Nowo przybyły chłopak podszedł do niego, a mi z wrażenia plączą się nogi i po kilku sekundach ląduję jak długa na ziemi, robiąc przy tym sporo hałasu i przyciągając uwagę wszystkich. O kurwa mać. –Cholera, nic ci nie jest?- podnoszę wielkie oczy na chłopaka, który odskoczył od trenera i teraz pochylał się nade mną. –Jackie?- pyta, marszcząc brwi, a ja jestem zbyt zbaraniała by cokolwiek powiedzieć. Jebany Harry kurwa Styles. Na moich zajęciach siłowych. Ja pierdole. Czy są jakieś dodatkowe zajęcia, których z nim nie mam? Czy jest jakieś miejsce, gdzie go nie spotkam? Patrzę na jego zieloną koszulkę od kosza bez ramion i czarne spodenki. Czy to znaczy, że będę mogła raz w tygodniu przez bite dwie godziny bezkarnie gapić się na spoconego Harrego Stylesa podnoszącego różne ciężary? Cholera, te zajęcia nagle stały się szalenie atrakcyjne. –Co ty tu robisz?- wreszcie zdobywam się na lekki uśmiech, gdy pomaga mi wstać. Poprawiam wysoką kitkę, która się poluzowała i staram się nie myśleć jak kurewsko boli mnie tyłek.
-Pomyślałam, że lepsze to niż joga- mówię, a on wciąż patrzy na mnie jakby nie do końca wierzył, że mnie widzi. –Ale teraz w sumie nie wiem- dodaję trochę ciszej, zerkając niepewnie ponad jego ramieniem na trenera, który obrzucił mnie średnio zainteresowanym spojrzeniem, a gdy stwierdził, że żyję, zajął się pomaganiem jakiemuś kolesiowi przy sztandze. Patrzę w końcu na Harrego, a on się uśmiecha, marszcząc lekko brwi.
-Ta, dostajemy tu niezły wycisk. Dlatego dziewczyny zazwyczaj omijają te zajęcia.
-Zauważyłam- krzywię się lekko, na co on uśmiecha się szerzej. Już pewnie nie mogę zmienić zajęć. Sekretarka by mnie zabiła, gdyby zobaczyła mnie ponownie. Serio. Cholera, mam przerąbane. Harry bezbłędnie odczytuje moją kwaśną minę.
-Spokojnie, nie będzie tak źle. Pomogę ci i osobiście zadbam żebyś nie dostała zbyt dużego wycisku- przez chwilę gapię się na czarne serce na jego lewym ramieniu. Czy ten człowiek musi mi we wszystkim pomagać? Nie narzekam czy coś, ale czy go to nie męczy? Bo ja na jego miejscu miałabym już serdecznie dość.
-A da się tak?- pytam z powątpiewaniem, patrząc jak reszta zaczyna podnosić ciężary, które pewnie ważą tyle co ja. Fantastycznie. Chłopak chichocze i prowadzi mnie do urządzenia, którego nazwy nie znam. Każde mi usiąść na skórzanej ławeczce, a sam nachyla się przy urządzeniu i coś majstruje z ciężarkami. Po chwili sięga z góry drążek i podaje mi go z lekkim uśmiechem.
-Ustawiłem na trzy kilogramy. Powinnaś dać radę- przez chwilę gapię się na drążek w jego dużej dłoni, a potem go biorę. Jasne. To nie powinno być takie złe.
I z początku naprawdę nie jest złe i posyłam parę uśmiechów Harremu, który kawałek dalej unosił ciężarki, ale po kilkunastu minutach czuję, że już nie jest dobrze. Ramiona zaczynają mnie boleć i czuję, że zaraz odmówią mi posłuszeństwa. Zerkam spanikowana na zegar, a gdy odkrywam, że zostało jeszcze grubo ponad godzinę ćwiczeń, zaczynają mi się intensywnie pocić dłonie. Puszczam w końcu drążek, a on z cichym kliknięciem wraca na swoje miejsce. Poruszam lekko ramionami, rozluźniając napięte mięśnie. Już nie pamiętam kiedy ostatni raz aż tak intensywnie ich używałam. Cholera, czy ja to kiedykolwiek robiłam?
Patrzę w stronę Harrego, niepewna co powinnam teraz robić, ale widzę, że jest wciąż zajęty ciężarkami. Zagryzam więc wargę i postanawiam wziąć sprawy w swoje ręce. Jestem już cholera dorosła i potrafię sama o siebie zadbać. Mniej więcej.
Rozglądam się badawczo po sali, szukając jakichś nieinwazyjnych ćwiczeń. Omijam szerokim łukiem sztangi, gdzie część studentów sapie i robi się czerwona na twarzy w mało atrakcyjny sposób. Założę się, że Harry przy tym wygląda o niebo lepiej… Zresztą, co mnie to obchodzi. Mam teraz ważniejsze sprawy na głowie.
Okej. Przysiady wydają się w porządku. A żeby trener się nie przyczepił, wezmę jakieś lekkie ciężarki i będę ściemniać, że coś robię. Powinno się udać. Podchodzę do Harrego, który posyła mi szeroki uśmiech, nawet na chwilę nie przerywając ćwiczeń. Mój wzrok zatrzymuje się na jego umięśnionych ramionach tylko na moment, gdy odwzajemniam gest i zgarniam najmniejsze ciężarki jakie znajduję. Są różowe i jedno-kilogramowe. Łatwizna. Tym razem serio okazuje się to łatwizną, a ćwiczenie nie sprawia mi większych problemów.
Ale innym już tak. Gdy robię już osiemdziesiąty przysiad, orientuję się, że ktoś się na mnie gapi. Ktoś znaczy cała siłownia. Na mnie znaczy na mój tyłek. Prostuję się nagle, marszcząc brwi, a chłopacy widząc, że dostrzegam ich spojrzenia, wracają do swoich zajęć z dziwnym zapałem. Faceci.
Z lekką irytacją odkładam ciężarki na miejsce i patrzę na Harrego, który gapi się na mnie od dłuższej chwili z głupią miną. Unoszę brew, a on mruga kilkakrotnie, wyrwany z transu i również odkłada swoje ciężarki. Lub ciężary, bo moje przy tych wyglądają jak zabawki dla dzieci.
-Chodź, poćwiczysz trochę ze sztangą- gdy wciąż gapię się na jego ciężarki, łapie mnie za rękę i ciągnie za sobą. Że co? Sztanga? Czy on kompletnie oszalał? Przecież moje ramiona nie mają w ogóle mięśni!
Jednak coś w błyszczącej warstewce potu na jego umięśnionych ramionach skutecznie odwraca moją uwagę i nie jestem w stanie sklecić nawet zdania, gdy przytwierdza do metalowej sztangi malutkie ciężary i podchodzi do mnie z nią. Gdy tak ją niesie bez problemu, wydaje się zupełnie leciutka, ale, gdy sama ją łapię, odkrywam, że wcale taka nie jest. Cholera.
Harry delikatnie pomaga mi ją unieść na wysokość klatki piersiowej, uśmiechając się lekko.
-Teraz wolno w dół- instruuje mnie, stojąc tuż przede mną i pomagając z tym cholerstwem. Jak zwykle mocno pomocny. Serio, czy ten facet musi być cały czas tak irytująco miły? Powili zaczynam myśleć, że to jego wada. –Chodzisz jeszcze na jakieś zajęcia dodatkowe? Pytam, bo wolę się przygotować przed naszym kolejnym spotkaniem- gdy podnoszę na niego wzrok, szczerzy się do mnie. Wywracam oczami.
-Nie. To już wszystko- przez chwilę patrzy na mnie z tym uśmiechem, a coś dziwnego błyszczy w jego oczach.
-Szkoda.

***

Przez te cholerne zajęcia spóźnię się do pracy. Jak kurwa nic. Liam mnie zabije. Tym razem tak na serio. Boże, czy ja nie mogę zacząć lepiej planować swojego czasu?
Wypadam w biegu z szatni, prawie taranując jakąś laskę torbą sportową na moim ramieniu. Rzucam jej przepraszający uśmiech, a ona patrzy na mnie oburzona i wygląda na nieźle wkurzoną. Ale mam to w nosie, bo jestem kurwa spóźniona.
-Jackie, gdzie tak pędzisz?- słyszę za sobą znajomy głos, ale naprawdę nie mam teraz czasu na żadne pogaduszki. Nawet z nim. Dlatego zwalniam tylko odrobinę i oglądam się na niego przez ramię.
-Jestem już spóźniona!- Harry śmieje się na moje słowa i kręci głową. Nie mam nawet sekundy, by móc się zatrzymać i podziwiać ten piękny widok. Muszę pędzić do baru, z dala od Harrego i jego pięknego uśmiechu. Życie jest nie fair. Ale fakt, nie płacą mi za gapienie się na Stylesa. Ale gdyby tak było, byłabym już milionerką. Cholera.

***

Rakieta nie była zbyt zadowolona tak dziką jazdą przez zatłoczony Londyn, ale nie mogłam nic poradzić. Chciałam zniwelować moje spóźnienie do minimum, by móc w razie czego zwalić na korki. Ale piętnaście minut to trochę za dużo na korki. Choć, nie jest jeszcze tak źle. Liam nie powinien się tak wkurzyć. Wbiegam na zaplecze i olewając pytające spojrzenia Anta, przebieram się w uniform i z prędkością błyskawicy wychodzę na salę od razu zgarniając tacę z lady i pędząc do swojego rewiru. Niestety pech chciał, że akurat mijam się z Liamem, który znosił brudne naczynia. Po jego zdenerwowanej minie mogę się domyślić, że zauważył moje spóźnienie.
-Jack- warczy, marszcząc ciemne brwi. Jego sarnie oczy ciskają we mnie piorunami, a ja rozciągam usta w niewinnym uśmiechu. Cholera jasna.
-Cześć- wołam wesoło i nie dając mu dokończyć, prawie biegnę do stolika, gdzie akurat siadała jakaś para. Gdy spisuję ich zamówienie czuję na sobie palące spojrzenia Liama i nawet odległość nie zmniejsza jego siły. Gdyby wzrok mógł palić, już dawno miałabym w plecach dziurę na wylot.
Niestety składanie zamówienia nie trwa w nieskończoność (albo chociaż osiem godzin), więc w końcu muszę podejść do okienka za barem, by podać Nancy zamówienie. A za barem czeka nie kto inny jak sam Liam Payne, niechybnie żądny mojej krwi.
-Obiecałaś- syczy, krzyżując silne ramiona na równie silnej piersi, a ja przez chwilę gapię się na wytatuowane pióro i napis na nich. W końcu zdobywam się na odwagę i patrzę w jego oczy.
-Jak sam zauważyłeś, nigdy nie byłam skautem- szczerzę się głupio, unosząc ręce, a on gromi mnie spojrzeniem. Szlag.
-Spóźniłaś się już drugi raz w przeciągu dwóch tygodni. To się robi denerwujące Jack- mówi, a ja podchodzę do niego i kładę rękę na jego ramieniu. Koszula w czerwono-czarną kratę opina się wyraźnie na jego napiętych mięśniach.
-Wiem Liam, ja to wszystko wiem. Możesz mi to potrącić z pensji i w ogóle. Tym razem naprawdę obiecuję, że już więcej się nie spóźnię. Włączę sobie serię alarmów, załatwię transport powietrzny, skombinuję policyjną eskortę, wytworzę klona i oszukam przeznaczenie. Wszystko, byleby być tu na czas- dla lepszego efektu moich słów, ściskam go lekko za ramię i kiwam nieznacznie głową, robiąc zatroskaną minę. To nie tak, że nim manipuluję czy coś. Po prostu oboje doskonale wiemy, że Liam nie chce mnie stąd wyrzucać, bo wbrew pozorom jestem naprawdę dobrym pracownikiem i się przyjaźnimy. A słabo byłoby kończyć tak wspaniałą przyjaźń zwolnieniem z pracy.
Chłopak jeszcze przez chwilę mrozi mnie spojrzeniem, ale mijają kolejne sekundy i dosłownie widzę jak mięknie. W końcu wzdycha i kręci głową.
-Dobra, niech ci będzie. Za bardzo cię lubię- uśmiecham się szeroko na te słowa i klepię go lekko po zarośniętym policzku.
-Ja ciebie też Payno- Liam odtrąca moją dłoń i wywraca poirytowany oczami, ale widzę, że kąciki jego ust drgają.
-Wracaj lepiej do pracy- burczy, a ja szczerzę się do niego ostatni raz i biorę się za nalewanie piwa. Wiedziałam, nawet on nie mógł się oprzeć mojemu wrodzonemu urokowi.

***

Gdy podczas przerwy siadam do mojego burgera, coś zaczyna wibrować w kieszeni fartucha. Nie miałam nic w ustach od lunchu parę godzin temu. Umieram z głodu. Unoszę brew i z wypchanymi ustami sprawdzam co jest grane. Wiadomość od nieznajomego numeru. Kto to tym razem?
Podobałaś mi się dzisiaj na siłowni. Zwłaszcza podczas przysiadów. Powinnaś częściej nosić te spodnie.
H.
Nagle czuję jak moje wargi rozciągają się w szerokim uśmiechu, co musi wyglądać dość śmiesznie, zważając choćby na połowę burgera w moich ustach.
Dziękuję. Chyba nie jesteś jedynym, który tak myśli.
Co się ze mną dzieję? Czy ja właśnie flirtuję przez smsy? I to w dodatku z Harrym Stylesem! Cholera jasna, jeszcze tydzień temu to byłoby nie do pomyślenia. Zazwyczaj olewałam większość wiadomości od nieznajomych numerów. A to zdarza się dość często, bo zapisanych mam naprawdę tylko parę kontaktów. Tyle, że prawie zawsze okazywało się, że to jacyś faceci z poprzedniej imprezy albo w ogóle jacyś goście, którzy chętnie przekonaliby się na własne oczy czy te wszystkie plotki o Jack Black są prawdziwe. Czyli w sumie nic wartego uwagi.
Ale z Harrym jest inaczej. Nie dość, że odczytuję jego wiadomości to jeszcze na nie odpisuję. W dodatku od razu po przeczytaniu. U mnie to dość niespotykane. Raz Effie wkurzyła się na mnie nieźle, gdy odpisałam jej dopiero po jakimś tygodniu. Pytała czy mam ochotę  na lody po wykładach, a, gdy opisywałam, naprawdę miałam. Tyle, ze było już jakby trochę za późno. Ale na lody i tak w końcu poszłyśmy.
Masz rację. W takim razie nie powinnaś już ich więcej zakładać. Znaczy, nie w obecności innych. Możesz je nosić swobodnie, gdy będziemy sami.
H.
Będziesz mi dyktował w co mam się ubierać? Jasne i co jeszcze?
Zabawne. Ten facet jest zdecydowanie zbyt pewny siebie. Pewnie to jeden z wielu powodów dlaczego tak przyciąga kobiety.
Nie wydaje mi się bym cię posłuchała.
Kręcę głową, popijając burgera wodą. Boże, przez ten durny trening czuję się głodna jak nigdy. Prawie od razu zjadłam połowę. Niall gdyby mnie teraz zobaczył z pewnością byłby dumny.
Niegrzeczna dziewczynka.
H.
Głupi uśmiech na mojej twarzy jest tak szeroki, gdy tylko czytam tę wiadomość, że nawet przechodzący obok Tony go zauważa.
-Co się tak szczerzysz do tego telefonu? To ten koleś od mustanga wysyła ci sprośne smsy?- podnoszę na niego spojrzenie, a mój uśmiech od razu blaknie. Marszczę brwi, gromiąc go spojrzeniem, a on uśmiecha się pod nosem. Gdyby tylko wiedział, że trafił w samo sedno.
-Nie masz teraz czasem jakichś stołów do wytarcia albo klientów do obsłużenia?- warczę, a on kręci głową, śmiejąc się głośno. Pajac.
Wracam wzrokiem do telefonu i przygryzam wargę. Dobra, może z nim flirtowałam przez wiadomości, ale on wcale nie jest lepszy. Gdybym wiedziała jakie to fajne, może robiłabym to już wcześniej… Chociaż, nie, może nie.

Wiedziona dziwnym impulsem, robię coś, czego nie robiłam nigdy wcześniej. Klikam szybko w ekran telefonu zanim zdążę się rozmyślić i chwilę później nieznajomy numer zastępuje jedna literka. H.