7 sierpnia 2017

16.



         Biała pingpongowa piłeczka wędruje w górę i w dół, gdy Niall w skupieniu odbija ją czerwoną rakietką. Śledzę ją wzrokiem, tylko jednym uchem przysłuchując się opowieści Effie o jej wspaniałym trenerze od jogi. Odkąd miała z nim swoje pierwsze zajęcia jakieś dwa miesiące temu, co tydzień w poniedziałek przy lunchu wysłuchujemy jaki to pan Wu jest cudowny. Swoją drogą nie rozumiem skąd to nazwisko, skoro ten facet z Azją ma tyle wspólnego co McDonalds. Koleś ma złociste włosy, wybielane zęby, którymi błyszczy na prawo i lewo, wyginając się w dziwny sposób, całkiem pokaźne mięśnie i pomarańczową opaleniznę. A jego obcisłe legginsy w krzykliwe wzory cholernie uwydatniają jego zadek, który swoją drogą jest całkiem niezły, ale w życiu tego nie przyznam, tak rażą po oczach, że nie można ich nie zauważyć nawet z drugiego końca sali. Niall na początku wkurzał się na te wszystkie ochy i achy jego dziewczyny, ale przestał, gdy sam spotkał pana Wu i na własne oczy przekonał się, że trener jogi jest najmniej męskim facetem stąpającym po ziemi. Co prawda, krążą plotki, że jest zupełnie hetero, a kilka osób utrzymuje nawet, że widziało jak flirtował z jakąś kobietą w kawiarni, ale coś trudno mi w to uwierzyć, gdy widzę te jego legginsy. O zgrozo.
 Osobiście byłam na tylko jednych zajęciach z jogi. Mianowicie tych pierwszych. W tym roku musimy zaliczyć wuef, więc trzeba chodzić na różne takie pierdoły. Izzy wybrała pilates, więc to chyba logiczne, że joga wydawała mi się mniejszym złem. Jednak po pierwszych zajęciach diametralnie zmieniłam zdanie, gdy zobaczyłam krągły tyłek pana Wu machający mi tuż przed nosem i, gdy na następny dzień nie mogłam się zwlec z łóżka, bo wszystko mnie cholernie bolało. Dlatego zrezygnowałam z tego cholerstwa, a, że musiałam jakoś zaliczyć wuef, zapisałam się na ostatnie zajęcia, gdzie było jeszcze miejsce. Mianowicie: ćwiczenia siłowe. Co prawda jeszcze mnie tam nie było, bo przez dobre dwa tygodnie załatwiałam całą papierkową robotę związaną ze zmianą zajęć (normalnie zajęłoby to o wiele krócej, ale mnie niespecjalnie się spieszyło), a potem najzwyczajniej w świecie nie miałam na to siły ani czasu.
-Już nie mogę się doczekać dzisiejszego treningu. Po nim zawsze czuję się taka spełniona i mam wrażenie, że mogę więcej!- kiwnęłam głową, patrząc na białą piłeczkę, która akurat spadła na ziemię, gdy Niall nie zdołał jej odbić. Trzydzieści siedem razy, całkiem nieźle Horan. –Jack, serio powinnaś w końcu iść na swoje zajęcia. Chcesz zaliczyć wuef czy nie? Później możesz mieć przez to jakieś problemy- posyłam chłopakowi spojrzenie pełne uznania, a on szczerzy się w odpowiedzi.
-Jasne- rzucam, na nowo skupiając się na piłeczce. Jeden, dwa, trzy, cztery, pięć, sześć, siedem… Mnie to nigdy nie wychodziło, z wielkim trudem dobijałam do dziesięciu. Piętnaście to już w ogóle cud. To wcale nie wydaje się trudne, ale w rzeczywistości jest cholernie trudne.
-Poważnie Jack, unikasz ich już dwa miesiące. To strasznie dużo nieobecności. Dwie godziny treningu w tygodniu nic ci nie zrobią- wzdycham, odrywając wreszcie wzrok od podbijanej piłeczki i patrzę krzywo na rudą. Marszczy lekko brwi i rzuca mi zmartwione spojrzenie znad swojej sałatki.
-No właśnie. Skoro i tak mam już dużo nieobecności, to kolejne dwie nie zrobią większej różnicy- wzruszam ramionami, Horan rechocze, łapiąc piłeczkę w locie, a Effie gromi mnie spojrzeniem. Żeby jakoś szybko zmienić temat i uniknąć morderczych spojrzeń przyjaciółki, spoglądam na tę drugą, grzebiącą w milczeniu w swoich naleśnikach. Izzy i milczenie? Coś tu jest nie tak. –A ty coś taka milcząca?- blondynka patrzy na mnie wielkimi, niebieskimi oczami jakby widziała mnie po raz pierwszy. Mruga zdziwiona i wzrusza nonszalancko ramionami, ponownie wbijając wzrok w rozciapkane naleśniki na jej talerzu.
-Zdaje ci się- mamrocze, a ja aż wymieniam zdziwione spojrzenie z Niallem, bo na Effie wolę na razie nie patrzeć. Coś tu zdecydowanie jest nie tak. Przysuwam się do dziewczyny, nachylając nad stołem.
-Okej. Gadaj- ponownie podnosi na nas wielkie oczy, a widząc, że wszyscy otaczamy ją ciasnym kółkiem, oczekując wyjaśnień, wzdycha zrezygnowana i opuszcza ramiona.
-Bo… na tej piątkowej imprezie poznałam takiego chłopaka- urywa i spogląda na nas niepewnie. Jednak widząc, że to nam nie wystarcza, ponownie wzdycha, wbijając wzrok w naleśniki. –Cudownie mi się z nim rozmawiało i był taki zabawny i uroczy, że bez wahania zgodziłam się iść z nim do jego pokoju… Ale tylko żeby porozmawiać, naprawdę!- dodaje szybko, doskonale rozumiejąc nasze milczenie i zszokowane spojrzenia. Chodzenie z obcymi facetami do pokojów na piętrze podczas imprezy nie było w stylu Izzy. Zupełnie. Za to w moim już może tak… -Tematy nam się nie kończyły i było naprawdę miło i już zaczynałam wierzyć, że spotkałam swojego Księcia, ale wtedy okazało się, że już ktoś jest w jego pokoju. Zamknął mi drzwi przed nosem, zanim zdążyłam zareagować. Przez chwilę się dobijałam i pytałam o co chodzi, sądziłam, że w środku są może jego jacyś znajomi albo coś. Ale potem usłyszałam damski głos i zrozumiałam dlaczego nie chciał mnie wpuścić do środka. Czekała tam już na niego jakaś inna laska- wyrzuca z siebie słowa jak karabin, a nam chwilę zajmuje zanim poskładamy to w całość. Unoszę wysoko brwi, zdziwiona. Zupełnie nie tego się spodziewałam. Myślałam, że jest taka cicha bo głupio jej, że tak się schlała i, że może jeszcze trochę męczył ją ten kac. Choć faktycznie, nawet na to ile wtedy wypiła, dwa dni kaca to zbyt wiele. Effie na szczęście zareagowała szybciej.
-Faceci to idioci kochana- obejmuje ją ramieniem, rzucając przepraszające spojrzenie Niallowi, który uniósł nieznacznie ciemne brwi, słysząc słowa swojej dziewczyny. Mrugam kilkakrotnie i kładę głowę na ramieniu blondynki.
-Ta. A tamten zdecydowanie nie był twoim Księciem- dodaję, a Izzy wzdycha po raz milionowy, ale posyła nam lekki uśmiech. Cóż, przejdzie jej niedługo. Po prostu wypiła trochę za dużo i zaczęło jej się coś wydawać. Mnie czasem też to się zdarza. Ostatnio nawet bardzo często. Marszczę brwi, gdy dociera do mnie głos rudej.
-To nie znaczy, że zapomniałam o twoich zajęciach Jack- cholera.

***

Wbiegam na ostatnią chwilę do sali, posyłając lekki uśmiech profesorowi Hawkinsowi. Macha na mnie ręką, jakbym była natrętnym owadem, marszcząc brwi, więc wzruszam ramionami i idę do jednego z ostatnich rzędów. Wbijam wzrok w podłogę, ze wszystkich sił starając się nie nadepnąć ani nie potknąć o walające się wszędzie torby. Cholerni studenci.
Zajmuję swoje miejsce z lekkim westchnięciem i schylam się do torby, by wyciągnąć z niej notatnik. Prawie piszczę, gdy słyszę w uchu cichy głos.
-Nie ładnie tak się spóźniać Jackie- patrzę w prawo na błyszczące radośnie zielone oczy i szeroki uśmiech z dołeczkami o mocy tysiąca słońc. Unoszę brwi, starając się uspokoić rozszalałe serce. No co za idiota.
-Po pierwsze: wcale się nie spóźniłam- syczę przyciszonym głosem, a on wciąż uśmiecha się, wyraźnie z siebie zadowolony. –Po drugie: czy ty zawsze musisz mnie straszyć?- chłopak tylko unosi brwi, robiąc minę niewiniątka, którym z pewnością nie jest. To Harry Styles do cholery. Nawet jeśli nie wszystkie plotki na jego temat są prawdziwe, nie jest żadnym świętym. Robił to i owo i wątpię, by tego żałował. Zresztą, wiem co nieco z autopsji. Moja buźka o anielskich rysach to tylko zmyłka. Serio.
-Nic na to nie poradzę, że tak na ciebie działam- mówi, unosząc ręce w obronnym geście, a ja mam ogromną ochotę czymś w niego rzucić. Długopisem, zeszytem, krzesłem, czymkolwiek. Co za palant. Ale oczywiście niczym w niego nie rzucam, tylko prycham i krzyżuję ręce na piersi, siadając prosto. A, gdy zerkam na niego, by cisnąć kolejnym zirytowanym spojrzeniem, nie potrafię kompletnie nic poradzić na zauważalne drganie w kącikach ust. Harry szczerzy do mnie zęby i porusza flirciarsko brwiami, przez co wygląda jak idiota bardziej niż zwykle. Parskam śmiechem i wbijam wzrok w kolorowe slajdy na tablicy, próbując się skupić na wykładzie profesora Hawkinsa. Przecież lubię te wykłady do cholery jasnej. W końcu nie są obowiązkowe i przyszłam na nie z własnej nieprzymuszonej woli od razu, gdy się o nich dowiedziałam. Czyli jakoś tydzień temu. Może gdybym częściej zwracała uwagę na powywieszane wszędzie ogłoszenia i zaglądała czasem na stronę internetową uczelni, byłabym z takimi rzeczami na bieżąco. Ale jakoś tak nie mam do tego głowy.
Jednak slajdy profesora Hawkinsa, mimo, że bardzo ładne, nie są w stanie utrzymać mojej uwagi zbyt długo. Spoglądam dyskretnie na Harrego, siedzącego po mojej prawej. Śledzę wzrokiem jego długie nogi wyciągnięte wygodnie do przodu. Ciemne spodnie opinają je ciasno i dam sobie rękę uciąć, że ma je nisko opuszczone, aż wystają znad nich bokserki. Czarne wysokie buty u kogoś innego pewnie wyglądałyby dziwacznie, ale na nim prezentują się denerwująco dobrze. No jasne. Zwykły czarny T-shirt odsłania większość tatuaży na jego silnych ramionach. Czerwona koszula w kratę wisi, przerzucona niedbale przez oparcie krzesła. Ten koleś ma jakąś obsesję na punkcie czarnych ciuchów. Lewy biceps rzuca się w oczy, gdy napina go machinalnie, opierając łokieć na ławce. Przez chwilę wbijam wzrok w wytatuowany na nim statek. Mówcie co chcecie, ale on wcale nie kojarzy się z łysawym, spoconym marynarzem. Patrzę na jego profil, gdy w skupieniu marszczy ciemne brwi i przygryza końcówkę ołówka. Jego wargi wydają się bardziej różowe niż zazwyczaj. Cholera, dziewczyny używają pomadek, by uzyskać taki kolor, a on po prostu tak ma, skubany. Linia szczęki jest mocno zarysowana i to jest tak cholernie seksowne, że nie mogę. Pierścienie błyszczą srebrem na jego zgrabnych palcach. Ciemne włosy ma zaczesane do tyłu, a ja odczuwam naglę przemożną chęć dotknięcia ich. Jack, ogarnij się. Szybko odwracam wzrok, zanim Harry zdąży zauważyć, że się na niego napalam. Jestem cholerną idiotką.

***

Nawet zbrukanie siebie w myślach nic nie dało i przez cały wykład spoglądałam co jakiś czas ukradkiem na Harrego. Równie dobrze mogłabym tam nie iść, bo i tak nie wiem o czym był. Ja pierdole. Co jest ze mną nie tak? Pewnie wszystko, bo, gdy już miałam wsiąść do auta i wrócić do akademika, by odpocząć trochę przed pracą, coś mnie tknęło i wzięłam torbę z  ciuchami leżącą tam od niespełna dwóch miesięcy i pognałam na siłownię. Od kiedy to ja tak słucham Effie? Nawet w sprawie Harrego udaje mi się idealnie robić wszystko wbrew jej woli i nie odczuwam przez to prawie żadnych wyrzutów sumienia. Chyba zaczynam mięknąć albo już do końca zwariowałam.
W każdym bądź razie, gdy tylko weszłam do szatni, ogarnął mnie silny zapach potu, mimo, że była damska. Cóż, dziewczyny się nie oszczędzały, jak czuć. Wcisnęłam się w te obcisłe, czarne legginsy, w których mój tyłek wygląda cudownie i sportowy stanik. Rzuciłam badawcze spojrzenie na inne dziewczyny w szatni, a widząc, że większość na takim stroju poprzestała, zmarszczyłam brwi. Wciągnęłam jeszcze koszulkę z obciętymi rękawami i zawiązałam na nogach adidasy. Mimo, że jestem Jack Black nie mam najmniejszego zamiaru paradować po siłowni w samym staniku, nawet jeśli to tylko ten sportowy. Po prostu nie.
Wchodzę na salę, rozglądając się niepewnie. W przestronnej pomieszczeniu wypełnionym ciężarami i różnymi sprzętami do ćwiczeń siłowych zgromadziła się już grupka studentów w strojach. Jedni bardziej, inni mniej umięśnieni. Ze zdziwieniem odkrywam, że jak na razie jestem jedyną dziewczyną. Cóż, może jeszcze przyjdą. Zerkam na duży zegar wiszący nad rzędem luster po jednej stronie i widzę, że za chwilę powinniśmy zaczynać. Na pewno przyjdą. Dziewczyny zawsze dłużej się przebierają. Staram się nie zwracać uwagi na ciekawskie spojrzenia, którymi jestem obrzucana ze wszystkich stron i przebieram nerwowo nogami, gdy dołącza do nas facet w średnim wieku. Ma dość imponujące mięśnie i łysą głowę, ale niski wzrost przełamuje wygląd groźnego osiłka. Na szerokiej piersi wisi srebrny gwizdek, a w wielkiej łapie ściska jakąś podkładkę z papierami. Wita się z nami i zaczyna odczytywać listę obecności. Zaczynam rozglądać się z rosnącym niepokojem. Gdzie reszta dziewczyn?
-Black…
-Jestem!- wołam szybko, nie dając mu dokończyć. Mężczyzna obrzuca mnie badawczym spojrzeniem i odhacza coś na kartce. Przełykam rosnącą w gardle gulę, gdy patrzę jak odkłada podstawkę na bok. Gdzie reszta dziewczyn?! Przecież nie mogę być jedyna! Cholera, nie mogę!
-Skoro mamy już wszystkich, zaczynamy. Najpierw mała rozgrzewka- trener klaszcze głośno wielkimi łapskami i nagle wszyscy się rozchodzą, widząc doskonale co mają robić. Tylko ja wciąż stoję w miejscu, gapiąc się na niego zbaraniała. Ten unosi nieznacznie brwi i wskazuje bez słowa na bieżnię w rogu. Kurwa mać, co ja tu robię?
Właśnie kończę pierwszy kilometr, gdy jakiś zasapany chłopak wbiega do środka, zginając się wpół, by wyrównać oddech. Rzucam krótkie spojrzenie na jego odbicie w lustrze przede mną, ale zaraz muszę przestać, gdy trener bestialsko zwiększa prędkość, a ja muszę się postarać żeby nadążyć.
-Przepraszam za spóźnienie, trenerze- sapie, a ja marszczę brwi. Cholera, skądś znam ten głos. Ja wiem, że słyszałam już naprawdę wiele męskich głosów i to nie powinno mnie dziwić, ale ja naprawdę znam ten głos. Jednak jest zasapany i zachrypnięty po biegu i brzmi jakoś dziwnie. Pozwalam sobie na chwilę ponownie spojrzeć na odbicie chłopaka, ale odkrywam, że nie ma go w progu. –Coś mi wypadło, ale już jestem- nie myśląc zbyt wiele, patrzę w prawo, gdzie stoi trener. Nowo przybyły chłopak podszedł do niego, a mi z wrażenia plączą się nogi i po kilku sekundach ląduję jak długa na ziemi, robiąc przy tym sporo hałasu i przyciągając uwagę wszystkich. O kurwa mać. –Cholera, nic ci nie jest?- podnoszę wielkie oczy na chłopaka, który odskoczył od trenera i teraz pochylał się nade mną. –Jackie?- pyta, marszcząc brwi, a ja jestem zbyt zbaraniała by cokolwiek powiedzieć. Jebany Harry kurwa Styles. Na moich zajęciach siłowych. Ja pierdole. Czy są jakieś dodatkowe zajęcia, których z nim nie mam? Czy jest jakieś miejsce, gdzie go nie spotkam? Patrzę na jego zieloną koszulkę od kosza bez ramion i czarne spodenki. Czy to znaczy, że będę mogła raz w tygodniu przez bite dwie godziny bezkarnie gapić się na spoconego Harrego Stylesa podnoszącego różne ciężary? Cholera, te zajęcia nagle stały się szalenie atrakcyjne. –Co ty tu robisz?- wreszcie zdobywam się na lekki uśmiech, gdy pomaga mi wstać. Poprawiam wysoką kitkę, która się poluzowała i staram się nie myśleć jak kurewsko boli mnie tyłek.
-Pomyślałam, że lepsze to niż joga- mówię, a on wciąż patrzy na mnie jakby nie do końca wierzył, że mnie widzi. –Ale teraz w sumie nie wiem- dodaję trochę ciszej, zerkając niepewnie ponad jego ramieniem na trenera, który obrzucił mnie średnio zainteresowanym spojrzeniem, a gdy stwierdził, że żyję, zajął się pomaganiem jakiemuś kolesiowi przy sztandze. Patrzę w końcu na Harrego, a on się uśmiecha, marszcząc lekko brwi.
-Ta, dostajemy tu niezły wycisk. Dlatego dziewczyny zazwyczaj omijają te zajęcia.
-Zauważyłam- krzywię się lekko, na co on uśmiecha się szerzej. Już pewnie nie mogę zmienić zajęć. Sekretarka by mnie zabiła, gdyby zobaczyła mnie ponownie. Serio. Cholera, mam przerąbane. Harry bezbłędnie odczytuje moją kwaśną minę.
-Spokojnie, nie będzie tak źle. Pomogę ci i osobiście zadbam żebyś nie dostała zbyt dużego wycisku- przez chwilę gapię się na czarne serce na jego lewym ramieniu. Czy ten człowiek musi mi we wszystkim pomagać? Nie narzekam czy coś, ale czy go to nie męczy? Bo ja na jego miejscu miałabym już serdecznie dość.
-A da się tak?- pytam z powątpiewaniem, patrząc jak reszta zaczyna podnosić ciężary, które pewnie ważą tyle co ja. Fantastycznie. Chłopak chichocze i prowadzi mnie do urządzenia, którego nazwy nie znam. Każde mi usiąść na skórzanej ławeczce, a sam nachyla się przy urządzeniu i coś majstruje z ciężarkami. Po chwili sięga z góry drążek i podaje mi go z lekkim uśmiechem.
-Ustawiłem na trzy kilogramy. Powinnaś dać radę- przez chwilę gapię się na drążek w jego dużej dłoni, a potem go biorę. Jasne. To nie powinno być takie złe.
I z początku naprawdę nie jest złe i posyłam parę uśmiechów Harremu, który kawałek dalej unosił ciężarki, ale po kilkunastu minutach czuję, że już nie jest dobrze. Ramiona zaczynają mnie boleć i czuję, że zaraz odmówią mi posłuszeństwa. Zerkam spanikowana na zegar, a gdy odkrywam, że zostało jeszcze grubo ponad godzinę ćwiczeń, zaczynają mi się intensywnie pocić dłonie. Puszczam w końcu drążek, a on z cichym kliknięciem wraca na swoje miejsce. Poruszam lekko ramionami, rozluźniając napięte mięśnie. Już nie pamiętam kiedy ostatni raz aż tak intensywnie ich używałam. Cholera, czy ja to kiedykolwiek robiłam?
Patrzę w stronę Harrego, niepewna co powinnam teraz robić, ale widzę, że jest wciąż zajęty ciężarkami. Zagryzam więc wargę i postanawiam wziąć sprawy w swoje ręce. Jestem już cholera dorosła i potrafię sama o siebie zadbać. Mniej więcej.
Rozglądam się badawczo po sali, szukając jakichś nieinwazyjnych ćwiczeń. Omijam szerokim łukiem sztangi, gdzie część studentów sapie i robi się czerwona na twarzy w mało atrakcyjny sposób. Założę się, że Harry przy tym wygląda o niebo lepiej… Zresztą, co mnie to obchodzi. Mam teraz ważniejsze sprawy na głowie.
Okej. Przysiady wydają się w porządku. A żeby trener się nie przyczepił, wezmę jakieś lekkie ciężarki i będę ściemniać, że coś robię. Powinno się udać. Podchodzę do Harrego, który posyła mi szeroki uśmiech, nawet na chwilę nie przerywając ćwiczeń. Mój wzrok zatrzymuje się na jego umięśnionych ramionach tylko na moment, gdy odwzajemniam gest i zgarniam najmniejsze ciężarki jakie znajduję. Są różowe i jedno-kilogramowe. Łatwizna. Tym razem serio okazuje się to łatwizną, a ćwiczenie nie sprawia mi większych problemów.
Ale innym już tak. Gdy robię już osiemdziesiąty przysiad, orientuję się, że ktoś się na mnie gapi. Ktoś znaczy cała siłownia. Na mnie znaczy na mój tyłek. Prostuję się nagle, marszcząc brwi, a chłopacy widząc, że dostrzegam ich spojrzenia, wracają do swoich zajęć z dziwnym zapałem. Faceci.
Z lekką irytacją odkładam ciężarki na miejsce i patrzę na Harrego, który gapi się na mnie od dłuższej chwili z głupią miną. Unoszę brew, a on mruga kilkakrotnie, wyrwany z transu i również odkłada swoje ciężarki. Lub ciężary, bo moje przy tych wyglądają jak zabawki dla dzieci.
-Chodź, poćwiczysz trochę ze sztangą- gdy wciąż gapię się na jego ciężarki, łapie mnie za rękę i ciągnie za sobą. Że co? Sztanga? Czy on kompletnie oszalał? Przecież moje ramiona nie mają w ogóle mięśni!
Jednak coś w błyszczącej warstewce potu na jego umięśnionych ramionach skutecznie odwraca moją uwagę i nie jestem w stanie sklecić nawet zdania, gdy przytwierdza do metalowej sztangi malutkie ciężary i podchodzi do mnie z nią. Gdy tak ją niesie bez problemu, wydaje się zupełnie leciutka, ale, gdy sama ją łapię, odkrywam, że wcale taka nie jest. Cholera.
Harry delikatnie pomaga mi ją unieść na wysokość klatki piersiowej, uśmiechając się lekko.
-Teraz wolno w dół- instruuje mnie, stojąc tuż przede mną i pomagając z tym cholerstwem. Jak zwykle mocno pomocny. Serio, czy ten facet musi być cały czas tak irytująco miły? Powili zaczynam myśleć, że to jego wada. –Chodzisz jeszcze na jakieś zajęcia dodatkowe? Pytam, bo wolę się przygotować przed naszym kolejnym spotkaniem- gdy podnoszę na niego wzrok, szczerzy się do mnie. Wywracam oczami.
-Nie. To już wszystko- przez chwilę patrzy na mnie z tym uśmiechem, a coś dziwnego błyszczy w jego oczach.
-Szkoda.

***

Przez te cholerne zajęcia spóźnię się do pracy. Jak kurwa nic. Liam mnie zabije. Tym razem tak na serio. Boże, czy ja nie mogę zacząć lepiej planować swojego czasu?
Wypadam w biegu z szatni, prawie taranując jakąś laskę torbą sportową na moim ramieniu. Rzucam jej przepraszający uśmiech, a ona patrzy na mnie oburzona i wygląda na nieźle wkurzoną. Ale mam to w nosie, bo jestem kurwa spóźniona.
-Jackie, gdzie tak pędzisz?- słyszę za sobą znajomy głos, ale naprawdę nie mam teraz czasu na żadne pogaduszki. Nawet z nim. Dlatego zwalniam tylko odrobinę i oglądam się na niego przez ramię.
-Jestem już spóźniona!- Harry śmieje się na moje słowa i kręci głową. Nie mam nawet sekundy, by móc się zatrzymać i podziwiać ten piękny widok. Muszę pędzić do baru, z dala od Harrego i jego pięknego uśmiechu. Życie jest nie fair. Ale fakt, nie płacą mi za gapienie się na Stylesa. Ale gdyby tak było, byłabym już milionerką. Cholera.

***

Rakieta nie była zbyt zadowolona tak dziką jazdą przez zatłoczony Londyn, ale nie mogłam nic poradzić. Chciałam zniwelować moje spóźnienie do minimum, by móc w razie czego zwalić na korki. Ale piętnaście minut to trochę za dużo na korki. Choć, nie jest jeszcze tak źle. Liam nie powinien się tak wkurzyć. Wbiegam na zaplecze i olewając pytające spojrzenia Anta, przebieram się w uniform i z prędkością błyskawicy wychodzę na salę od razu zgarniając tacę z lady i pędząc do swojego rewiru. Niestety pech chciał, że akurat mijam się z Liamem, który znosił brudne naczynia. Po jego zdenerwowanej minie mogę się domyślić, że zauważył moje spóźnienie.
-Jack- warczy, marszcząc ciemne brwi. Jego sarnie oczy ciskają we mnie piorunami, a ja rozciągam usta w niewinnym uśmiechu. Cholera jasna.
-Cześć- wołam wesoło i nie dając mu dokończyć, prawie biegnę do stolika, gdzie akurat siadała jakaś para. Gdy spisuję ich zamówienie czuję na sobie palące spojrzenia Liama i nawet odległość nie zmniejsza jego siły. Gdyby wzrok mógł palić, już dawno miałabym w plecach dziurę na wylot.
Niestety składanie zamówienia nie trwa w nieskończoność (albo chociaż osiem godzin), więc w końcu muszę podejść do okienka za barem, by podać Nancy zamówienie. A za barem czeka nie kto inny jak sam Liam Payne, niechybnie żądny mojej krwi.
-Obiecałaś- syczy, krzyżując silne ramiona na równie silnej piersi, a ja przez chwilę gapię się na wytatuowane pióro i napis na nich. W końcu zdobywam się na odwagę i patrzę w jego oczy.
-Jak sam zauważyłeś, nigdy nie byłam skautem- szczerzę się głupio, unosząc ręce, a on gromi mnie spojrzeniem. Szlag.
-Spóźniłaś się już drugi raz w przeciągu dwóch tygodni. To się robi denerwujące Jack- mówi, a ja podchodzę do niego i kładę rękę na jego ramieniu. Koszula w czerwono-czarną kratę opina się wyraźnie na jego napiętych mięśniach.
-Wiem Liam, ja to wszystko wiem. Możesz mi to potrącić z pensji i w ogóle. Tym razem naprawdę obiecuję, że już więcej się nie spóźnię. Włączę sobie serię alarmów, załatwię transport powietrzny, skombinuję policyjną eskortę, wytworzę klona i oszukam przeznaczenie. Wszystko, byleby być tu na czas- dla lepszego efektu moich słów, ściskam go lekko za ramię i kiwam nieznacznie głową, robiąc zatroskaną minę. To nie tak, że nim manipuluję czy coś. Po prostu oboje doskonale wiemy, że Liam nie chce mnie stąd wyrzucać, bo wbrew pozorom jestem naprawdę dobrym pracownikiem i się przyjaźnimy. A słabo byłoby kończyć tak wspaniałą przyjaźń zwolnieniem z pracy.
Chłopak jeszcze przez chwilę mrozi mnie spojrzeniem, ale mijają kolejne sekundy i dosłownie widzę jak mięknie. W końcu wzdycha i kręci głową.
-Dobra, niech ci będzie. Za bardzo cię lubię- uśmiecham się szeroko na te słowa i klepię go lekko po zarośniętym policzku.
-Ja ciebie też Payno- Liam odtrąca moją dłoń i wywraca poirytowany oczami, ale widzę, że kąciki jego ust drgają.
-Wracaj lepiej do pracy- burczy, a ja szczerzę się do niego ostatni raz i biorę się za nalewanie piwa. Wiedziałam, nawet on nie mógł się oprzeć mojemu wrodzonemu urokowi.

***

Gdy podczas przerwy siadam do mojego burgera, coś zaczyna wibrować w kieszeni fartucha. Nie miałam nic w ustach od lunchu parę godzin temu. Umieram z głodu. Unoszę brew i z wypchanymi ustami sprawdzam co jest grane. Wiadomość od nieznajomego numeru. Kto to tym razem?
Podobałaś mi się dzisiaj na siłowni. Zwłaszcza podczas przysiadów. Powinnaś częściej nosić te spodnie.
H.
Nagle czuję jak moje wargi rozciągają się w szerokim uśmiechu, co musi wyglądać dość śmiesznie, zważając choćby na połowę burgera w moich ustach.
Dziękuję. Chyba nie jesteś jedynym, który tak myśli.
Co się ze mną dzieję? Czy ja właśnie flirtuję przez smsy? I to w dodatku z Harrym Stylesem! Cholera jasna, jeszcze tydzień temu to byłoby nie do pomyślenia. Zazwyczaj olewałam większość wiadomości od nieznajomych numerów. A to zdarza się dość często, bo zapisanych mam naprawdę tylko parę kontaktów. Tyle, że prawie zawsze okazywało się, że to jacyś faceci z poprzedniej imprezy albo w ogóle jacyś goście, którzy chętnie przekonaliby się na własne oczy czy te wszystkie plotki o Jack Black są prawdziwe. Czyli w sumie nic wartego uwagi.
Ale z Harrym jest inaczej. Nie dość, że odczytuję jego wiadomości to jeszcze na nie odpisuję. W dodatku od razu po przeczytaniu. U mnie to dość niespotykane. Raz Effie wkurzyła się na mnie nieźle, gdy odpisałam jej dopiero po jakimś tygodniu. Pytała czy mam ochotę  na lody po wykładach, a, gdy opisywałam, naprawdę miałam. Tyle, ze było już jakby trochę za późno. Ale na lody i tak w końcu poszłyśmy.
Masz rację. W takim razie nie powinnaś już ich więcej zakładać. Znaczy, nie w obecności innych. Możesz je nosić swobodnie, gdy będziemy sami.
H.
Będziesz mi dyktował w co mam się ubierać? Jasne i co jeszcze?
Zabawne. Ten facet jest zdecydowanie zbyt pewny siebie. Pewnie to jeden z wielu powodów dlaczego tak przyciąga kobiety.
Nie wydaje mi się bym cię posłuchała.
Kręcę głową, popijając burgera wodą. Boże, przez ten durny trening czuję się głodna jak nigdy. Prawie od razu zjadłam połowę. Niall gdyby mnie teraz zobaczył z pewnością byłby dumny.
Niegrzeczna dziewczynka.
H.
Głupi uśmiech na mojej twarzy jest tak szeroki, gdy tylko czytam tę wiadomość, że nawet przechodzący obok Tony go zauważa.
-Co się tak szczerzysz do tego telefonu? To ten koleś od mustanga wysyła ci sprośne smsy?- podnoszę na niego spojrzenie, a mój uśmiech od razu blaknie. Marszczę brwi, gromiąc go spojrzeniem, a on uśmiecha się pod nosem. Gdyby tylko wiedział, że trafił w samo sedno.
-Nie masz teraz czasem jakichś stołów do wytarcia albo klientów do obsłużenia?- warczę, a on kręci głową, śmiejąc się głośno. Pajac.
Wracam wzrokiem do telefonu i przygryzam wargę. Dobra, może z nim flirtowałam przez wiadomości, ale on wcale nie jest lepszy. Gdybym wiedziała jakie to fajne, może robiłabym to już wcześniej… Chociaż, nie, może nie.

Wiedziona dziwnym impulsem, robię coś, czego nie robiłam nigdy wcześniej. Klikam szybko w ekran telefonu zanim zdążę się rozmyślić i chwilę później nieznajomy numer zastępuje jedna literka. H.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz