25 listopada 2017

22.



         Gdy gdzieś koło pierwszej w nocy wkradałam się do pokoju ze złudną nadzieję, że Effie już śpi, okazało się jednak, że wcale tak nie jest. Ale na szczęście rzuciła mi tylko krzywe spojrzenie i nie wypytywała dlaczego tak długo mnie nie było, skoro szliśmy tylko do kina. Ale, gdy wróciłam po prysznicu, dosłownie zbombardowała mnie pytaniami, najwyraźniej sądząc, że Ant wpadł mi w oko i, że to faktycznie była randka. Cholera. Ja oczywiście próbowałam jej to jakoś wytłumaczyć, ale to oczywiście na nic. Jak ruda się na coś uprze, to nie ma przebacz.
Przez cały tydzień praktycznie nie widziałam Harrego. Skończył już pozowanie na moich zajęciach z malarstwa, więc spotkałam go tylko na literaturze w poniedziałek, bo na ćwiczenia siłowe nie przyszedł, co jest raczej dziwne, bo myślałam, że lubi chodzić na siłownie. Ale nie porozmawialiśmy za długo, a zaraz po wykładzie gdzieś zniknął. Natknęłam się na niego na korytarzu tylko kilka razy, ale zawsze gdzieś się spieszył. A ja wciąż nie odzyskałam swojej książki.
Zaczęłam się już zastanawiać czy powiedziałam albo zrobiłam coś nie tak podczas naszej sobotniej ran… uh, spotkania. Ale przecież wszystko było okej i wydawało mi się, że Harry bawił się tak samo dobrze jak ja. O co więc może chodzić?
Tak więc, w piątkowe popołudnie przemierzam deptak z Izzy u boku, trajkoczącą mi jak najęta o jakimś spotkaniu autorskim z jakąś kobietą, której nazwisko kompletnie mi nic nie mówi. Próbuje mnie przekonać bym porzuciła imprezę i poszła tam z nią. W piątkowy wieczór. Ha!
-Oh, no weź, Jackie! Effie i Niall nie chcą opuścić imprezy miesiąca, więc zostałaś mi tylko ty!- przejęła tę ksywkę, odkąd usłyszała jak Harry mnie tak nazywa. Cudownie. –Penelopa Clearmont to bardzo ciekawa osoba! Mówiłam ci o niej. Zwiedziła kawał świata i napisała o tym wiele książek. Jest silną i niezależną kobietą i naprawdę zależy mi na spotkaniu z nią, bo naprawdę rzadko godzi się na spotkania- patrzę na blondynkę, która świeci na mnie swoimi niebieskimi oczami. No tak. Silna i niezależna. Izzy coś o niej wspominała. A robiła to więcej niż kilka razy, skoro to zapamiętałam. Czyli faktycznie ją lubi i podziwia, skoro tak mnie błaga. Ale cholera, moja impreza… -Ona jest moją idolką!- blondynka stawia na swój największy argument, a ja zaciskam usta, patrząc na chodnik, ale w końcu wzdycham i kiwam głową. Bo jestem kurwa dobrą przyjaciółką. Przypomnijcie mi o tym, gdy będę słyszała jak ktoś mówi o dzisiejszej imprezie. Słyszałam, że cheerlederki mają dać specjalny pokaz ich nowego układu topless, a chłopaki z drużyny mają się do nich przyłączyć. Cholera. –Jesteś najlepsza!- zatrzymuję się, gdy Izzy rzuca mi się na szyję, a ja myślę o poprzednim razie, gdy słyszałam te same słowa. Potem wylądowałam w łóżku Harrego Stylesa.
-Ta, wiem- mamroczę, gdy blondynka zaczyna z jeszcze większym podekscytowaniem zarzucać mnie informacjami o Penelopie Clearmont. Jestem wspaniałą przyjaciółką.
Cholera.
Nagle Izzy zatrzymuje się w miejscu, szukając czegoś pilnie w swojej torbie. Unoszę na nią brwi, a ona przygryza pełną wargę w zamyśleniu.
-Zostawiłam notatki w sali. Zaraz wracam!- woła i nim zdążę się obejrzeć, zostaję sama jak palec. Bez możliwości pójścia na imprezę, gdzie będzie fontanna z czekolady i druga z piwem. Kurwa. Jestem wspaniałą przyjaciółką.
-Jackie Chan!- obracam się o sto osiemdziesiąt stopni, słysząc znajomy, nieco wysoki głos. Unoszę brwi na Louisa, który podchodzi do mnie z dziwnym wyrazem twarzy, patrząc gdzieś za moimi plecami. Oglądam się, ale niczego szczególnego nie dostrzegając, patrzę z powrotem na chłopaka.
-Myślałam, że trawka wypaliła ci mózg i dlatego mnie tak nazwałeś na imprezie, ale ty najwyraźniej już wcześniej byłeś rąbnięty- mówię, a on uśmiecha się w tak uroczy sposób, że wygląda jak małe bubu. Jak to jest kurwa możliwe?
-Eh, cały ja- wzdycha, a ja wywracam oczami, ale kąciki moich ust drgają. –Nie widziałem cię od piątku. Zapadłaś się pod ziemię czy jak?
-To samo mogę powiedzieć o tobie. Ale zważając na stan, w jakim wtedy byłeś, to nie jest aż tak dziwne- krzyżuję ręce na piersi, uśmiechając się krzywo, a on drapie się w kark, krzywiąc się. Gdy stoi tak blisko mogę powiedzieć, że jest mniej więcej mojego wzrostu. A jego stopy faktycznie są tak uroczo małe w tych malutkich adidasach. Przesłodkie.
-Ta, chciałem nadrobić miniony tydzień, ale chyba trochę przeholowałem- naciąga rękawy zielonej bluzy na dłonie z lekkim zażenowaniem i, o matko, gdy to widzę, jestem mu w stanie wybaczyć wszystkie durne przezwiska.
-Nie martw się. Ja też dałam czadu- wzdycham, a on podnosi na mnie wzrok i uśmiecha się, pokazując zęby. Mam nadzieję, że wieść o moim rzekomym trójkącie z dwójką jego kumpli się nie rozeszła. Mam nadzieję, że nikt oprócz naszej trójki o tym nie wie. Kurwa.
-Ta, rekord uczelni. Słyszałem- chowa dłonie w kieszeń bluzy i unosi ciemne brwi. Cholera, tak. –Powiedz, skóra Harrego smakuje tak samo jak mówią czy to tylko plotki?
-Oh, zamknij się Tomlinson- Lou śmieje się głośno, a wygląda przy tym tak uroczo, że cała moja irytacja ulatuje. Boże, jak on to robi? Jak to możliwe, by paląc tyle trawki, pijąc tyle i mając tyle tatuaży móc być tak nieprzyzwoicie uroczym? No kurwa jak?
-Dobrze, że po niego zadzwoniłem, bo miałaś przynajmniej z kogo pić- zaraz, co? Jak to po niego zadzwonił? Ponoć Harry miał coś ważnego do załatwienia w bractwie? Czy to miało jakiś związek z Louisem? Unoszę brwi i już mam go o to zapytać, gdy nagle jego telefon zaczyna dzwonić, a on patrzy na niego, marszcząc brwi. –Cholera, jestem spóźniony na wykład- rzuca i zaczyna iść w stronę uniwersytetu. Odwraca się jeszcze do mnie z uśmiechem. –Na razie Jackie Chanie!- kurwa, czy on może przestać mnie tak nazywać?
Po chwili podchodzi do mnie Izzy, patrząc w stronę uniwersytetu z lekko zmarszczonymi brwiami. Szturcham ją w bok.
-Masz je?
-Co? Um… tak. Możemy jechać- mamrocze, a ja wzdycham z przyjemnością na myśl o wygodnym łóżku i partycje gier z Niallem, które czekają na mnie w akademiku. Izzy ogląda się jeszcze parę razy przez ramię, gdy idziemy do garbusa, ale wolę ją o to nie pytać. Ona często odpływa gdzieś myślami.

***

Jestem w trakcie pochłaniania kurczaka, który zrobiła Effie, na pół z Niallem, leżąc na łóżku w dresach i grając z nim w jakąś nową grę o wyścigach, gdy nagle do pokoju wpada Effie z turbanem z ręcznika na głowie i zieloną maseczką na twarzy. Unosi na nasz widok brwi, ale nic nie mówi. Unoszę na jej widok brwi, ale coś mówię.
-Coś nie tak z twoją twarzą czy po prostu się nie pomalowałaś?- pytam, nie odrywając wzroku od laptopa przed nami. Niall jęczy, gdy go wyprzedzam i rzuca wiązką przekleństw, mgliście orientując się z obecności jego dziewczyny w pokoju. Czuję jak ruda rzuca mi krzywe spojrzenie, siadając na swoim łóżku. Słyszę jak rozkłada jakąś gazetę, przerzucając jej strony.
-To maseczka nawilżająca dla twojej informacji. Po niej będę miała skórę jak pupcia niemowlaka- prycha, a ja unoszę ręce w akcie zwycięstwa i szturcham policzek Horana pałeczką z kurczaka. Ten rzuca we mnie poduszką, a ja rechoczę jak świruska i skupiam się na swoim jedzeniu. Widzę, jak Effie wywraca oczami na nasze dziecinne zachowanie i przerzuca kolejną kartkę. Niall podnosi na nią wzrok, jakby dopiero teraz ją zauważył i całkiem możliwe, że tak właśnie jest.
-Cześć kochaaa- co ci się stało w twarz?!- wytrzeszcza oczy, gdy ruda kładzie gazetę na swoich świeżo ogolonych nogach, co potrafię dostrzec z drugiego końca pokoju, bo błyszczą się tak bardzo, że rażą mnie po oczach.
-To maseczka nawilżająca, matoły!- warczy przez zęby, rzucając nam zirytowane spojrzenie i przerzucając strony magazynu jakby ten był czemuś winien. Blondas zerka na mnie z uniesionymi brwiami, a ja wzruszam ramionami, pakując w usta więcej kurczaka. W tym samym momencie do pokoju z dużym impetem wparowuje Izzy.
-Cześć wam! Nie mogę uwierzyć, że za parę godzin osobiście spotkam Penelopę Clearm… Cholera, Effie, co ci się stało?- zatrzymuje się w pół zdania, patrząc wielkimi oczami na rudą, która z czystą furią zamyka magazyn, ciskając w przyjaciółkę morderczym spojrzeniem.
-TO MASECZKA NAWILŻAJĄCA DO CHOLERY JASNEJ!- po jej gwałtownym wybuchu w pokoju zapada kilkusekundowa cisza, gdzie nawet stary kaloryfer nie odważa się pyknąć albo syknąć jak to ma w zwyczaju. Ale zaraz potem wszystko wraca do normy.
-Okeeeej- przeciąga blondynka, a potem patrzy na mnie, jedzącą bez zupełnego skrępowania kurczaka ręką, siedząc w starych dresach na łóżku. –Przebieraj się. Za dziesięć minut musimy wyjechać- oznajmia, a ja prawie krztuszę się kurczakiem. Takie dobre, ale takie zdradliwe. Horan klepie mnie lekko po plecach, a ja rzucam mu wdzięczne spojrzenie.
-Myślałam, że spotkanie zaczyna się o 18?
-No tak, ale chcę zając miejsca w pierwszym rzędzie?- Izzy bezczelnie naśladuje mój pytający ton, a ja zerkam na mój budzik, z lekką irytacją odkrywając, że jest 16:20. Jęczę.
-No tak. Miłego spotkania. Wypijemy wasze zdrowie na imprezie- mówi Niall, rzucając mi bezczelny uśmiech, bo doskonale wie, że mnie tym zdenerwuje. –Oh, i spokojnie, zapasy szkolnej drużyny w piwie nagram specjalnie dla ciebie, Jack- jestem wspaniałą przyjaciółką, jestem wspaniałą przyjaciółką, jestem wspaniałą przyjaciółką. Jestem kurwa zajebistą przyjaciółką.
-Okej. A Effie niech nagra dla mnie jak płaczesz, gdy przegrywasz konkurs na miss mokrego podkoszulka- syczę, a on zaczyna rechotać. Więc rzucam w niego pozostałością z pałeczki i tłuste palce wycieram w jego postawione włosy i białą koszulkę. Ma za swoje, dupek jeden. Prostuję się z zadowoloną miną, a chłopak rzuca mi mordercze spojrzenie.
-Przyjdę do ciebie w nocy i puszczę ci zabójczego bąka prosto w twarz, gdy będziesz spała- grozi mi, gdy chowam się za drzwiami szafy, przebierając się w coś, w czym można wyjść do ludzi. To nie tak, że niecały tydzień temu paradowałam w spodenkach od piżamy i podkolanówkach.
-A ja powiem chłopakom, że ich podglądałeś, gdy Grayson robił loda Chuckowi i bardzo ci się to spodobało.
-Nie zrobiłabyś tego.
-Chcesz się przekonać?- wychylam się zza szafy, posyłając chłopakowi szeroki uśmiech, a on rzuca mi kolejne mordercze spojrzenie.
-Grayson robił Chuckowi co?- pyta Izzy z wielkimi oczami, a wszyscy na nią patrzą. No cóż…

***

Dojazd zajmuje nam jakieś trzydzieści minut i jesteśmy na miejscu o 17. Czyli godzinę przed czasem. GODZINĘ.
Ale rozglądając się po sali wypełnionej poustawianymi w równych rzędach krzesłami, ze zdziwieniem odkrywam, że Izzy miała rację, bo część ludzi już się pojawiła, zajmując lepsze miejsca. Na szczęście, lub nie, znajdujemy jakimś cudem dwa wolne krzesła w pierwszym rzędzie między jakąś kobietą w średnim wieku a męską bluzą, zajmującą komuś miejsce. Perfumy, którymi jest spryskana pachną podejrzanie znajomo, ale nawdychałam się tyle męskich perfum, że nie zawracam tym sobie głowy. Ponownie rozglądam się po sali i z zadowoleniem odkrywam stolik z kawą, herbatą i ciasteczkami ustawiony w rogu. No proszę. Koduję sobie jego położenie w pamięci, tak na przyszłość. Muszę mieć w końcu coś dla siebie z tego spotkania. Bo mimo mojego zainteresowania literaturą i w ogóle, jakoś nie czuję przyjemności na myśl o wysłuchiwaniu opowieści feministki w średnim wieku. Choć jestem pewna, że widziała wiele ciekawych rzeczy na całym świecie i coś o tym wspomni. Miło by było.
Patrzę w bok na Izzy, która wierci się na swoim siedzeniu, zerkając niespokojnie na zegarek na swoim nadgarstku. A mówiłam jej żeby nie piła tyle po drodze, bo będzie sikać jak kaczka. Wzdycham.
-Popilnuję ci miejsca, masz jeszcze jakieś pięć minut. Zdążysz- blondynka rzuca mi niepewne spojrzenie, ale desperacja w jej oczach jasno mi mówi, że nie wytrzyma ani chwili dłużej. Zgarnia swoją torebkę i patrzę na jej tyłek w dopasowanych dżinsach i zwiewną kolorową bluzkę, gdy stara się nie biec do łazienki. Cudownie.
-Jackie Chan?- o nie, znowu on.
Zaraz. Co?!
-Louis?!- odwracam się zszokowana do chłopaka, siadającego po mojej prawej i wciągającego na siebie leżącą tam od dłuższego czasu granatową bluzę. –Co ty tu robisz?
-Ciebie mógłbym zapytać o to samo. Nie wyglądasz na kogoś, kogo interesowałaby feministyczna wizja świata w książkach Penelopy Clearmont… Chociaż…- wywracam oczami, gdy marszczy lekko brwi, przypatrując mi się.
-Znasz Penelopę Clearmont?- pytam po prostu, a on wzrusza ramionami jakby to nie było nic takiego, mnąc w swoich kościstych, wytatuowanych dłoniach ulotkę z przebiegiem spotkania.
-Ta. Lubię ją. Ma ciekawe przemyślenia- otwieram usta, kompletnie tracąc wątek. Louis lubi feministyczną podróżniczkę? Że co proszę? Jestem zaskoczona faktem, że ma jakieś inne hobby niż imprezowanie. –Też jesteś jej fanką?- unosi brwi, a ja gapię się na niego przez chwilę, zanim dociera do mnie sens jego słów. Jak to też?
-Co? Nie, przyszłam tu z przyjaciółką- chłopak wygląda jakby chciał coś jeszcze powiedzieć, ale właśnie w tym momencie na środek wychodzi blondynka w średnim wieku, a jej usta zaciśnięte w cienką linię, dawno niedepilowane brwi, ani odrobina makijażu na twarzy i ładna opalenizna jednoznacznie mówią mi kto to. Penelopa Clearmont. Kobieta wita wszystkich, przedstawiając się, a ja staram się nie puszyć, gdy po jej wyglądzie bezbłędnie zgadłam jej nazwisko. To nie tak, że to jej spotkanie autorskie czy coś.
-Przegapiłam coś?- szepce Izzy, pojawiając się nagle po mojej lewej, a ja otwieram usta, zastanawiając się jak powiedzieć jej o Louisie siedzącym po mojej prawej, tak, by nie wyrzucono nas z sali za zakłócanie przebiegu spotkania.
-Nie, nic specjalnego.

***

Wreszcie po jakichś dwóch godzinach słuchania monotonnego głosu Penelopy Clearmont z lekkiej drzemki budzą mnie nagłe brawa. Chrząkam i dołączam do nich, rozglądając się niepewnie na boki. Izzy patrzy na swoją idolkę z czystym uwielbieniem i wypiekami na twarzy, natomiast Louis uśmiecha się bardzo szeroko, a jego oczy dziwnie lśnią. Czy coś mnie ominęło?
W końcu, gdy ludzie zaczynają wychodzić, a ja zauważam niepokojąco dużą grupkę przy stole z przekąskami, postanawiam zareagować. Nie po to siedziałam tyle czasu na tym niewygodnym krześle, by jacyś ludzie zjedli mi wszystkie ciasteczka. I już wstaję z zamiarem przepłoszenia tamtej dziczy, gdy nagle smukłe palce blondynki zaciskają się na moim ramieniu.
-Chodź ze mną po autograf.
-A-ale moje ciasteczka…- ale to na nic, bo oczy Izzy utkwione są w Penelopie Clermont podpisującej książki innym fanom, a ja wiem, że to jest jej zacięte spojrzenie. Cholera. Oglądam się przez ramię, by zapytać Louisa czy idzie z nami, ale on gdzieś znika. Cóż. Ten chłopak lubi pojawiać się znikąd.
Człapię za Izzy, która podekscytowana ustawia się w kolejce, która posuwa się do przodu w ślimaczym tempie. Moje spojrzenie ucieka z tęsknotą ku stołowi z przekąskami, gdzie zostało coraz mniej ciasteczek. Cholera jasna.
-O, też idziesz po autograf? Mówiłaś, że nie jesteś jej fanką- podskakuję lekko i łapię się za serce, oglądając na Louisa, szczerzącego do mnie bezczelne zęby. Bez jaj, chyba zacznę go nazywać Houdini.
-Bo nie jestem. Mówiłam ci, że przyszłam tu z…- w tym momencie Izzy odwraca się do nas, zaciekawiona rozmową, a ja widzę jak unosi wysoko brwi i zaciska kurczowo palce na swojej książce jakby coś ją bolało. Zdezorientowana patrzę na Louisa, który wygląda dość podobnie, tyle, że on przypomina bardziej rybę z tymi otwartymi ustami. –Przyjaciółką- dokańczam, marszcząc brwi i patrząc raz na jedno, raz na drugie. Wskazuję na blondynkę. –To…
-Izzy- dokańcza za mnie Louis, a ja marszczę brwi bardziej.
-Tak. A to…
-Louis- tym razem odwracam się do blondynki za moimi plecami, zupełnie nic nie rozumiejąc.
-Zgadza się- dukam, patrząc jak oni gapią się na siebie. Co tu jest kurwa grane? Skąd oni się znają? –Okej, o co chodzi?- pytam, krzyżując ręce na piersi, a odpowiedź spływa na mnie nagle jak rażenie pioruna. O cholera. –Moment. Ty jesteś tą ostatnią porażką Louisa- wskazuje na Izzy. –A ty tym uroczym chłopakiem z imprezy?- teraz na chłopaka, a oni po chwili kiwają mi głowami, wciąż się na siebie gapiąc.
Ja pierdole.
Nie wierzę. Louis wpadł w oko Izzy, a ona jemu. I to wszystko stało się tuż pod moim nosem, a ja nie miałam o tym zielonego pojęcia. Jak mogłam tego nie zauważyć?
Już układam w głowie wizję podwójnych randek Izzy, Lou, Nialla i Effie i myślę nad połączeniem ich imion, gdy nagle Izzy odzyskuje zdolność logicznego myślenia.
-Zostawiłeś mnie wtedy dla innej dziewczyny- jej spojrzenie nagle staje się twarde, a głos ostry jak sztylet. O cholera. Dawno nie widziałam tej Izzy. Louis mruga kilkakrotnie, nie wiedząc co powiedzieć. –Podrywałeś mnie, gdy inna czekała w twoim pokoju.
-Ja…
-To byłam ja, Izz- wtrącam, a oboje patrzą na mnie, jakby widzieli mnie po raz pierwszy. Ta, fajnie. Wzdycham. –To ja siedziałam w pokoju Louisa- mówię, ale widząc jak jej złość pomału przenosi się na mnie, unoszę ręce w obronnym geście. –To nie to co myślisz. Siedziałam w środku z Harrym. Nie mam nic do Louisa. Przysięgam, słowo skauta- dla przekory kreślę krzyżyk na piersi, a blondynka unosi brew.
-Nigdy nie byłaś skautem, Jack- auć. Nie użyła nowego zdrobnienia. Jest zła. Na szczęście do akcji wkracza Louis.
-To prawda. Wyrzuciłem ich z pokoju, bo chciałem z tobą pogadać w normalnych warunkach, ale zanim zdążyłem to zrobić, uciekłaś- prośba w jego oczach jest tak wyraźna, że ściska mi się serce. Nagle odczuwam, że nie powinnam na to patrzeć. Ale hej, od jakichś trzech godzin doskonale zdaję sobie sprawę z faktu, że nie powinno mnie tu być, więc to nic nowego. Izzy w końcu wzdycha, a delikatny uśmiech wpływa na jej usta, synchronizując się z tym u Louisa. Znowu zaczynają się na siebie gapić bez słowa, a ja mam już zaproponować, że zostawię ich samych i zajmę się stolikiem z ciastkami.
-Następny proszę!- drgam, słysząc za plecami damski głos i oglądam się przez ramię. Penelopa Clermont patrzy na mnie wyczekująco, siedząc przy swoim stoliku. Unoszę brwi. Najwyraźniej cała kolejka zdążyła zniknąć, podczas tej dziwnej sceny przed chwilą. Odwracam się z powrotem do blondynki i chłopaka, chcąc im powiedzieć, że teraz ich kolej, ale widząc ich maślane oczka i uśmiechy, wzdycham i biorę od nich książki. Czego chyba nawet nie zauważają tak nawiasem. Podchodzę do zagorzałej feministki, która z bliska wygląda trochę strasznie i podaję jej książki. –Dla kogo?
-Louisa i Izzy… Isabelle znaczy- poprawiam się, a ona przestaje przygniatać mnie stalowym spojrzeniem i podpisuje książki. Oddając je, ponownie na mnie patrzy.
-Jesteś fanką?- pyta, a ja zastanawiam się, czy mam dość odwagi, by powiedzieć jej prawdę.
-W zasadzie to um, jestem tu obstawą- mamroczę, wwiercając się czubkiem trampka w podłogę, starając się przygotować na moc feministycznego gardzącego spojrzenia. Ale, gdy nic takiego się nie dzieję, unoszę brwi.
-I tak trzymać!- Penelopa Clearmont obdarza mnie uśmiechem, a ja na chwilę tracę oddech. –Kobiety nie potrzebują mężczyzn. Są na tyle silne, by dać sobie doskonale radę bez nich!- że co kurwa.
-Eeee, jasne- rzucam tylko, nie wiedząc co więcej powiedzieć i odwracam się do tamtej dwójki, która wciąż się na siebie gapi. –Mam autografy i możemy spadać. Ale po drodze zatrzymałabym się jeszcze i kupiła coś do j…
-Masz ochotę na kawę?- Louis wcina mi się w pół słowa, a ja zamieram z otwartymi ustami.
-Jasne- przytakuje Izzy z szerokim uśmiechem. Chłopak podaje jej ramię i w akompaniamencie jej chichotu wychodzą z sali. Marszczę brwi.
-Jasne, nie przejmujcie się mną! W końcu kim ja takim jestem? Wcale nie zmieniłam specjalnie planów by tu być!- wołam za nimi, ale oni oczywiście wcale mnie nie zauważają. Zajebiście. –Oh, kurwa.

***

Podczas drogi powrotnej do akademika staram się nie kląć na Izzy za to, że mnie olała, bo najwyraźniej znalazła wreszcie fajnego chłopaka. Bo Louis serio jest fajnym chłopakiem. Tylko chyba ma lekkie problemy ze wzrokiem. I słuchem. Kurwa.
Jak dobrze wszystko rozegram, dotrę na imprezę gdzieś koło 21. Może jeszcze nie straciłam wszystkiego. Może szkolna drużyna piłki nożnej nadal prowadzi zapasy w piwie.
Wpadam do ciemnego akademika z prędkością światła, a widząc jakieś dziwne stworzenie z czerwoną twarzą i zielonymi włosami na łóżku Effie, zaczynam wrzeszczeć. To stworzenie również i po sekundzie ktoś wpada do pokoju, zapalając wreszcie światło.
-Co tu się kurwa dzieje?!- wrzeszczy Niall, a ja się w końcu zamykam, podobnie jak stworzenie, które z każdą sekundą zaczyna coraz bardziej przypominać Effie w zielonym ręczniku na włosach i z czerwoną twarzą.
-O kurwa!- klnę, cofając się o krok, rozpoznając wreszcie przyjaciółkę. –Co ci się stało?!- Effie rzuca mi wściekłe spojrzenie, a ja nie mogę oderwać od niej oczu.
-Jej maseczka zawierała jakiś składnik, na który Effie jest najwyraźniej uczulona i spuchła i jakby… zrobiła się trochę czerwona- tłumaczy w końcu Horan, a ja ponownie mrugam.
-Trochę czerwona? Ona wygląda jak jebany pomidor!- ruda na moje słowa rzuca we mnie poduszką, a Niall posyła karcące spojrzenie. –Miałaś mieć twarz jak pupka niemowlaka, a nie jak jebany pomidor. Jesteś pewna, że dobrze przeczytałaś ulotkę?
-Zamknij się Jack. Mam już wystarczająco paskudny humor- sapie Effie i chowa swoją czerwoną spuchniętą twarz pod kołdrą. W końcu patrzę na chłopaka, który krzyżuje ręce na piersi z miną „I co zrobiłaś?”. Cholera.
-Wiesz, pomidory są fajne. I bardzo zdrowe. Lubię pomidory- mówię, starając się jakoś naprawić swój błąd i poprawić Effie humor. Zerkam na Horana. –A ty Niall?- chłopak unosi brew, ale nie komentuje moich debilnych metod.
-Ta, są fajne.
-No właśnie. Niall się ze mną zgadza- przygryzłam wargę, siadając na jej łóżku i delikatnie zdejmując kołdrę z jej twarzy. Rzuca mi urażone spojrzenie. Przygryzłam wnętrze policzka. –Nie jest tak źle, wiesz? Jak się dłużej na ciebie patrzy, to przestaje się to zauważać- ruda rzuca mi spojrzenie, jednoznacznie mówiące co sądzi o mojej opinii. –Zaraz się tym zajmę i do jutra powinno zejść- Effie w końcu przestaje mi ciskać nienawistne spojrzenia i wzdycha, poddając się. Zagryzam wargi, tłumiąc głupi uśmiech. –Nie tknę przez dłuższy czas pomidorówki, przysięgam- Effie patrzy na mnie zmęczona, ale jej usta drgają i w końcu się uśmiecha. Horan posyła mi wdzięczny uśmiech zanim znika za drzwiami, gdy wysyłam go po kefir. Bo jestem wspaniałą przyjaciółką, kurwa mać.

***

Gdy cała twarz rudej jest grubo pokryta zimnym kefirem, dziewczyna wzdycha z ulgą. Uśmiecham się lekko i wycieram brudne ręce w ręcznik.
-Leż z tym tak długo, jak dasz radę- mówię, a ona próbuje coś powiedzieć, ale wychodzi z tego niewyraźne mamrotanie, bo nie chce zrzucić kefiru z twarzy.
-W sumie, gdzie jest Izzy?- pyta w końcu Niall, rozkładając się wygodnie na moim łóżku. Widzę, że jest ubrany jak na imprezę, więc podejrzewam, że o twarzy Effie dowiedział się dopiero w ostatniej chwili. Ma na sobie ciemne dopasowane dżinsy, białą koszulkę i kurtkę ze skóry. Ten strój prawie niczym się nie różni od jego codziennego, ale wyraźnie wyczuwam imprezowe perfumy, które kosztowały całą fortunę i korzysta z nich tylko na specjalne okazje.
-Spotkała tego chłopaka z imprezy, który był taki uroczy i poszła z nim na kawę- mówię, imitując jej podekscytowany głos, a Horan parska, zanim łączy fakty i marszczy ciemne brwi.
-Czekaj, to nie ten sam, który wystawił ją dla innej laski?- wzdycham.
-Tak, to ten. Ale cała ta sprawa to jedno wielkie nieporozumienie- tłumaczę, a on patrzy na mnie jeszcze przez chwilę tym wzrokiem, dopóki nie wzdycham ponownie i nie wyjaśniam mu całej sprawy. Kątem oka widzę jak Effie wyraźnie próbuje o coś zapytać, ale olewam ją, wiedząc, że pewnie chce dowiedzieć się, co takiego robiłam podczas imprezy zamknięta w jednym pokoju z Harrym Stylesem. Niallowi jakimś cudem ten fakt umknął. I niech tak pozostanie.
-Oh, więc to Louis Tomlinson- Horan kiwa w zamyśleniu głową, a ja unoszę brwi.
-Znasz go?
-Ta, to kumpel Harrego i niezły imprezowicz. Każdy na uczelni go zna- cóż, ja nie znałam.
Bo nie jestem każdy, ha!
-Więc nie dostanę nawet filmiku z zapasów w piwie członków drużyny- wzdycham, wbijając wzrok w podłogę.
-Taaa. Słyszałem, że ta impreza to niezły niewypał- słysząc słowa chłopaka, podnoszę na niego błyskawicznie wzrok. Przygryza wargę. –Ben pisał, że cheerlederki za bardzo się nawaliły żeby cokolwiek tańczyć, chłopaki z drużyny pobili się o jakąś dziewczynę, a potem tak się upalili, że nie było żadnych zapasów i rozwalili fontannę z czekoladą i piwem- no proszę, może jednak nic nie straciłam. Czasem opłaca się być wspaniałą przyjaciółką. –Biedny Zayn nie mógł sobie sam poradzić bez swoich kumpli z ogarnięciem wszystkiego- przestaję wychwalać się w myślach, słysząc kolejne słowa chłopaka.
-Zayn jak Zayn Malik?- pytam, a on marszczy brwi.
-Tak, a co?
-Nie nic- ucinam szybko temat. –Bez swoich kumpli czyli bez kogo konkretnie?- Niall przygląda mi się przez chwilę nieufnie, aż w końcu wzrusza ramionami.
-Louisa i Harrego. Wszyscy się zastanawiali co takiego mu wypadło, że sam Tomlinson zrezygnował z imprezy. A Styles teoretycznie nie jest w bractwie, ale zawsze pomaga im przy organizacji. Dzisiaj ponoć też się nie zjawił- marszczę brwi, myśląc nad słowami chłopaka. Nie widziałam Harrego praktycznie przez cały tydzień i jeszcze unika piątkowej imprezy. Okej, coś jest na rzeczy.
Ale ostatecznie moje myśli przybierają zupełnie inny tor, gdy mój brzuch zaczyna głośno burczeć, domagając się jedzenia. Patrzę na niego przez chwilę w milczeniu, jakbym oczekiwała, że sam się napełni.
-Woah. Lepiej coś zjedz zanim twój żołądek zje ciebie- rzuca Niall, układając się wygodniej na moim łóżku, z ręką pod głową. Klepię się kilka razy po brzuchu w zamyśleniu. –Na biurku stoi moja kanapka. Chciałem ją zjeść, ale potem przyszłaś. A przez ten kefir nie mam już ochoty na kurczaka w ostrym sosie- wskazuje palcem na biurko pod ścianą, a ja podnoszę na nie wzrok. Niall oddaje mi swoje jedzenie? Ale, że tak dobrowolnie? To tylko ja, czy świat zwariował?
-Dzięki kupeczko- klepię go z wdzięcznością po zgiętym kolanie, a on posyła mi krzywy uśmiech, słysząc uroczą odmianę jego zwyczajowej ksywki. Tak, właśnie. Nazywam Nialla kupą. A on mnie ziemniakiem, więc się jakby wyrównuje.
-Proszę ziemniaczku- mówi i kurde, to brzmi naprawdę uroczo. Może jestem chora, ale „ziemniaczek” wydaje mi się szalenie słodki.
Posyłam mu promienny uśmiech i wgryzam się w jego kanapkę z kurczakiem w ostrym sosie. Mięso jest w niej upchane w takiej ilości, że ledwie mogę ją ugryźć. A, gdy to robię, ogromna plama czerwonego sosu spada prosto na moją szarą koszulkę. Wciągam głośno powietrze, a Horan rechocze jak nienormalny.
-Cholera- klnę i odkładam kanapkę na talerz. Biorę chusteczki z biurka, próbując jakoś zetrzeć nadmiar sosu, ale kończy się na tym, że rozcieram go na całej koszulce, wyglądając jakbym właśnie przeprowadziła jakąś pierdoloną operację z krwią tryskającą na wszystkie strony. Niall zaczyna teraz turlać się na łóżku z twarzą równie czerwoną jak moja koszulka. Czy można się udusić ze śmiechu?
Kończę upaćkana sosem na całej buzi, dłoniach i z cholernie dużą plamą na koszulce. Jak ja to kurwa spiorę?
I dokładnie w tym momencie ktoś wpada z impetem do pokoju, a drzwi stają na oścież. Podnoszę zaskoczona wzrok na stojącego w nich Harrego, który, sapiąc od biegu, rozgląda się po pomieszczeniu. Gdy jego wzrok zatrzymuje się na mnie, widzę jak wciąga mocno powietrze, zamierając na moment z przerażeniem w oczach, a po chwili stoi już przy mnie.
-Kurwa, Jackie, co się stało?! Nic ci nie jest?! Jesteś cała?!- zarzuca mnie milionem pytań, badając dokładnie wzrokiem i dłońmi całe moje ciało, jakby chciał się upewnić, czy wszystko ze mną w porządku. A ja potrafię tylko tam stać, upierdolona tym cholernym sosem, patrząc na niego wielkimi oczami jak jakaś skończona idiotka. Kurwa. –Dowiedziałem się, że nie ma cię na imprezie i pomyślałem, że to dziwne. A potem ktoś powiedział mi o tych cholernych krzykach w twoim pokoju. Cholera, myślałem, że coś się stało i wsiadłem w samochód i… Kurwa, Jackie, co się stało?!- Harry wyrzuca z siebie słowa z dużą prędkością, a potem nastaje krótka cisza, gdzie nawet Niall przestał się śmiać i coś mi mówi, że ma minę podobną do mnie. Okej, może cisza nie jest taka całkowita, bo potrafię usłyszeć chrapliwy oddech Effie, ale tym problemem zajmę się później.
-Ja…- w końcu odzyskuję zdolność mówienia, ale nadal nie mogę wyjść z szoku, no bo kurwa. Co się właśnie stało? Harry Styles wpadł do mojego pokoju jak jakiś pierdolony Superman z tymi rozwianymi włosami i zarzuca mnie pytaniami. I moment, ktoś powiedział mu o krzykach w tym pokoju? Że co? No dobra, wrzeszczałam, gdy zobaczyłam Effie, a ona wrzeszczała, gdy ja zaczęłam wrzeszczeć, ale kto miałby o tym powiedzieć Harremu? I dlaczego niby miałoby to go w ogóle obchodzić? Kurwa? –Nic mi nie jest. To tylko sos. Jadłam kanapkę i…- urywam, patrząc na niego już zupełnie przytomnie i marszcząc brwi. Halo, co tu się odpierdala? –Co ty kurwa robisz w moim pokoju?! Najpierw unikasz mnie przez cały tydzień, a potem tak po prostu wpadasz do mojego akademika, wykrzykując jakieś pytania jak pierdolony psychopata?! Kurwa, Harry, co ty odpierdalasz?!- momencik, czy ja właśnie zrobiłam Harremu Stylesowi awanturę z gatunku tych popierdolonych sprzeczek w związku, których nikt tak naprawdę nie rozumie? Co?
-C-co? J-ja…- mina Harrego odzwierciedla moje wewnętrzne zaskoczenie moim nagłym wybuchem. Kurwa, pewnie wszyscy w tym pokoju są równie zaskoczeni, no bo… cholera. Jednak moja twarz wyraża tylko złość z tymi zmarszczonymi brwiami, zaciśniętą szczęką i oczami ciskającymi piorunami. Złość na Izzy, że przez nią ominęła mnie impreza, złość na Louisa, że przez niego moja przyjaciółka kompletnie mnie olała, złość na Effie, że wygląda jak pomidor, złość na Nialla, że natkał tyle kurczaka do tej cholernej kanapki, złość na kanapkę, że mnie upierdoliła, złość na Harrego, że zobaczył mnie w tym stanie i unikał wcześniej cały tydzień i w końcu złość na samą siebie, że jestem na to wszystko zła.
Oh, chyba zbliża mi się okres.
-Co ty tu robisz?- pytam na wydechu, o wiele spokojniej, czując jak napięte mięśnie moich ramion się rozluźniają. Kompletnie zbaraniały chłopak patrzy na mnie jeszcze przez chwilę w milczeniu, pewnie zastanawiając się kim ja kurwa jestem i co mi dolega. Cóż, sama chciałabym to wiedzieć.
-No… Zadzwonił Zayn i powiedział, że impreza to katastrofa i, że mam przyjeżdżać pomóc mu to jakoś ogarnąć. Robiłem akurat… coś innego i nie mogłem tam pojechać. Dowiedziałem się od niego, że nie ma cię na imprezie, więc pomyślałem, że to dziwne i pewnie coś się stało, bo przecież jesteś stałym bywalcem. No i, um, pomyślałem, że pewnie siedzisz w akademiku i postanowiłem to później sprawdzić. Ale potem dotarły do mnie wieści, że w twoim pokoju ktoś strasznie wrzeszczał, więc przyjechałem tu… i jestem. I nadal nie wiem co się stało- duka wreszcie, a ja próbuję poukładać to sobie w głowie. Nie przyjechał pomóc Zaynowi z imprezą, bo robił coś ważnego, ale rzucił to wszystko w cholerę, gdy usłyszał o tych krzykach w moim pokoju? Zamiast kumpla czy tego czegoś, co akurat robił i chyba było dość ważne, wybrał mnie? Przepraszam? Moje serce wcale właśnie nie szaleje?
-Ja sama nie do końca rozumiem co się stało. Cały dzisiejszy dzień to jedno wielkie nieporozumienie- wzdycham, a Harry widząc moją kwaśną minę, łapie mnie za nadgarstki, zmuszając bym na niego spojrzała i unosi brwi. Ponownie wzdycham, a potok słów mimowolnie się ze mnie wylewa i opowiadam mu dokładnie o wszystkim, zupełnie nie zważając na obecność Nialla i Effie, która wisi nade mną, jak wkurzający parasol. Widzę tylko jak jego brwi unoszą się coraz wyżej, gdy opowiadam o Izzy i Louisie i jak z całych sił próbuje zachować powagę, gdy mówię o Effie i tej przeklętej kanapce, ale nic nie mówi i mi nie przerywa i jestem mu za to cholernie wdzięczna. Wreszcie kończę moją żałosną opowieść równie żałosnym westchnięciem, gdy uzmysławiam sobie, że wciąż jestem cała upaćkana tym sosem. –Zaraz wracam. Muszę się ogarnąć. Proszę, nie pozabijajcie się, gdy mnie nie będzie- mamroczę, wyciągając z szafy przypadkową koszulkę, a Harry rzuca mi pytające spojrzenie, które ignoruję, patrząc trochę dłużej w kierunku Effie. Może i z tym kefirem na twarzy wygląda niewinnie, ale to tylko pozory. Wciąż jest śmiertelnie niebezpieczna.
Kiedy moja twarz i ręce są czyste, a brudna koszulka zostaje zastąpiona czystą, z nadrukiem karateki tak nawiasem, może średnio estetyczna, ale szalenie wygodna, wracam do pokoju, gdzie odkrywam, że wszyscy wciąż żyją. Alleluja!
Harry wciąż stoi w miejscu, w którym go zostawiłam, opierając się o biurko ze skrzyżowanymi ramionami, co uwydatnia jego mięśnie. Fajnie. Rozmawiał akurat o czymś z Niallem, ale przestali, gdy weszłam. Marszczę brwi, rzucając im podejrzliwe spojrzenia. Żaden nie reaguje. I właśnie w tym momencie mój brzuch zaczyna wściekle ryczeć, domagając się posiłku. Łapię się odruchowo za niego, patrząc morderczym wzrokiem na okruszki na talerzu leżącym obok Horana, uśmiechającego się do mnie z pełnymi ustami. Sama nie wiem czy jestem mu wdzięczna, czy chcę go czymś pierdolnąć.
-Głodna?- pyta Harry, wyrzucając z mojej głowy myśli o tłuczenia Nialla poduszką tak długo, aż odda mi moją kanapkę. Mrugam kilkakrotnie i patrzę na niego, krzywiąc się lekko i kiwając głową. –W takim razie chodźmy coś zjeść- prostuje się i jeszcze posyła pytające spojrzenie blondasowi, ale ten zaraz kręci głową.
-Zostanę z tamtym pomidorkiem- wskazuje na drugie łóżko, gdzie jego dziewczyna zaczyna głośno sapać, słysząc swojego chłopaka. Ale hej, przecież to urocze. Harry kiwa głową, żegna się z chłopakiem i jego pomidorkiem i prowadzi mnie do wyjścia, gdzie zgarniam jeszcze kurtkę, torebkę i kluczkę wiszące przy drzwiach. Może ten dzień nie jest do końca katastrofą?

***

Gdy Harry powiedział, że pójdziemy coś zjeść, myślałam raczej, że pojedziemy do jakiejś knajpy, nawet coś w stylu tego Baru pod leśną dziuplą. Nie myślałam za to, że zawiezie nas po prostu do swojego mieszkania. Unoszę brwi i patrzę na niego pytająco, ale on zdaje się tego nie zauważać, gdy z lekkim uśmiechem otwiera mi drzwi, a potem prowadzi do windy i swojego mieszkania. Wchodzę za nim bez słowa do środka i naśladuję go, gdy w wejściu zdejmuje buty i wiesza kurtkę przy drzwiach. Drepczę za nim do kuchni, gdzie w końcu odwraca się do mnie i gestem nakazuje usiąść przy stole. Wykonuję polecenie i z rosnącym zdziwieniem obserwuję jak włącza radio i przy dźwiękach muzyki zawiązuje fartuszek i zaczyna gotować. Chwila. Czy on mi zaraz zrobi coś do jedzenia? Czy Harry Styles przywiózł mnie do swojego mieszkania i właśnie własnoręcznie robi mi kolację?
Ha, jestem ciekawa ile dziewczyn może się tym pochwalić.
Cóż, pewnie trochę ich jest. Cholera.
Muszę przyznać, że jest w tym coś przyjemnego, móc go obserwować podrygującego i podśpiewującego pod nosem, gdy krząta się po kuchni. A w różowym fartuszku w kotki bardzo mu do twarzy i pasuje wprost idealnie do jego tatuaży i licznych pierścieni na palcach.
W końcu stwierdzam, że czuję się bezużyteczna i już chcę się podnieść, by w czymś mu pomóc, gdy on to zauważa i z surową miną ponownie nakazuje mi gestem bym usiadła. Co on taki milczący? Jednak marszczę brwi, zajmując miejsce, bo nie mam najmniejszej ochoty bawić się w gotowanie. Ja wcale nie słucham jego poleceń na litość boską.
W końcu Harry stawia przede mną talerz pełen parującego makaronu polanego gorącym i pysznie pachnącym sosem. Wygląda o niebo lepiej niż się spodziewałam. Patrzę jak zajmuje miejsce naprzeciwko i nalewa nam wina. W końcu zerka na mnie i unosi brwi, dając mi znak bym spróbowała. Gdy makaron wypełnia moje usta, a ja czuję jego wyśmienity smak, nie mogę się nie uśmiechnąć. Bo cholera, Harry Styles potrafi gotować.
-Smakuje ci?- pyta, a ja kiwam głową, zbyt zajęta napychaniem sobie ust, by odpowiedzieć. Chłopak uśmiecha się szeroko i również zaczyna jeść. Nie rozmawiamy w ogóle, ale ta cisza wcale nie wydaje się niezręczna. A ja naprawdę jestem głodna.
Dopijam swoje wino i dopiero, gdy zerkam na prawie pusty kieliszek Harrego, dociera do mnie, że nie mam jak wrócić do akademika. Bo on właśnie wypił jebaną lampkę wina. Marszczę brwi, bo ten chory dupek to wszystko zaplanował.
Harry, zauważając, że wpatruję się w jego wino morderczym wzrokiem, wybucha śmiechem. Faktycznie, szalenie zabawne panie Styles.
-Zawsze mogę zamówić ci taksówkę- podsuwa, a mnie od razu ten pomysł nie podchodzi do gustu, bo nie mam wystarczająco pieniędzy, by pozwolić sobie na takie szaleństwo, a nie mam najmniejszego zamiaru dać okazję Harremu by wydał na mnie kolejne pieniądze. O nie.
-Jakoś przeżyję. Zawsze mogę złapać autobus. Albo jechać metrem- wzruszam nonszalancko ramionami, a Harry słysząc mnie, niemal dławi się winem.
-Metrem? O tej porze? Zwariowałaś?- zabawne, brzmi zupełnie jakby się o mnie martwił. A to przecież niemożliwe. Więc pewnie po prostu nie chce mieć mnie na sumieniu. To ma sens. –Nie ma mowy. Zostajesz tutaj… Chyba, że naprawdę będziesz chciała wracać. Wtedy cię odprowadzę pod same drzwi pokoju- mówi, a ja unoszę na niego brwi, bawiąc się kieliszkiem. Koleś, ale ty wiesz, że ja mam dwadzieścia lat? To tylko rok mniej od ciebie. Nie jestem dzieckiem i nie potrzebuję niańki sprawdzającej mnie na każdym kroku. Okej?
Choć miłe uczucie ciepła rozlewające się po moim brzuchu na jego słowa mówi coś zupełnie innego, ale uh, walić to. Jestem Jack Black do cholery.
-Ewentualnie mogę zostać- mamroczę w końcu, zupełnie jakbym miała w nosie w czyim łóżku będę nocować (akurat), a gdy w końcu podnoszę na niego wzrok, obdarza mnie szerokim uśmiechem o mocy tysiąca słońc. Cholera.